Stołeczne księstwo KO drży. Czy Trzaskowski straci funkcję?

Rośnie presja na Rafała Trzaskowskiego. Organizatorzy Stołecznej Operacji Referendalnej poinformowali, o zebraniu już 40 tys. podpisów pod wnioskiem referendum w sprawie odwołania prezydenta i rady miasta. Do celu wciąż daleko, ale inicjatorzy akcji zapowiadają przyspieszenie. Część radnych liczy na „wstrząśnięciem księstwem KO”.

Flaga z napisem Referendum na tle wieżowców i sterta dokumentów. W środku Rafał Trzaskowski. O akcji w SE.
Autor: Sebastian Wielechowski / Super Express; Maciej Wilk/ Facebook

Akcja zbierania podpisów rozpoczęła się 30 lipca. W pierwszych czterech dniach organizatorzy zebrali 15 tys. podpisów, a po nieco ponad dwóch tygodniach licznik ma wskazywać już 40 tys. O najnowszym wyniku poinformował w mediach społecznościowych Maciej Wilk, inicjator Stołecznej Operacji Referendalnej.

To oznacza, że organizatorzy są mniej więcej na jednej trzeciej drogi do wymaganego minimum. Aby referendum mogło dojść do skutku, potrzebne jest poparcie 10 proc. wyborców w Warszawie. Według obecnych szacunków chodzi o około 132 tys. podpisów, choć dokładną liczbę ma wskazać komisarz wyborczy.

„Wrzucamy kolejny bieg”

Maciej Wilk przekonuje w social mediach, że akcja dopiero się rozkręca. Zapowiada on zwiększenie liczby wolontariuszy oraz punktów, w których można podpisać się pod wnioskiem o referendum. Dodatkowo wnioski można pobierać również ze strony internetowej organizatorów akcji.

„Wystartowaliśmy w samym środku wakacyjnego szczytu urlopowego. Teraz wrzucamy kolejny bieg. W najbliższych tygodniach zobaczycie na ulicach Warszawy jeszcze więcej naszych wolontariuszy w charakterystycznych pomarańczowych kamizelkach i jeszcze więcej stanowisk oznaczonych proporcami z napisem Referendum” - napisał Wilk.

Do referendum jeszcze daleka droga

Choć 40 tysięcy podpisów to wyraźny sygnał mobilizacji przeciwników obecnych władz miasta, samo zebranie podpisów nie oznacza jeszcze odwołania prezydenta. To dopiero pierwszy etap całej procedury.

Jeśli organizatorom uda się zebrać wymaganą liczbę ważnych podpisów, dopiero wtedy możliwe będzie zarządzenie referendum. Następnie zwolennicy usunięcia prezydenta Trzaskowskiego z jego stanowiska musieliby przekonać do udziału w referendum ok. 450 tys. mieszkańców Warszawy. Aby wynik był wiążący, konieczne jest zebranie trzech piątych osób, które uczestniczyły w poprzednich wyborach.

W innym wypadku, nawet jeżeli wynik wyniósłby 99,99 proc., referendum nie miałoby żadnego znaczenia z prawnego punktu widzenia. Dokładnie taka sytuacja miała miejsce w 2013 r., kiedy za usunięciem Hanny Gronkiewicz-Waltz zagłosowało blisko 95 proc. osób, acz liczba uczestników referendum była zbyt mała.

„Uważam, że przydałaby się zmiana”

Referendum nie dotyczyłoby jedynie odwołania z funkcji prezydenta Trzaskowskiego, ale i całego składu obecnej rady miasta, w której Koalicja Obywatelska ma samodzielną większość. Mimo to część radnych, którzy potencjalnie mogliby stracić swoje funkcje, pozytywnym wzrokiem spogląda na wizję referendum.

- W Warszawie przydałaby się zmiana, bo niemal ćwierć wieku monopolu jednej partii nam nie służy. Władze nie słuchają głosu mieszkańców, zbyt wolno rozwijają miasta, a kwestie planistyczne leżą. W praktyce prezydent nie interesuje się losem Warszawy poza granicami Śródmieścia - komentuje w rozmowie z „Super Expressem” Marta Szczepańska, radna Miasto jest nasze. - Niestety, stolica jest zakładnikiem wielkiej polityki. Sama idea referendum i rozbicia tego księstwa KO, jakim stała się Warszawa, jest słuszne, tak z powodów ideologicznych nie ufam tym konkretnym organizatorom referendum - dodaje.

W podobnym tonie wypowiadają się radni PiS-u. Ich zdaniem podstawowym prawem mieszkańców jest możliwość korzystania z narzędzia referendum, jeżeli obecna władza im nie odpowiada. Zapytani czy obawiają się potencjalnej straty stanowisk, deklarują gotowość do poddania się społecznej weryfikacji w każdym momencie.

- Trudno popierać odwołanie samego siebie - komentuje radny KO, Piotr Wertenstein-Żuławski. - Po to mamy kadencyjność, tę umowę na rządzenie przez określony czas, abyśmy mogli realizować nasze postulaty, dzięki którym wygraliśmy. Jest to zwyczajny populizm. Jeżeli nie będziemy respektować kadencyjności, za pół roku po referendum znowu ktoś będzie chciał odwołać nowego prezydenta, a to wprowadzi chaos - komentuje radny.

- Swoją drogą, myślę, że te 40 tys. podpisów to trochę na wyrost. Codziennie przechodzę obok tych punktów i totalnie nikt się tym referendum nie interesuje. Żadnych tłumów nie ma. To oczywiste, że ta akcja stanowi przygotowanie pod przyszłoroczne wybory. Nie chodzi o Warszawę i jej dobrostan, a o dowalenie Trzaskowskiemu oraz Tuskowi - dodaje samorządowiec.

Akcja potrwa do 28 września. Do tego czasu organizatorzy muszą zdobyć około 132 tys. podpisów.

Sonda
Czy referendum może doprowadzić do odwołania Rafała Trzaskowskiego?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki