Historię kobiety opisała dziennikarka Magdalena Rigamonti na Onet.pl. Pacjentka trafiła do Szpitala Południowego 21 czerwca. Była w 22. tygodniu ciąży. Jak opowiadała, wcześniej pojawił się silny ból brzucha, który z czasem stawał się nie do wytrzymania. Kobieta początkowo nie podejrzewała najgorszego. Nie miała krwawienia, a ból przypominał niestrawność. Pojechała do rodziców. Tam zrobiło jej się słabo i straciła przytomność. Jej bliscy wezwali karetkę.
− Nie byłam w stanie dojść do karetki, bo każda próba pionizacji powodowała zawroty głowy, więc przewieźli mnie na noszach − relacjonowała w rozmowie z Rigamonti.
W karetce miała mówić ratownikom, że jest jej niedobrze, ciężko oddycha i się dusi. Jak twierdzi, słyszała jednak, że może być to efekt stresu i hiperwentylacji. Ostatecznie została przewieziona do Szpitala Południowego. Tam rozpoczęło się czekanie.
„A ja z tym umierającym dzieckiem byłam kompletnie sama”
Pacjentce pobrano krew, wykonano EKG i podłączono kroplówkę. Jak relacjonuje, nie wykonano jej jednak KTG, czyli badania monitorującego czynność serca dziecka i skurcze macicy. Kobieta miała wielokrotnie pytać personel, kiedy zostanie zbadana przez ginekologa.
− Co pół godziny przywoływałam machaniem ręką kogoś z personelu i pytałam, kiedy przyjdzie lekarz, bo bardzo boli mnie brzuch, a czekam już bardzo długo − opowiadała.
Jak twierdzi, słyszała, że personel czeka na wyniki badań krwi. Jej ojciec dwukrotnie przyjeżdżał do szpitala z dokumentacją dotyczącą ciąży, ale nie został wpuszczony na SOR.
− A ja z tym umierającym dzieckiem w brzuchu byłam kompletnie sama. I kiedy mówiłam, że boli mnie przeraźliwie, to nikt nie reagował − mówiła w rozmowie z Rigamonti.
Według dokumentacji, o której opowiadała kobieta dla Onet.pl, karetka przywiozła ją do szpitala o godz. 14.23. Ginekolog miała pojawić się dopiero o 17.45. Wtedy wykonano USG.
− Pani ginekolog najpierw powiedziała: „Tętno dziecka jest niskie”. Dodała, że jej się to nie podoba. Było 90, a u takiego dziecka powinno być około 140, 150 − relacjonowała pacjentka. Chwilę później lekarze mieli stwierdzić, że w jamie brzusznej znajduje się krew.
Ponad dwa litry krwi w brzuchu
Lekarze podejrzewali pęknięcie macicy. Kobieta miała wcześniej operację usunięcia mięśniaków. Jak wynika z jej relacji, konieczna była natychmiastowa operacja.
− Zastanawiam się, dlaczego oceniali mój stan jako dobry, skoro w dokumentach też było napisane: „pacjentka nie jest w stanie o własnych siłach pójść do gabinetu USG” − mówiła w rozmowie z Rigamonti.
Podczas operacji lekarze musieli dostać się do tylnej ściany macicy. Kobieta straciła około trzech litrów krwi. W jej jamie brzusznej miało znajdować się ponad dwa litry krwi. Lekarze zdołali uratować macicę, ale dziecka nie udało się uratować.
Michalinka urodziła się w 22. tygodniu ciąży. Jak relacjonuje matka, była w worku owodniowym, który przemieścił się przez pęknięcie macicy do jamy otrzewnej. Łożysko zaczęło się odrywać, a tętno dziecka spadało.
− Przez dwie godziny zespół reanimacyjny walczył o moją córkę. Raz podjęła samodzielną próbę oddychania − opowiadała kobieta. Ostatecznie Michalinka zmarła. Matka mogła się z nią pożegnać.
− Przynieśli mi ją. Była umyta, ubrana w czapeczkę, zawinięta w becik i wyglądała, jakby spała. Jestem wdzięczna, że mogłam się z nią pożegnać, pogłaskać jej buźkę − mówiła.
„Nic już nie wywalczę, dziecka nie odzyskam”
Po operacji kobieta przez kilka dni przebywała w szpitalu. Dziś została jej blizna po operacji. Jak opowiadała w rozmowie z Rigamonti, ma około 17 cm długości. To nie było klasyczne cesarskie cięcie.
− Musieli się dostać do tylnej ściany macicy, aby ją zszyć i wypłukać jamę otrzewnej z ponad dwóch litrów krwi. W sumie straciłam około trzech. Miałam ponad 40 szwów − mówiła.
Kobieta zamierza zgłosić sprawę Rzecznikowi Praw Pacjenta. Konsultowała się również z prawnikami, którzy wskazali jej możliwość zawiadomienia prokuratury.
− Wiem, że nic już nie wywalczę, dziecka nie odzyskam, ale mam niezgodę na to, jak traktowane są kobiety ciężarne w szpitalach − powiedziała.
Jej zdaniem kluczowe są godziny oczekiwania na pomoc. Podkreśla też, że wcześniej, podczas innego weekendowego pobytu w placówce, również długo czekała na badanie mimo bólu brzucha.
− Jednego dnia jesteś w ciąży, wybierasz ubranka dla dziecka, robisz na drutach czapeczkę, a drugiego okazuje się, że dziecka już nie ma − podsumowała.