Przez 30 sekund nie czuł dłoni. Chwilę później zdobył jeden z najtrudniejszych szczytów świata

Dwa tygodnie w lodzie, mróz sięgający -40 stopni i chwile, gdy większość wspinaczy zawracała. Piotr Aftyka nie tylko zdobył jeden z najtrudniejszych szczytów świata, ale już teraz jest w połowie drogi do realizacji marzenia o Koronie Ziemi. W rozmowie z „Super Expressem” opowiada o walce z własnymi słabościami, ekstremalnych warunkach i planie wejścia na Mount Everest... bez dodatkowych butlki z tlenem.

Na przełęczy Denali Pass termometry pokazywały blisko -40 stopni. Większość wspinaczy zawróciła. Piotr Aftyka zdjął rękawiczki tylko na kilkadziesiąt sekund. Dziś przyznaje, że była to jedna z najbardziej ryzykownych decyzji podczas całej wyprawy. O tym, jak wygląda walka z jedną z najtrudniejszych gór świata i dlaczego marzy o wejściu na Everest bez dodatkowych bulti z tlenem, opowiedział w rozmowie z reporterem „Super Expressu”.

Piotr Lis, reporter „Super Expressu”: Na Denali większość ekip zawróciła. Pan poszedł dalej. Co wydarzyło się wtedy na wysokości ponad 5200 metrów?

Piotr Aftyka: Kluczowy i najbardziej krytyczny moment nastąpił podczas ataku szczytowego. Z najwyższego obozu na 5200 metrach dotarliśmy na przełęcz Denali Pass. Wiał tam potężny, mrożący krew w żyłach wiatr. Musiałem założyć na siebie drugą, grubszą kurtkę puchową. Aby to zrobić, musiałem na chwilę zdjąć rękawice i rozwiązać mały supełek przy sprzęcie. To zajęło mi może 30 sekund, maksymalnie minutę, ale w tym czasie poczułem, jak moje dłonie zaczynają drętwieć z zimna. Wiatr potęgował to odczucie do granic możliwości. To był moment, w którym prawie wszystkie ekipy, które tego dnia atakowały szczyt, zawróciły. Pamiętam Polaka o imieniu Paweł, który był na wyprawie z agencją komercyjną: on również podjął decyzję o odwrocie. My jednak, po krótkiej naradzie, ubraliśmy się cieplej i postanowiliśmy iść dalej.

Przez 30 sekund nie czuł dłoni. Chwilę później zdobył jeden z najtrudniejszych szczytów świata
Autor: Piotr Aftyka/ Archiwum prywatne

Brzmi jak moment, w którym jeden zły ruch mógł zakończyć całą wyprawę. Czy wtedy po raz pierwszy pomyślał Pan, że ryzyko jest naprawdę ogromne?

Tak ale zaledwie 15 minut później, po przejściu niewielkiego odcinka, warunki zmieniły się diametralnie. Wiatr ucichł, a słońce zaczęło grzać tak mocno, że musiałem rozpinać kurtkę, bo robiło się za ciepło. Wtedy wiedzieliśmy, że najgorsze za nami i że już nic nas nie powstrzyma. Mimo to pełna świadomość sukcesu i tego, co osiągnęliśmy, dotarła do mnie dopiero po bezpiecznym zejściu.

Dla wielu osób Denali to najbardziej wymagająca góra spośród tych, które Pan zdobył. Jak wyglądała ta wyprawa od początku?

Pamiętam, że jeszcze będąc na Alasce, pisałem w mediach społecznościowych, że to była najbardziej ekstremalna rzecz, jaką zrobiłem w życiu, i do dziś podtrzymuję to zdanie. Złożyło się na to wszystko po trochu: trudność techniczna, logistyka, ale przede wszystkim ekstremalne warunki. Spędzenie czternastu dni w lodach i śniegach, gdzie nie ma schronisk, a człowiek nigdy nie regeneruje się w stu procentach, to ogromne wyzwanie dla organizmu. Temperatury spadały nawet do -40 stopni Celsjusza. Zimno było tak dotkliwe, że czasami wstawaliśmy i czekaliśmy w namiotach do godziny 10 czy 11, aż słońce wyjdzie zza grani i oświetli obóz. Dopiero wtedy ktokolwiek odważał się wyjść na zewnątrz i zaczynało się życie.

Czy właśnie dlatego mówi się, że Denali potrafi być trudniejsze nawet od Mount Everestu?

Zgadza się, to był duży przeskok pod względem trudności. Słyszałem opinię jednej ze znanych polskich himalaistek, która zdobyła Koronę Ziemi, że dla niej osobiście Denali okazał się trudniejszy od Everestu. Różnice widać już po samej długości akcji górskiej. Na Mont Blanc weszliśmy trzeciego czy czwartego dnia. Wyprawa na Denali trwała 14 dni, 11 dni podejścia i trzy dni zejścia. To dwa tygodnie na odludziu, bez schronisk, gdzie wszystko, co potrzebne do życia, trzeba nieść ze sobą w plecaku i ciągnąć na specjalnych sankach. Byliśmy przygotowani na 19 dni pod względem prowiantu i gazu.

Przez 30 sekund nie czuł dłoni. Chwilę później zdobył jeden z najtrudniejszych szczytów świata
Autor: Piotr Aftyka/ Archiwum prywatne

Cofnijmy się do początku. Cztery szczyty Korony Ziemi są już za Panem. Kiedy ten projekt przestał być marzeniem, a stał się realnym planem?

Projekt Korony Ziemi jest, jak to się ładnie mówi, in progress. Na koncie mam już cztery szczyty, więc zbliżam się do połowy. Zdobyłem obie Ameryki, czyli Aconcaguę i Denali, oraz skompletowałem Europę, wchodząc na Mont Blanc i Elbrus, z którego wróciłem kilka tygodni temu. Wszystko zaczęło się od Mont Blanc w 2023 roku i póki co udaje mi się realizować plan zdobywania jednej góry rocznie.

Skąd w ogóle wzięła się pasja do gór? Trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od jednego wyjazdu w Tatry.

Wszystko zaczęło się dość przypadkowo. Prowadzę firmę budowlaną i zostałem zaproszony przez znajomych z branży na wyjazd integracyjny w Tatry. Była zima, trochę imprezowania, ale też wyjście na Świnicę, z którego szybko zrezygnowałem. Jednak coś zaskoczyło. Zaraz po powrocie umówiliśmy się na kolejny, już prywatny wyjazd. Po kilku nieudanych próbach w końcu zdobyliśmy zimą Starorobociański Wierch. Ten sukces podbudował ego i sprawił, że zaczęliśmy wyjeżdżać w góry bardzo systematycznie. Pasja po prostu ewoluowała od amatorskich wycieczek po profesjonalne ekspedycje.

Przez 30 sekund nie czuł dłoni. Chwilę później zdobył jeden z najtrudniejszych szczytów świata
Autor: Piotr Aftyka/ Archiwum prywatne

Jak przygotowuje się Pan do każdej wyprawy?

Trenuję systematycznie i nieprzerwanie od kilku lat, bez względu na to, czy jakaś wyprawa jest w planach, czy nie. Zaczęło się od biegania, a potem rozszerzyłem treningi o triathlon, czyli rower i basen. Do tego dochodzi siłownia pod kątem wytrzymałościowym. Ta systematyczność sprawia, że moja kondycja jest na tyle dobra, że nie potrzebuję specjalnych, intensywnych przygotowań tuż przed wyjazdem. Stały wysiłek jest moim zdaniem nawet lepszy niż próba zbudowania formy w kilka miesięcy. Z czasem sam triathlon stał się dla mnie dodatkową pasją, startuję w zawodach i mam już na koncie ukończony dystans 1/2 Iron Mana.

Większość wspinaczy korzysta z agencji. Pan organizuje niemal wszystko sam. Dlaczego?

My organizujemy wszystko sami, co jest nieporównywalnie tańsze, ale wymaga ogromnego zaangażowania. Jednak nie wszędzie jest to możliwe. Z gór, które mi zostały, aż trzy − Kilimandżaro, Masyw Vinsona na Antarktydzie i Mount Everest − będą wymagały skorzystania z agencji. Na Kilimandżaro jest to wymóg podyktowany chęcią zarobku lokalnej społeczności. Mój plan to opłacić wszystko, co wymagane, ale poprosić o możliwość samodzielnego działania − noszenia własnego sprzętu i poruszania się w niewielkim odstępie od grupy.

Dlaczego w przypadku Everestu i Antarktydy agencja jest właściwie koniecznością?

Z informacji, które uzyskałem od Łukasza Łagożnego, zdobywcy Korony Ziemi i mojej inspiracji, wynika, że na Antarktydę leci się z Chile specjalnym samolotem transportowym, a cała logistyka jest w rękach jednej firmy. To generuje ogromne koszty, sięgające kilkuset tysięcy złotych. Na Mount Everest sytuacja jest podobna. Ze względów bezpieczeństwa, ale też niestety z powodu nieprzyjemnych incydentów, takich jak kradzieże sprzętu z namiotów niezależnych wspinaczy, udział agencji i pomoc Szerpów staje się niemal koniecznością.

