Mieszkańcy, część radnych oraz aktywiści oskarżają miasto o bezczynność wobec problemu nadmiernego hałasu, szczególnie w centrum Warszawy. Rok po głośnym proteście mieszkańców w piżamach i szlafrokach jego organizatorzy ze stowarzyszenia „Miasto jest nasze” przekonują, że sytuacja nie tylko się nie poprawiła, ale wręcz uległa pogorszeniu. Nadal mają czuć się bezradni wobec ryczących silników, głośnych imprez i uciążliwych lokali. Ratusz odpowiada, że bez zmian w prawie samorząd ma związane ręce.
W rozmowie z „Super Expressem” radna Marta Szczepańska z MJN zapowiedziała, że 4 września ulicami stolicy ponownie przejdzie protest niewyspanych mieszkańców. Dla nich hałas nie jest zwykłą miejską niedogodnością, lecz realnym problemem, który negatywnie wpływa na zdrowie.
Zdaniem radnych od poprzedniego protestu sytuacja nie tylko się nie poprawiła, ale wręcz pogorszyła.
- Miasto absolutnie sobie nie radzi. Problem zgłaszany na przykład pod numer 112 jest bagatelizowany przez operatorów. Podobnie postępuje policja. Z kolei straż miejska nie ma odpowiednich uprawnień. Brak postulowanych fotoradarów akustycznych sprawia, że kierowcy, motocykliści czy właściciele ogródków gastronomicznych pozostają bezkarni - mówi radna Szczepańska w rozmowie z reporterem „Super Expressu”.
Szczepańska przekonuje, że mieszkańcy takich ulic jak Krucza, Hoża, Marszałkowska czy Świętokrzyska skarżą się na setki, a nawet tysiące uciążliwych przejazdów.
Fotoradary akustyczne wracają jako główny postulat
Aktywiści od miesięcy przekonują, że walka z hałasem drogowym nie może opierać się wyłącznie na doraźnych patrolach. Ich zdaniem potrzebne są urządzenia podobne do fotoradarów, ale mierzące natężenie dźwięku. Takie rozwiązania, według MJN, są testowane lub stosowane w innych miastach, m.in. w Nowym Jorku.
Problem w tym, że dziś takie urządzenia nie mogą w Polsce działać tak jak klasyczne fotoradary. Brakuje przepisów, które pozwalałyby na automatyczny pomiar hałasu i nakładanie mandatów na tej podstawie. W tym punkcie, choć obie strony spierają się o odpowiedzialność za brak działań, diagnoza MJN i ratusza częściowo się pokrywa: bez zmian ustawowych trudno będzie wdrożyć skuteczny system karania za nadmierny hałas. Obecnie byłoby to nielegalne.
Ratusz: działamy w ramach prawa, którego po prostu brakuje
Wiceprezydent Warszawy Magdalena Młochowska, odpowiedzialna w ratuszu m.in. za kwestie ochrony środowiska, odpiera zarzuty aktywistów. Jej zdaniem MJN dobrze wie, że samorząd nie ma obecnie narzędzi prawnych, które pozwalałyby podjąć działania postulowane przez aktywistów.
- Zgody, których udzielamy na przykład na organizację imprez masowych, nawet w okolicy terenów przyrodniczych, są wyraźnie określone przez prawo. Nie możemy ingerować, jeśli służby dały wydarzeniu zielone światło. Apelowaliśmy do rządu, by wyposażył samorządy w odpowiednie mechanizmy - mówi w rozmowie z „Super Expressem” wiceprezydent Młochowska.
Według Młochowskiej, zgodnie z obowiązującymi przepisami, hałas nie jest dziś przesłanką, która pozwalałaby miastu zablokować wydarzenie lub narzucić organizatorowi szczegółowe ograniczenia.
Inaczej wygląda sytuacja na terenach należących do miasta. Tam, jak tłumaczy wiceprezydent, ratusz może wprowadzać ograniczenia w umowach dzierżawy. Funkcjonuje nawet zarządzenie prezydenta, które pozwala określać warunki organizacji wydarzeń tak, aby były mniej uciążliwe dla mieszkańców. Jeśli jednak wydarzenie odbywa się na terenie prywatnym, wpływ władz miasta na organizatorów jest bardzo ograniczony.
Ogródki gastronomiczne. Dwie różne diagnozy
MJN wskazuje również na hałas generowany przez lokale gastronomiczne i ogródki. Według aktywistów część restauratorów wystawia na zewnątrz głośniki, a interwencje służb kończą się najwyżej pouczeniem.
Ratusz ocenia tę sprawę inaczej. Wiceprezydent przekazała „Super Expressowi”, że w ostatnich miesiącach nie odnotowano dużej liczby skarg dotyczących ogródków gastronomicznych. Jej zdaniem sytuacja ma się poprawiać, głównie dzięki mniejszej liczbie konfliktów między mieszkańcami a właścicielami barów.
- Mimo istnienia napięć na linii wspólnoty mieszkaniowe i pojedyncze lokale, w większości przypadków udaje się zachować balans, który leży także w interesie przedsiębiorców. Myślę, że dotyczy to około 90 proc. przypadków - dodaje.
Jej zdaniem niektórzy mieszkańcy mogą niekiedy przesadzać w swojej „krucjacie” przeciwko hałasowi.
- Otrzymywaliśmy skargi nie tylko na głośne samochody czy imprezy, ale także na syreny karetek pogotowia, policji czy nawet na... dzwony kościelne - przyznaje wiceprezydent, dodając, że „pewien poziom hałasu w mieście jest nieunikniony”.
Tłumaczenia ratusza nie przekonują jednak aktywistów i radnych. Protest najpewniej i tak się odbędzie. Władze miasta sugerują natomiast, by rozgoryczeni mieszkańcy zamiast na placu Bankowym pokazali swoje niezadowolenie na ul. Wiejskiej, przed budynkiem Sejmu. To bowiem od decyzji posłów i rządu ma zależeć, czy samorządy otrzymają narzędzia pozwalające skuteczniej walczyć z hałasem.
Ze swojej strony miasto jeszcze w sierpniu ma zorganizować posiedzenie komisji ochrony środowiska. Głównym tematem spotkania będzie właśnie problem hałasu.