13-letnia Roksana Jurczyszyn zaginęła 10 października. Ostatnie ślady dziewczynki prowadziły w okolice Mostu Świętokrzyskiego w Warszawie. Do akcji ruszyli policjanci, strażacy i płetwonurkowie. Przeszukiwano teren wokół przeprawy i samą Wisłę. Mijały kolejne dni, a po nastolatce nie było śladu.
Przełom nastąpił dopiero we wtorek, 27 października. Daniel Dymiński, ojciec zaginionego przed ponad trzema laty Krzysztofa, wraz z Marcinem Gołuchowskim i Honoratą Kożuchowską odnalazł w Wiśle ciało młodej osoby. Zwłoki znajdowały się zaledwie 50 metrów od schodków, w pobliżu których ostatnio widziano Roksanę! Przy zmarłej znaleziono jej legitymację szkolną, kartę bankomatową oraz klucze z breloczkiem z napisem „Roxi”. Mimo to policja i prokuratura nadal nie potwierdzają oficjalnie tożsamości zmarłej.
– W poszukiwania zaangażowałem się z potrzeby serca i na prośbę przyjaciół rodziny zaginionej. Po odnalezieniu ciała niezwłocznie powiadomiłem służby, a następnie przekazałem policji szczegółowe informacje – mówił nam Daniel Dymiński.
Obecnie zarówno on, jak i pozostali członkowie jego zespołu nie chcą szerzej komentować dramatycznego odkrycia. Uważają, że jest na to jeszcze za wcześnie.
Policja: Działaliśmy rzetelnie i profesjonalnie
Dlaczego ciało odnaleźli prywatni poszukiwacze, skoro przez kilkanaście dni w okolicy pracowały służby? Zapytaliśmy o to policję.
Asp. Małgorzata Gębczyńska z Komendy Rejonowej Policji Warszawa III podkreśla, że najważniejsze jest odnalezienie zwłok, niezależnie od tego, kto tego dokonał. Równie dobrze mógł to być przypadkowy świadek, jak i zespół poszukiwawczy. Policjantka przypomina też, że działania funkcjonariuszy obejmowały również przeszukiwanie rzeki.
– Od momentu zgłoszenia działaliśmy rzetelnie i profesjonalnie – zapewnia.
Ktoś podrzucił ciało? Ekspert nie wyklucza takiej możliwości!
Tajemnicze okoliczności odnalezienia zwłok rodzą kolejne pytania. Jak to możliwe, że ciało znajdowało się tak blisko miejsca zaginięcia dziewczynki, a mimo 17 dni poszukiwań nikt go wcześniej nie odnalazł? Pojawiły się nawet podejrzenia, że ktoś mógł wrzucić zwłoki do Wisły dopiero później, już po wcześniejszych działaniach służb.
O wyjaśnienie tej zagadki poprosiliśmy Macieja Rokusa, szefa Grupy Specjalnej Płetwonurków RP, doświadczonego eksperta od poszukiwań podwodnych i badania okoliczności śmierci w wodzie.
Czy ciało mogło zostać podrzucone?
– Nie zaprzeczam, że jest to możliwe. Uważam, że to mało prawdopodobne, ale na pewno nie niemożliwe – odpowiada Rokus.
Ekspert podkreśla jednak, że nawet jeśli doszło do takiego zdarzenia, prawdę powinny ujawnić specjalistyczne badania. Sekcja zwłok i dalsze ekspertyzy mają pomóc ustalić, czy zmarła utonęła w Wiśle, czy też mogło dojść do tragedii w innych okolicznościach. Rokus jest przekonany, że biegli będą w stanie zweryfikować również hipotezę późniejszego umieszczenia ciała w rzece.
Na razie nie ma jednak dowodów na podrzucenie zwłok. Prokuratura wszczęła śledztwo w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci i zleciła przeprowadzenie sekcji.
Przeżyła upadek, a potem utonęła? Przerażający scenariusz
Jak mogły wyglądać ostatnie chwile dziewczynki, jeżeli rzeczywiście skoczyła z Mostu Świętokrzyskiego? Rokus opisuje przerażający scenariusz. Sam upadek z dużej wysokości do rzeki nie musi oznaczać natychmiastowej śmierci.
Potężne uderzenie o taflę wody może pozbawić człowieka przytomności. Jeszcze bardziej dramatyczne konsekwencje grożą osobie wpadającej do rzeki pionowo, nogami w dół. Przy niewielkiej głębokości może uderzyć w dno z taką siłą, że dojdzie do poważnych obrażeń, w tym złamania kości nóg.
Ofiara może więc przeżyć sam upadek, ale doznać obrażeń uniemożliwiających wydostanie się na powierzchnię. Jeśli straci przytomność, nie będzie w stanie zaczerpnąć powietrza. Wtedy dochodzi do utonięcia.
To jeden z możliwych przebiegów tragedii. Czy na odnalezionym ciele są obrażenia świadczące o upadku z wysokości, wyjaśnią dopiero badania.
Dlaczego ciało nie odpłynęło dalej?
Pozostaje kolejna zagadka. Jak zwłoki mogły przez 17 dni znajdować się tak blisko miejsca, w którym urwał się ślad po Roksanie?
Rokus nie widzi w tym niczego niemożliwego. Zwraca uwagę na niski poziom Wisły, niezbyt silny nurt oraz konstrukcję samego mostu.
– Kiedy dochodzi do utonięcia, ciało opada na dno i jest delikatnie wleczone siłą nurtu – tłumaczy.
To, jak daleko przemieści się ciało, zależy od głębokości rzeki, siły prądu, ukształtowania dna i przeszkód znajdujących się pod wodą. Szczególne znaczenie mają filary mostowe, przy których zatrzymują się rozmaite obiekty.
W miarę postępu rozkładu ciało zmienia też swoją pływalność. Początkowo pozostaje na dnie. Później zaczyna unosić się w wodzie, aż w końcu może wypłynąć na powierzchnię. Wszystkie te procesy wpływają na jego przemieszczanie się.
Dlatego odnalezienie zwłok tak blisko mostu, nawet po kilkunastu dniach, jest całkowicie możliwe. Nie oznacza to jednak, że przez cały ten czas ciało znajdowało się dokładnie w tym samym miejscu.
Dlaczego służby nie odnalazły zwłok?
Dlaczego zatem dziesiątki policjantów i strażaków nie znalazły ciała, skoro później udało się to prywatnemu zespołowi?
Rokus nie chce oskarżać funkcjonariuszy o zaniedbania.
– Myślę, że nie chodzi o błąd, bo naprawdę się starali i walczyli. To trudne miejsca. To nie jezioro ani staw, tylko rzeka – wyjaśnia.
Dokładne przeszukanie takiego obszaru wymaga profesjonalnych badań hydrograficznych. Należy precyzyjnie zeskanować dno, wykorzystując dokładne pomiary GPS, stworzyć jego szczegółową mapę i wytypować obiekty, które kształtem przypominają ludzkie ciało.
To żmudna praca. Samo szczegółowe przebadanie tego fragmentu Wisły zajęłoby przynajmniej dwa, trzy dni. Nawet sonar nie gwarantuje sukcesu. Rokus zaznacza również, że do oceny wcześniejszych poszukiwań potrzebowałby dokumentacji wykonanych prac.
Ojciec Krzysztofa wszystko przeliczył. To nie był przypadek!
W rozmowie z nami Rokus ujawnia jeszcze jeden niezwykle ważny szczegół. Daniel Dymiński konsultował z nim poszukiwania, podczas których odnaleziono ciało! Nie był to więc przypadkowy sukces.
– Rozmawialiśmy. Przeliczył sobie pewne rzeczy i przyjął założenie, że ciało nawet po tylu dniach może znajdować się w pobliżu Mostu Świętokrzyskiego – zdradza ekspert.
Dymiński przeanalizował warunki panujące na Wiśle, poziom wody i możliwy sposób przemieszczania się zwłok. Następnie przyjął konkretną hipotezę i postanowił ją sprawdzić. Jego przypuszczenia okazały się trafne!
Rokus zna ojca zaginionego Krzysztofa od dłuższego czasu. Potwierdza, że mężczyzna zdobywał wiedzę przydatną w poszukiwaniach wodnych. Zorganizował specjalistyczny sprzęt, rozwija własne metody i do każdej akcji przygotowuje się z niezwykłą starannością.
Choć poszukiwania nie są jego zawodem, działa niemal jak profesjonalista. Ekspert nie kryje podziwu dla człowieka, którego do takiej działalności popchnęła osobista tragedia.
– Mam największy szacunek dla tego człowieka. Nie odnalazł własnego syna, a mimo to wciąż walczy – mówi Rokus.
Daniel Dymiński od maja 2023 roku szuka swojego syna Krzysztofa, który zaginął jako 16-latek. W tym czasie odnalazł już dziewięć ciał innych osób. Dziewięć tragicznych historii, dziewięć rodzin, które mogły wreszcie dowiedzieć się, co stało się z ich bliskimi.
On sam wciąż nie zna odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Co stało się z jego własnym dzieckiem?