To wydarzenie wstrząsnęło całą Polską. Mieszko R., student prawa, zaatakował 53-letnią Małgorzatę D. na terenie kampusu UW. Do tragedii doszło około godziny 18:34. Kobieta nie miała żadnych szans. Na pomoc ruszył strażnik, który został ciężko ranny.
Śledczy ustalili, że w chwili ataku Mieszko R. był niepoczytalny. Oznacza to jedno: w świetle prawa nie można przypisać mu winy. Prokuratura nie skierowała aktu oskarżenia. Zamiast tego złożyła wniosek o umorzenie sprawy i umieszczenie go w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym.
− W przypadku uwzględnienia przez sąd wniosku o zastosowanie środka zabezpieczającego czas pobytu w szpitalu psychiatrycznym nie jest z góry określony. Oznacza to, że podejrzany może go nigdy nie opuścić − tłumaczył prok. Piotr Antoni Skiba z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
To jednak nie uspokaja opinii publicznej. W sieci wrze. Internauci piszą: „uniknie kary”, „wyjdzie za kilka lat”. Eksperci podkreślają, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Pobyt w zamkniętym ośrodku może trwać całe życie. Nie ma konkretnej daty wyjścia. Wszystko zależy od stanu zdrowia i decyzji sądu. Dlaczego więc ludzie czują, że to niesprawiedliwe? O tym mówi psycholog.
Jak decyzja o uznaniu sprawcy za niepoczytalnego wpływa na społeczne poczucie sprawiedliwości?
dr Mateusz Grzesiak, psycholog, wykładowca Akademii WSB: Społeczne poczucie sprawiedliwości opiera się na zasadzie symetrii: drastyczny czyn wymaga równie drastycznej odpowiedzi. Wyrok skazujący tę zasadę spełnia. Umorzenie postępowania, nawet z umieszczeniem sprawcy w zamkniętym szpitalu, tej zasady nie spełnia w sposób oczywisty, bo nie pada słowo „skazuję" i nie ma kary w klasycznym rozumieniu. To wytwarza napięcie między tym, co stanowi prawo, a intuicyjnym oczekiwaniem opinii publicznej.
Czy taka decyzja częściej odbierana jest jako uniknięcie kary?
dr Mateusz Grzesiak: Tak. W komentarzach pojawiają się sformułowania „dadzą mu żółte papiery", „wybroni się chorobą", „za pięć lat wyjdzie". Powód jest psychologiczny: niepoczytalność to pojęcie abstrakcyjne, środek zabezpieczający również. Kara więzienia jest konkretna i policzalna. Brak konkretnej, policzalnej kary łatwo czytany jest jako brak konsekwencji w ogóle, choć faktycznie umieszczenie w zamkniętym szpitalu na czas nieokreślony bywa surowszą realnością niż wyrok terminowy.
Jakie emocje dominują w takich sprawach i dlaczego?
dr Mateusz Grzesiak: Najczęściej gniew i lęk. Gniew wynika z poczucia naruszenia porządku moralnego, lęk z trudnej do oswojenia myśli, że atak miał charakter nieprzewidywalny i że ofiara była przypadkowa. Pani Małgorzata zamykała drzwi do budynku. Sprawca jej nie znał. Brak motywu i brak relacji ze sprawcą to dwa czynniki, które najsilniej generują lęk uogólniony, czyli poczucie, że coś podobnego może spotkać każdego.
Czy poziom akceptacji takiego wyroku różni się w zależności od kraju?
dr Mateusz Grzesiak: Tak. W krajach skandynawskich, gdzie system karny jest oparty na resocjalizacji i leczeniu, decyzje o umieszczeniu sprawcy w szpitalu psychiatrycznym budzą mniejszy opór społeczny. W Stanach Zjednoczonych, gdzie kara jest postrzegana jako moralna konieczność, takie wyroki wywołują silniejsze reakcje. Polska bliższa jest modelowi amerykańskiemu w sferze emocji społecznych, choć kodeks karny opiera się na rozwiązaniach kontynentalnych, w tym na instytucji środka zabezpieczającego.
Jak działa mechanizm przypisywania winy, gdy sprawca jest niepoczytalny?
dr Mateusz Grzesiak: Mechanizm jest zaburzony. Klasyczne przypisywanie winy wymaga intencji: ktoś chciał zrobić to, co zrobił. Niepoczytalność wyklucza intencję w sensie prawnym. Gdy nie ma sprawcy, któremu można przypisać winę w pełnym sensie, opinia publiczna często szuka winnych zastępczych: rodziców, którzy „nie zauważyli", uczelni, która „nie reagowała", lekarzy, którzy „nie zdiagnozowali na czas". Ten transfer winy jest psychologicznie zrozumiały. Bez wskazanego winnego trudno jest domknąć narrację.
Czy ludzie mają trudność z zaakceptowaniem, że ktoś może nie kontrolować swoich czynów? Dlaczego?
dr Mateusz Grzesiak: Tak, i ta trudność ma podłoże poznawcze. Codzienna intuicja moralna oparta jest na założeniu wolnej woli. Idea, że mózg w stanie psychozy nie odróżnia rzeczywistości od urojeń, jest abstrakcyjna i nie ma w doświadczeniu większości ludzi punktu odniesienia. Większość Polaków nie zna nikogo z rozwiniętą psychozą, więc opisy biegłych odbierane mogą być jako „wymówka" zamiast jako opis stanu medycznego.
Jak stereotypy dotyczące chorób psychicznych wpływają na odbiór takich decyzji?
dr Mateusz Grzesiak: Pogłębiają opór wobec wyroku, jednocześnie krzywdząc osoby, które chorują psychicznie. „Chory umysłowo" funkcjonuje w nagłówkach jako synonim „niebezpiecznego". Tymczasem dane są jednoznaczne: osoby z zaburzeniami psychicznymi statystycznie częściej są ofiarami przemocy niż jej sprawcami. Powiązanie psychozy z brutalnym morderstwem tworzy w odbiorcach trwały skrót myślowy, który zwiększa stygmatyzację i zniechęca do leczenia osoby, które go potrzebują.
Jak uznanie sprawcy za niepoczytalnego wpływa na proces radzenia sobie z traumą przez ofiary i ich rodziny?
dr Mateusz Grzesiak: Utrudnia ten proces poważnie. Wyrok skazujący ma funkcję symboliczną: jest aktem, w którym państwo uznaje krzywdę. Postępowanie zakończone umorzeniem z umieszczeniem w szpitalu tej funkcji nie pełni w równym stopniu. Rodzina nie usłyszy słowa „skazuję". Nie pozna długości kary. Z perspektywy psychologii żałoby brak tej symbolicznej ramy wydłuża okres traumy i może utrudniać przejście do etapu pogodzenia się ze stratą.
Czy brak tradycyjnej kary utrudnia closure, czyli poczucie zamknięcia?
dr Mateusz Grzesiak: Tak. Closure rzadko bywa pełny nawet po wyroku skazującym, ale tradycyjna kara dostarcza punktu, w którym oficjalna część sprawy się kończy. Bezterminowy pobyt w szpitalu psychiatrycznym tego punktu nie ma. Sprawa formalnie nigdy się nie domyka, bo decyzje o ewentualnym zwolnieniu sprawcy zapadają w trybie okresowych ocen zagrożenia. Dla rodziny oznaczać to może życie w trybie nieprzerwanej czujności.