Choć dziś obie panie są na zupełnie innym etapie życia, na początku lat 2000. media żyły ich rzekomą rywalizacją. Doda i Mandaryna były jak ogień i woda, ale łączyło je jedno - walka o miano królowej polskiej sceny. Pamiętna okładka "Gali" i ciągłe porównania podsycały atmosferę, która sięgnęła zenitu w 2005 roku. To wtedy obie stanęły w szranki o Bursztynowego Słowika w Sopocie. Finał tej historii wszyscy znamy: Doda triumfowała ze "Znakiem Pokoju", zgarniając Słowika Publiczności, a występ Marty Wiśniewskiej z "Ev'ry Night" zakończył się spektakularną wpadką. Echa tamtego fałszu i problemów technicznych słychać w wywiadach do dziś, a sama zainteresowana wielokrotnie wspominała, że ten moment niemalże przekreślił jej karierę.
Mandaryna - występ w Sopocie
Przez lata w kuluarach i na forach internetowych krążyła teoria spiskowa, jakoby to właśnie Doda, zazdrosna o popularność rywalki, stała za jej sromotną klęską. Czy faktycznie pociągnęła za sznurki, by pogrążyć księżniczkę dance'u? Po niemal 20 latach milczenia, Rabczewska postanowiła ostatecznie rozprawić się z plotkami.
Doda o Mandarynie w Sopocie
Doda w rozmowie z Radiem Eska nie kryła zdziwienia takimi zarzutami. Stanowczo odcięła się od spekulacji, wskazując zupełnie inną osobę jako odpowiedzialną za całe zamieszanie. Według niej, winę ponosi ówczesna szefowa wytwórni, Katarzyna Kanclerz, która chciała zrobić z Marty wokalistkę.
Boże... Wiem, że Marta też w to dziwnie wierzy. Niech ktoś się z nią spotka i niech jej w końcu coś powie, bo naprawdę już smutno się na to patrzy. Tam nikt nic jej nie przekręcił. To było tak... Kaśka Kanclerz wpieprzyła ją na straszną minę. Z laski, która była tancerką i nie śpiewała, chcieli w dwa tygodnie zrobić piosenkarkę. Wysłali ją na jakiś obóz, znaleźli piosenkarkę z Niemiec, która bardzo podobnie do niej śpiewała, zresztą u niej w chórkach. Na próbach to nawet dobrze brzmiało, bo te chórki były podkręcone i ta laska śpiewała najtrudniejsze momenty Marty. Ta dziewczyna w ogóle nie powinna tam występować. Powinna święcić triumfy jako księżniczka pop, ja tam jako księżniczka rock i już. Nie powinni jej zmuszać do śpiewania na żywo. To był festiwal, który teraz w niczym nie przypomina tego samego festiwalu. Były zupełnie inne zasady. (...) Gdy już doszło do tego konkursu, obniżyli głośność chórków do poziomu wszystkich innych chórków pozostałych artystów tak, by wybić głos Marty, bo to on był oceniany. Nie wierzę w tę teorię spiskową, że ktoś z Sopotu wyłączył jej odsłuch - zaczęła.
Co ciekawe, gdy dziennikarz wspomniał, że nawet chórzystki Mandaryny potwierdziły problemy z odsłuchem, Doda była wyraźnie zaskoczona tą informacją. Wygląda na to, że nawet po dwóch dekadach kulisy tego występu wciąż budzą ogromne emocje i skrywają niewyjaśnione tajemnice.
Ale to jest niemożliwe, bo one normalnie śpiewały, a instrumentaliści grali. To jak oni mogli śpiewać, jeśli było wyłączone? Gdyby [chórzystki] miały wszystko wyłączone, nie słyszałyby muzyki, rytmu, tonacji, nic by nie słyszały. Można było to od razu pozwać. To jest tak łatwe do udowodnienia. Można było pozwać kierownika muzycznego, cały ten instytut sopocki, jeżeli faktycznie by doszło do takiego sabotażu. Ale jaki byłby sens atakować jednego z uczestników? Marta robiła takie cyfry, że to ona ciągnęła cały ten festiwal, no i jeszcze trochę ja.