32-letni Paweł Ż. stanął na ślubnym kobiercu z 31-letnią Julią, a owocem ich miłości stał się syn: malutki Dawidek, oczko w głowie rodziców. Związek tych dwojga nie przetrwał jednak próby czasu, kiedy okazało się, że dzieli ich więcej niż łączy. Znajomi i sąsiedzi w anonimowych rozmowach opowiadali o toksyczności tej relacji, zwłaszcza w kontekście zachowań mężczyzny, choć jak to zwykle bywa w tego typu historiach opinie były podzielone. To, jaka była prawda, wiedzieli jedynie sami zainteresowani. W czerwcu 2019 roku kobieta zdecydowała się odejść od męża. Spakowała rzeczy swoje oraz dziecka, a następnie wyprowadziła się z mieszkania w Grodzisku Mazowieckim, które wspólnie wynajmowali. 32-latek został w lokum sam i – jak się później okazało – nie mógł się z tym pogodzić. Żona zażądała od niego rozwodu, a skoro małżeństwo doczekało się potomstwa, pojawiło się pytanie, w jaki sposób zorganizowana zostanie opieka nad dzieckiem. Zdaniem Pawła, Julia chciała mu odebrać syna, czego dowodem miał być fakt, że przy przeprowadzce zabrała go ze sobą. W oczach innych jasne było, że na razie powinien zostać z matką, do czasu unormowania sprawy rozwodowej i ewentualnej decyzji sądu. Walka między niegdyś zakochaną parą nabierała jednak na sile, a mężczyzna nie chciał czekać na finał tego całego procesu. Najpierw przestał chodzić do pracy, w końcu wziął urlop. 24 czerwca 2019 roku już nie pojawił się w zakładzie, nikt nie wiedział, gdzie przebywa.
Paweł miał znęcać się psychicznie nad rodziną. Małżonka chciała uciec razem z synem. "Bał się tego"
Kilka dni później do prokuratury wpłynęło zawiadomienie dotyczące psychicznego znęcania się nad małżonką, czego miał dopuścić się Paweł. Pismo złożył pełnomocnik kobiety. To jeszcze bardziej zaogniło sytuację, ponieważ mężczyzna zaczął się obawiać, że już nigdy nie zobaczy syna. 10 lipca 2019 roku, jak gdyby nigdy nic, pojawił się w godzinach popołudniowych u dziadków chłopca. Julia przebywała wówczas poza mieszkaniem. Miał prawo wziąć 5-latka na wycieczkę, nie miał bowiem ograniczonej opieki, zachowywał się zresztą normalnie. Nikt nie mógł podejrzewać, że rzekomy wyjazd z synem ma drugie, znacznie mroczniejsze podłoże.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Dawid wszedł z tatą do auta około godziny 17:00. Z piskiem opon odjechali szarą skodą w nieznanym kierunku. Niecałe dwie godziny później na wyświetlaczu telefonu Julii pojawił się komunikat o przychodzącym połączeniu: dzwonił mąż. Odebrała. - Już więcej nie zobaczysz syna – rzucił do słuchawki Paweł Ż. Dał jej jeszcze porozmawiać z Dawidem, tak jakby chciał, by mogła się z nim pożegnać, ale tylko przez chwilę. Potem zabrał komórkę i się rozłączył. Kobieta wpadła w panikę, była przerażona, bo nie wiedziała, co mogą oznaczać słowa mężczyzny. W głowie miała same czarne myśli, więc decyzja o poinformowaniu odpowiednich służb zapadła błyskawicznie.
Kolejne dwie godziny później na torach kolejowych przy stacji Grodzisk Mazowiecki zaczął zbierać się tłum gapiów. Policyjne koguty rozświetlały pobliski teren, a widok przerażonych pasażerów do dziś śni się niektórym mundurowym po nocach. Ktoś rzucił się pod pociąg relacji Warszawa – Skierniewice. Początkowo zakładano, że to podobna do wielu tego typu spraw, osoba nieradząca sobie z różnymi problemami w życiu postanowiła je sobie odebrać. W brutalny i makabryczny sposób. Nikt nie wiązał tego przypadku z poszukiwaniami Dawidka. Aż podczas oględzin ciała okazało się, że pod kołami pociągu zginął ojciec chłopca, Paweł Ż. Rozglądano się jeszcze, czy lokomotywa uderzyła tylko jego, czy może mężczyzna nie był sam. Ale dziecka nigdzie nie było. Nie odnaleziono go również w samochodzie należącym do 32-latka, który porzucił niedaleko stacji. Auto było zamknięte na klucz, lecz chłopca w nim nie było. Pojawiła się więc iskra nadziei, że być może mężczyzna oszczędził 5-latka, że może tylko go gdzieś ukrył. Śledczy jeszcze wtedy nie ujawnili informacji, które tę nadzieję odbierały.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Poszukiwania kilkuletniego Dawida nabrały na sile, w mediach pojawiło się jego zdjęcie opublikowane przez policję, a komunikat o zaginięciu obiegł wszystkie media w Polsce. W działania zaangażowało się wielu postronnych świadków czy mieszkańców, nawet tych z innych miejscowości, którzy chcieli pomóc w odnalezieniu dziecka.
Czytaj także: Policjantka Sylwia wywiozła syna do lasu i zastrzeliła go z broni służbowej. "Kochała Wiktorka"
- Chłopiec był ubrany w szaroniebieską bluzę dresową, niebieskie jeansy oraz niebieskie trampki z obrazkami Zygzaka McQueena – brzmiał policyjny komunikat. Służby ustaliły, że telefon Pawła logował się po raz ostatni na trasie z Grodziska Mazowieckiego do Warszawy, w okolicy lotniska Chopina. Tam postanowiono szukać, jednocześnie obawiając się najgorszego.
- Służby przeczesywały rejon autostrady A2. W poszukiwania zaangażowani byli policjanci i strażacy z psami tropiącymi. Nad Grodziskiem Mazowieckim latał helikopter. Do akcji wkroczyli także nurkowie i wojsko – wyliczali dziennikarze „Super Expressu”, relacjonujący w tamtym okresie poszukiwania dziecka. Każdy kolejny dzień przynosił nowe, wstrząsające ustalenia. W końcu śledczy ujawnili, że w porzuconej skodzie nie było co prawda Dawida, ale zabezpieczone w środku dowody wskazują na możliwość popełnienia przestępstwa. Chodziło zapewne o ślady krwi, a także – jak się później okazało – odciski wskazujące na obecność zwłok w samochodzie.
Nadzieja zgasła. Dawidek nie przeżył. "Nieprawdopodobna trauma na całe życie"
- Trzeba skłaniać się ku temu, że akcja poszukiwawcza pięcioletniego Dawida idzie w kierunku poszukiwania zwłok dziecka – powiedział ówczesny rzecznik Komendanta Głównego Policji, Mariusz Sokołowski. Gdyby funkcjonariusze nie mieli twardych dowodów na tego typu tezę, nigdy nie zostałaby ona wypowiedziana publicznie przed zakończeniem poszukiwań. Rokowania były więc fatalne. Ale akcja musiała trwać – do samego końca, bez względu na finał.
Zobacz również: Karolina utopiła córki w szambie. 6-letnią Tosię i 7-letnią Gabrysię znalazł ich tata. Wstrząsające
- To, że Paweł Ż. wziął nagły urlop w pracy, choć uchodził w niej za bardzo sumiennego człowieka, może wskazywać na to, że nie działał pod wpływem jakiegoś impulsu, lecz wszystko przygotowywał. Mógł znaleźć miejsce, w którym porzuci Dawida, a później udać się do niego z chłopcem, wcześniej zabijając go w samochodzie – mówił jeden ze śledczych na antenie TVP Info. Jego słowa, niestety, okazały się prorocze.
Po tygodniu poszukiwań zapadła dramatyczna decyzja. Tymczasowo porzucono dalsze przeczesywanie terenu i skupiono się na analizie zebranych dowodów, co spotkało się z różną reakcją opinii publicznej, w tym liczną krytyką służb. Mundurowi zastrzegali, że nadal prowadzą działania, ale jedna z badanych wersji mówi o wywiezieniu chłopca poza granice kraju. Z drugiej strony, skoro minęły zaledwie dwie godziny od rozmowy mężczyzny z żoną i znalezienia jego ciała pod kołami pociągu, to przecież nie zdążyłby wyjechać z kraju i wrócić.
- Jest bardzo mała szansa, że dziecko żyje. Nie ma też większych szans na to, żeby pięciolatek z obcymi ludźmi przejechał przez granicę. Z rodzicem to jest możliwe, ale przecież ojciec popełnił samobójstwo – oceniał dla „Super Expressu” dr psychiatra Krzysztof Klementowski. – W mojej ocenie zabił dziecko, a ciało dokładnie schował. Tak, żeby nigdy nie zostało znalezione. Uznał, że doprowadzi do sytuacji, w której matka przez całe życie będzie się łudzić, że pewnego dnia syn wróci i powie: „cześć mamo”, przytuli się. To nieprawdopodobna trauma na całe życie – wnioskował psychiatra.
Dokładnie dziesięć dni po zniknięciu dziecka, policjanci prowadzący poszukiwania na trasie między Warszawą a Grodziskiem, natrafili na ciało Dawida. Na konferencji prasowej przekazano, że z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością zwłoki należą do zaginionego 5-latka. Później przeprowadzone badania i relacja rodziny to potwierdziły .
Ostatnie pożegnanie wzruszało do łez. 5-letni chłopiec miał przed sobą całe życie, które brutalnie zostało przerwane
Chłopiec miał na ciele liczne rany kłute, ciało leżało w gęstej trawie, pod liśćmi, kilkadziesiąt metrów od ekranów akustycznych wzdłuż autostrady A2. Sekcja zwłok wykazała, że Paweł Ż. zadał własnemu dziecku aż jedenaście ciosów, głównie w okolice serca. Śledczy ustalili, że dźgał dziecko bez opamiętania jeszcze w samochodzie, a potem zaniósł zwłoki na pobocze, ukrył je, i pojechał odebrać sobie życie na stację kolejową. Nie zostawił żadnego listu pożegnalnego, więc o motywach zbrodni psychiatrzy mogą mówić tylko na podstawie jego ostatnich słów, wypowiedzianych do żony podczas rozmowy telefonicznej.
- A te świadczą o tym, że mężczyzna, tracąc nadzieję na opiekę nad dzieckiem, uznał że żona, która od niego odeszła, też nie dostanie Dawidka. I odebrał jej go na zawsze. Ale najwyraźniej sam nie potrafił z tym żyć – relacjonował „Super Express”. - Nie mogę uwierzyć, że on był mordercą – skomentowała krótko w rozmowie z Wirtualną Polską: matka Pawła Ż. i babcia Dawidka.
30 lipca 2019 roku w Cerkwi św. Marii Magdaleny na Pradze odbyła się msza żałobna w intencji 5-latka. Chłopiec nie spoczął jednak na warszawskim cmentarzu. Jego mama podjęła decyzję o wyjeździe do Rosji, gdzie zabrała też prochy malca. Ojciec Dawida został natomiast pochowany na Cmentarzu Komunalnym we wsi Szczęsne pod Grodziskiem Mazowieckim.