Czarna syrena zamiast bezpiecznej klasyki
Na takich wydarzeniach bardzo łatwo wpaść w pułapkę przewidywalnej elegancji. Czarna suknia, mocniejsza szminka, kilka błyskotek i gotowe – niby wszystko się zgadza, ale po pięciu minutach nikt już nie pamięta, kto właściwie stał na ściance. Edyta Herbuś poszła jednak o krok dalej. Jej stylizacja była mocno osadzona w klasyce, ale nie ugrzęzła w nudzie.
Tancerka postawiła na dopasowaną, czarną suknię o syrenim kroju, która pięknie podkreślała sylwetkę, a przy tym miała w sobie coś z operowego kostiumu i coś z hollywoodzkiego wieczoru sprzed lat. Góra była prosta, mocno kobieca, z wyraźnie zarysowanym dekoltem, dół zaś rozrastał się w teatralną, miękką falę. To właśnie ten kontrast zrobił robotę – z przodu dostaliśmy czystą formę, a na dole spektakl. Bez przebrania, ale z odpowiednią dawką scenicznego gestu.
Do tego czerwone usta, lekko falowane włosy i biżuteria, która nie próbowała zagłuszyć sukni. Choker i duży pierścień zagrały tu rolę mocnych akcentów, a nie krzykliwych dodatków. To ważne, bo przy takiej kreacji naprawdę niewiele dzieli "zmysłowo" od "przesadziła". Herbuś ten balans utrzymała. Było kobieco, było odważnie, ale nie było tandetnie. A to już spory sukces.
Zobacz też: Grochowska poszła w dekolt, Giegżno w modowy konkret. Efekt? Młoda aktorka skradła ten wieczór
Wszyscy przyszli na spektakl, ale patrzyli na Herbuś
Sam wieczór miał zresztą wyjątkowo wystawną oprawę. Pokaz przedpremierowy "Balu w operze" urósł do rangi jednego z najgłośniejszych wydarzeń kulturalnych ostatnich dni. Nic dziwnego – za muzykę odpowiada Leszek Możdżer, reżyserię wzięła na siebie Agnieszka Płoszajska, a całość od początku zapowiadano jako doświadczenie bardziej zmysłowe i intensywne niż klasyczny teatralny wieczór.
Twórcy sięgnęli po Tuwima, ale nie po to, by urządzić szkolną akademię dla dorosłych. "Bal w operze" został pomyślany jako widowisko na pograniczu teatru, muzyki i performansu, z udziałem publiczności i wyraźnym naciskiem na emocje. Sama reżyserka mówiła przed premierą:
Czego widzowie mogą się spodziewać po spektaklu? Wszystkiego. Ważne, żeby byli otwarci na to doświadczenie. To jest trochę inne spotkanie z teatrem – bardzo bliskie, mocno osadzone w muzyce koncertowej.
I rzeczywiście, wszystko w tym wydarzeniu było nastawione na mocny efekt – od idei spektaklu, przez muzykę Możdżera, po wieczorowy dress code. Wśród gości pojawili się m.in. Hanna Bakuła, Andrzej Saramonowicz, Krzysztof Gojdź i oczywiście Edyta Herbuś, która idealnie wpisała się w klimat tego wieczoru. Ba, można odnieść wrażenie, że zrozumiała go lepiej niż część gości. Nie przyszła "ładnie wyglądać". Przyszła zagrać modową rolę.
Zresztą sama nie kryła sympatii do głównego nazwiska tego projektu. Jak przyznała:
Uwielbiam muzykę Leszka Możdżera, jego osobowość i atmosferę jego koncertów. To artysta, którego chce się słuchać i oglądać.
To był wieczór teatru, muzyki i bardzo świadomego wizerunku
O samym spektaklu mówiono po pokazie przedpremierowym w samych superlatywach. Możdżer nie tylko skomponował muzykę, ale też pojawił się na scenie jako performer. Alicja Węgorzewska, pomysłodawczyni całego przedsięwzięcia, również współtworzy to widowisko i podkreśla, że chodziło o pokazanie Tuwima i Możdżera w zupełnie innym wymiarze.
Mocny był też sam komunikat spektaklu – opowieść o elitach, pysze, chciwości, manipulacji i rozpadzie świata, który sam siebie doprowadza do granicy chaosu. Brzmi ciężko? Owszem. Ale właśnie dlatego tak ważna była oprawa. Tu nie było miejsca na bylejakość, przypadek i modowe "może się obroni". Wieczór wymagał od gości czegoś więcej niż poprawności. Herbuś to wyczuła. Jej stylizacja nie próbowała konkurować z samym wydarzeniem, ale bardzo sprytnie z nim współgrała. Na tle czerwonej ścianki Warszawskiej Opery Kameralnej wyglądała jak dokładnie zaplanowany element scenografii – i to w najlepszym sensie.
Sprawdż: 77-letnia Majewska w prześwitach, 94-letnia Przybylska tym razem nie w mini. Gwiazd było więcej!