Do wypadku doszło 5 lipca 2026 roku w rejonie ronda Zesłańców Syberyjskich i Dworca Zachodniego. Prowadzony przez 58-letniego kierowcę autobus linii 186 uczestniczył w serii zderzeń, uszkadzając samochody oraz tramwaj. Ostatecznie pojazd zjechał z jezdni i zatrzymał się w rejonie wejścia do przejścia podziemnego. Poszkodowanych zostało wtedy sześć osób.
Miały zawieść hamulce. Biegli stwierdzili co innego
Bezpośrednio po wypadku jedną z najczęściej analizowanych hipotez była awaria układu hamulcowego. Pojawiały się również przypuszczenia dotyczące usterki elektroniki odpowiedzialnej za przyspieszanie autobusu. Kierowca miał podczas pierwszych czynności twierdzić, że nie był w stanie zatrzymać pojazdu.
Autobus został poddany szczegółowym oględzinom i badaniom przeprowadzonym pod nadzorem prokuratury oraz biegłego sądowego. Sprawdzono między innymi układ hamulcowy, urządzenia pokładowe i komputery zapisujące dane dotyczące pracy pojazdu. Nie znaleziono awarii, która mogłaby wyjaśnić przebieg zdarzenia.
- Pojazd został oddany do fabryki w Bolechowie. Tam eksperci i biegli potwierdzili, że z autobusem, jeżeli chodzi o systemu hamowania, kierowania, etc., jest wszystko w porządku. To na pewno nie była wina wadliwego autobusu - mówi w rozmowie z „SE” Adam Stawicki, rzecznik prasowy warszawskiego MZA.
Wynik ekspertyzy nie oznacza jeszcze, że wyjaśniono przyczynę wypadku ani że odpowiedzialność ponosi kierowca. Wyklucza natomiast jeden z najważniejszych scenariuszy rozpatrywanych po lipcowym karambolu, czyli niesprawność techniczną autobusu.
Przeczytaj także: Koparka wymusiła pierwszeństwo. Motocyklista nie miał szans
Po pierwszym zderzeniu autobus jechał dalej
Według wcześniejszych relacji autobus nie zatrzymał się po pierwszym zdarzeniu z udziałem tramwaju. Pojazd miał kontynuować jazdę przez kolejne skrzyżowania, uszkadzając po drodze samochody i elementy infrastruktury. Dopiero w rejonie ronda Zesłańców Syberyjskich zjechał w kierunku przejścia podziemnego.
Z informacji przekazywanych w dniu wypadku wynikało, że autobus uszkodził co najmniej dziewięć innych pojazdów. Zanim autobus zatrzymał się przy przejściu podziemnym, miał również zahaczyć o latarnię i stracić lusterko. Prezes MZA oceniał, że już po takim uszkodzeniu kierowca powinien natychmiast zakończyć kurs, zatrzymać autobus i zaczekać na przyjazd służb technicznych.
Dla śledczych ważne będą dokładne dane zapisane przez systemy pokładowe. Mogą one wskazać między innymi prędkość autobusu, sposób operowania pedałami, momenty hamowania oraz kolejne manewry wykonywane przez kierowcę.
Dodatkowo, jak ustalił „SE”, eksperci będą teraz szacować ewentualny koszt naprawy uszkodzonego autobusu. Jeżeli kwota będzie „atrakcyjna”, pojazd wróci do warszawskiej floty.
Przeczytaj także: Potworny wypadek pod Warszawą. Uderzenie w bariery zabiło pasażerkę. Kierowca zatrzymany po obławie
Kierowca nie jeździ już w MZA
Bezpośrednio po zdarzeniu kierowca autobusu został odsunięty od wykonywania obowiązków. Rzecznik Stawicki wyjaśnia, że 58-latek nie został jeszcze zwolniony, acz „nie kieruje już autobusów dla MZA”. Mężczyźnie dodatkowo zostało zatrzymane prawo jazdy.
W dniu wypadku 58-latek został przebadany przez policjantów. Był trzeźwy, a przeprowadzony narkotest dał wynik negatywny. Prokuratura zleciła jednak sporządzenie dodatkowej opinii toksykologicznej, która ma pozwolić dokładniej ocenić stan prowadzącego autobus.
Warszawska prokuratura nadal zbiera dowody w sprawie. Śledztwo wszczęto w kierunku sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym. Na obecnym etapie nikomu nie zostały przedstawione zarzuty. Potencjalnie kierowcy może grozić kara nawet do ośmiu lat pozbawienia wolności.
Przeczytaj także: Szok podczas wakacji. Zamiast na Madagaskar wysłano ich do... Radomia