Skoro jesteśmy przy Evereście... planuje Pan wejść z tlenem czy bez?

Mam ambitny plan, żeby spróbować wejść bez tlenu. Zobaczymy też, czy Everest będzie moim pierwszym ośmiotysięcznikiem. Jesienią planowaliśmy z kolegą wyprawę na Manaslu (8163 m n.p.m.), ale ze względów finansowych prawdopodobnie zmienimy cel na niższy, ale technicznie trudny siedmiotysięcznik Himlung oraz ambitny sześciotysięcznik Ama Dablam. Czas pokaże, która góra będzie pierwsza.

Przez 30 sekund nie czuł dłoni. Chwilę później zdobył jeden z najtrudniejszych szczytów świata
Autor: Piotr Aftyka/ Archiwum prywatne

Takie wyprawy kojarzą się z ogromnymi pieniędzmi. Ile naprawdę kosztuje zdobycie takiej góry jak Denali?

Mimo że to odległy kierunek, udało nam się zamknąć wyjazd w rozsądnej kwocie. Całkowity koszt wyprawy na Denali wyniósł mnie około 22-23 tysięcy złotych. W tę kwotę wliczony był przelot za nieco ponad 4 tysiące złotych oraz zakup niezbędnego sprzętu, jak choćby specjalistyczne buty wysokogórskie, które kosztowały wtedy 4,5 tysiąca złotych, a które posłużą mi również na Evereście. To naprawdę niewielka kwota w porównaniu z kosztami wypraw komercyjnych, które mogą sięgać 80 tysięcy złotych lub więcej.

Poza górami zostają też historie, których nie da się zaplanować. Która przygoda najbardziej zapadła Panu w pamięć?

Tak, jedna spotkała mnie w Argentynie. To była zdecydowanie niemiła przygoda. Po zdobyciu Aconcagui, w Buenos Aires, czekaliśmy na mieszkanie. Siedzieliśmy na stertach naszych bagaży, gdy tuż przed nami w zaaranżowany sposób przewrócił się starszy mężczyzna, gubiąc klucze. Kiedy moi koledzy ruszyli mu z pomocą, ktoś inny z tyłu ukradł mój plecak. Straciłem sprzęt o wartości około 4-5 tysięcy złotych, w tym kurtkę puchową i kamerę. To była dobrze zaplanowana akcja.

Bywały też znacznie przyjemniejsze momenty?

O tak, dwukrotnie zdarzyło mi się świętować urodziny na wyprawie. Raz po zejściu z czterotysięcznika Breithorn na granicy Włoch i Szwajcarii. W schronisku za barem spotkaliśmy Polaka. Po małej „gratyfikacji finansowej” spędziliśmy z nim fantastyczny wieczór, gawędząc przy barze, a on częstował nas wszelkimi specjałami. Drugi raz urodziny wypadły tuż po zejściu z Mont Blanc. Byliśmy już bezpieczni w mieście.

Chciałbym zapytać jeszcze o emocje na szczycie. Czy jest euforia, czy raczej skupienie na tym, co najważniejsze, czyli bezpiecznym zejściu?

Jest chwila ogromnej radości, gratulacji, uścisków i nagrywania pamiątkowych filmów. To fantastyczne emocje i chyba najwspanialszy moment wyprawy. Jednak bardzo szybko trzeba się ponownie skupić. Wiele wypadków zdarza się właśnie podczas zejścia, kiedy przychodzi rozluźnienie. Trzeba zachować czujność, patrzeć pod nogi i bezpiecznie doprowadzić misję do końca, czyli wrócić najpierw do obozu, a potem do domu.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji Korony Ziemi!

Dziękuję. Korzystając z okazji, chciałbym również podziękować instytucjom i osobom, które wspierają mnie w moich działaniach: miastu Pruszków z prezydentem Piotrem Bąkiem na czele, Krzysztofowi Olszewskiemu z działu Promocji i Marketingu Miasta Pruszków, gminie Michów, z której pochodzę, wójtowi gminy Romanowi Adamczykowi oraz lokalnej, pruszkowskiej hurtowni materiałów budowlanych MW-Dom z prezesem Przemysławem Pujankiem na czele. Wasze wsparcie jest nieocenione. Mam nadzieję, że wspólnie zdobędziemy jeszcze nie jeden cel.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki