To bardzo niebezpieczne. Piloci walczą nie tylko z ogniem, ale i potężnymi turbulencjami
Nad lasami na pograniczu powiatów wołomińskiego i mińskiego trwa dramatyczna walka z żywiołem. W akcję zaangażowano setki strażaków, specjalistyczny sprzęt, śmigłowce oraz samoloty gaśnicze. W piątek rano powierzchnia pożaru sięgała już około 300 hektarów, a silny wiatr i wysoka temperatura dodatkowo utrudniały działania ratowników.
Jednym z kluczowych elementów akcji są samoloty Dromader, które wykonują kolejne zrzuty wody nad płonącym lasem. Jak przyznaje jeden z pilotów w rozmowie z TVN24, loty nad pożarem należą do wyjątkowo wymagających. Nad płonącym lasem są bardzo duże turbulencje.
Maszyny biorące udział w gaszeniu pożaru korzystają z Lotniska Warszawa-Babice, gdzie uzupełniają zapasy wody przed kolejnymi lotami nad objęty ogniem teren. Załoga na bieżąco kontroluje poziom napełnienia zbiorników. Cała operacja przebiega bardzo sprawnie, ponieważ liczy się każda minuta. Jak podkreślił pilot, napełnienie samolotu wodą zajmuje około trzech minut, po czym maszyna może ponownie ruszyć do walki z ogniem.
Dromadery lecą nad pożar parami. To przemyślana taktyka walki z ogniem
Z relacji pilotów wynika, że sytuacja nad płonącym lasem jest trudna, ale wciąż pozostaje pod kontrolą. Problemem zaczyna być jednak nasilający się wiatr, który może ponownie rozdmuchiwać ogień. Dlatego samoloty gaśnicze pracują w parach lub większych grupach. Kolejne maszyny zrzucają wodę w taki sposób, by kontynuować linię gaszenia rozpoczętą przez poprzedni samolot. Pojawianie się kilku Dromaderów nad pożarem jednocześnie nie jest więc przypadkowe, lecz wynika z przyjętej taktyki.
- Od początku samoloty były tak produkowane ze względu na ilość wody, żeby skutecznie ugasić źródło ognia, latał nie jeden samolot, tylko właśnie w parach albo nawet w większych grupach, co oczywiście daje ogromną skuteczność. Proszę zauważyć, że helikopter Black Hawk w Bambi Buckecie bierze 3 tysiące litrów, a już dwa Dromadery - 4 tysiące – wyjaśniał Roman Ignasiak, prezes Mieleckich Zakładów Lotniczych.
Jak podkreślają eksperci, dwa zrzuty wody mogą być znacznie skuteczniejsze niż pojedyncza akcja jednego statku powietrznego. Im więcej maszyn bierze udział w działaniach, tym większa szansa na szybkie ograniczenie ognia. Samoloty operują pomiędzy Mińskiem Mazowieckim a Babicami. W Mińsku uzupełniają wodę, natomiast na Lotnisko Warszawa-Babice przylatują po paliwo i przy okazji również zabierają wodę. Następnie wracają nad pożar, wykonują zrzuty i kontynuują działania nawet przez kilka godzin.
Największym wyzwaniem podczas takiej akcji pozostaje jednak łączność między służbami a załogami samolotów. Przy dynamicznie zmieniającej się sytuacji nad płonącym lasem sprawna komunikacja ma kluczowe znaczenie.
- Zawsze w zarządzaniu akcją kryzysową problem jest z łącznością. Piloci na pokładzie statku powietrznego mają łączność z Lasami Państwowymi i łączność lotniczą. Nie mają bezpośredniego kontaktu z zarządzającym akcją ratowniczo-gaśniczą, stąd zaczyna się problem – tłumaczył prezes Mieleckich Zakładów Lotniczych.
Dromader gwałtownie reaguje po zrzucie wody. Piloci muszą zachować szczególną ostrożność
Piloci podkreślają również, że Dromader jest wymagającą maszyną w pilotażu, ponieważ zabiera bardzo duży ładunek wody. Przy utracie 2,5 tony samolot gwałtownie unosi się do góry i właśnie wtedy trzeba zachować szczególną ostrożność. Dzięki stosunkowo niewielkiej odległości między lotniskiem a miejscem pożaru maszyny mogą wykonywać kolejne loty niemal bez przerwy.
– Samolot bierze na pokład dwa tysiące litrów wody, a czas akcji jest w zależności od dolotu. Tam jest około kilkunastu minut od lotniska do miejsca zrzutu, więc tych operacji jest po prostu dosyć dużo. Samolot może być w powietrzu ponad trzy godziny – wyjaśnił Ignasiak.
Przypomnijmy, że pożar lasu pod Warszawą wybuchł w czwartek, 28 maja po południu. Ogień rozprzestrzeniał się w koronach drzew. Na miejscu działają ogromne siły strażackie. W akcji uczestniczą głównie strażacy z województwa mazowieckiego, ale do walki z żywiołem skierowano także kompanie gaśnicze spoza województwa.