Znaleźli ślad zbrodniarza z Gdyni aż sześć pokoleń wstecz
Pan Sławomir stoi przed drzwiami swojego niewielkiego sklepu w Gdyni. Ktoś podchodzi, ściska mu rękę. Ktoś inny zatrzymuje się na chwilę i mówi kilka ciepłych słów. Po niemal piętnastu latach wszystko wróciło: ból, strach i pytanie: dlaczego zginęła?
– To tak, jakby wydarzyło się wczoraj – mówi ojciec Izy.
Gdy reporter „Super Expressu” pyta mężczyznę, co powiedziałby podejrzanemu, gdyby mógł spojrzeć mu prosto w oczy, pan Sławomir długo milczy.
– Nic. Brakuje mi słów. Może tylko: dlaczego?
To pytanie zadaje sobie nie tylko on. Zadają je mieszkańcy osiedla, śledczy i wszyscy, którzy pamiętają tamten sierpniowy wieczór 2011 roku.
Iza odprowadziła koleżankę na przystanek. Do domu miała zaledwie trzysta metrów. Jej ciało znaleziono przy ścieżce, obok płotu nieistniejącej już giełdy warzywnej, niedaleko obecnych bloków. Od tamtej pory w miejscu kaźni dziewczynki stoi krzyż. Babcia dziewczynki przynosi tam kwiaty, ojciec zapala znicze, a sąsiedzi wciąż zatrzymują się na chwilę modlitwy.
Przez 15 lat żył jak zwykły sąsiad. Archiwum X było na jego tropie
Przez lata wydawało się, że sprawy nie uda się rozwiązać. Nie było świadka, który widział moment zbrodni. Profil DNA zabezpieczony przez policję nie pasował do żadnej z osób znajdujących się w dostępnych bazach. Sprawca pozostawał nieznany. Michał S. w chwili zbrodni miał 22 lata i mieszkał w pobliżu Izy. Później skończył studia, pracował w laboratorium analitycznym, przeprowadził się do innej części Gdyni, ożenił się i założył rodzinę. Dla otoczenia był zwyczajnym człowiekiem, sąsiadem, kolegą z pracy, który nie wyróżniał się spośród innych. Ojcem prowadzącym spokojne życie.
Tymczasem policjanci od dłuższego czasu prowadzili wobec niego działania operacyjne. Jak ustalił „Super Express”, mężczyzna miał być wytypowany dwa lata temu, a od roku obserwowany. Funkcjonariusze z Archiwum X wrócili do materiałów zgromadzonych po śmierci Izy. Ponownie przeanalizowali stare protokoły, zabezpieczone ślady i próbki. W zeszłym roku ponownie przesłuchiwano mieszkańców gdyńskiej Dąbrowy.
Policjanci pytali o ludzi, samochody i szczegóły sprzed kilkunastu lat.
– Wiedzieliśmy, że sprawa znowu ruszyła, ale nikt nie przypuszczał, że śledczy są tak blisko przełomu. Byłem przesłuchiwany dwa razy, ale zobowiązano mnie do milczenia – mówi jeden z mieszkańców osiedla.
„Wiedziałem, że po mnie przyjdziecie”. Tak zatrzymano Michała S.
Przełom miały przynieść ponowne badania DNA oraz wykorzystanie nowatorskie genealogii genetycznej. Gdy śledczy uznali, że zgromadzili wystarczający materiał, zdecydowali się zatrzymać Michała S.
– Wiedziałem, że po mnie przyjdziecie - miał powiedzieć na widok policjantów.
Przedstawiono mu zarzut zabójstwa. Podczas składania wyjaśnień miał w pewnym momencie powiedzieć:
– Nie chciałem jej zabić.
Potem zamilknął.
Czy Michał S. znał Izę? Co wydarzyło się na krótkiej drodze między przystankiem a domem? Czy był to przypadkowy atak, czy dziewczynka była wcześniej obserwowana? Na te pytania będą musieli odpowiedzieć prokuratorzy i policjanci oraz sąd. Ojciec Izy nie chce dziś spekulować. Nie chce też rozmawiać o zatrzymanym.
– Liczę na sprawiedliwy proces – mówi.
Genealogia genetyczna doprowadziła śledczych do podejrzanego
Przez niemal 15 lat śledczy mieli jego DNA, ale nie znali nazwiska. Mężczyzna, który zaatakował i zabił 13-letnią Izę Strzałkowską, nie figurował w żadnej policyjnej bazie. Wydawało się, że pozostanie bezkarny. Przełom przyniosły dopiero nowoczesna nauka, gigantyczne drzewo genealogiczne i upór ludzi, którzy nie pozwolili, by ta sprawa została na zawsze tajemnicą. Policja sprawdziła setki tropów. Przesłuchano ponad 800 świadków, pobrano próbki DNA od 685 osób i zamówiono 112 opinii biegłych. Akta pęczniały, lecz nazwiska podejrzanego wciąż nie było. Klasyczne metody śledcze doszły do ściany. Najważniejszy ślad od początku znajdował się jednak w aktach. Było nim DNA zabezpieczone na ciele dziewczynki w 23 sierpnia 2011 roku. Naukowcy z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego „zakonserwowali” próbkę tak, by po wielu latach nadal nadawała się do badań. Gdyby materiał się utlenił lub został zniszczony, żadna nowoczesna technologia nie mogłaby już pomóc. W 2024 r. prokurator zdecydował się na metodę, której wcześniej nie stosowano: genealogię genetyczną.
O tym jak badacze dotarli do zabójcy opowiedziała nam Marta Sobota, biegła w zakresie metodologii genealogii genetycznej (IGG), szefowa Fundacji Dziedzictwo Genetyczne i liderka grupy Search Angels (Anioły poszukiwań), która pomaga znaleźć ludziom nieznanych przodków.
Zamiast szukać bezpośrednio sprawcy, biegli zaczęli szukać jego krewnych. Profil porównano z danymi osób, które zgodziły się na wykorzystanie swoich wyników w analizach kryminalnych w bazach GEDmatch PRO i FamilyTreeDNA.
Komputer nie podał konkretnego nazwiska. Wskazał dalekich krewnych sprawcy oraz wspólnych przodków żyjących nawet w XVIII i XIX w. Wtedy zaczęła się tytaniczna praca. Śledczy analizowali tysiące dat oraz kolejne gałęzie rodzin. Drzewo genealogiczne urosło do około 10 tys. osób.W końcu po wielu miesiącach pracy, wytypowano trzech mężczyzn. W końcu pozostał Michał S. Po zatrzymaniu pobrano od niego materiał porównawczy. Dwa niezależne laboratoria potwierdziły zgodność profilu z DNA zabezpieczonym w 2011 r. Michał S. usłyszał zarzut zabójstwa w związku ze zgwałceniem dziewczynki. Tak DNA i genealogia doprowadziły śledczych do podejrzanego. O jego winie ostatecznie zdecyduje sąd.