Jerzy Turek był wybitnym aktorem. Jego wielkie role można wymieniać w nieskończoność – szeregowy Orzeszko z „Gdzie jest generał”, Zenon Solski z „Kogla-Mogla” czy trener Jarząbek z „Misia”. Polacy pokochali go również za jego ostatnią rolę, sympatycznego listonosza ze „Złotopolic”. I choć był nazywany mistrzem drugiego planu, podchodził do swojego zawodu bardzo profesjonalnie i nigdy nie miał ambicji bycia pierwszym. – Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że w zespole są aktorzy wiodący i ci, którzy stanowią dla nich tło – mówił w jednym z wywiadów. Co więcej, jego małe role, tak jak np. ta w „Misiu” Stanisława Barei, zapadały Polakom w pamięć znacznie mocniej niż często role pierwszoplanowe innych aktorów. A pamiętne przemówienie do szafy: „Łubu-dubu, łubu-dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu! Niech żyje nam! To śpiewałem ja – Jarząbek”, pamiętamy do dziś.
Jerzy Turek, czyli legendarny listonosz
Choć był aktorem teatralnym, nigdy nie gardził rolami serialowymi. Przez niemal 13 lat związany był z jednym z najpopularniejszych w Polsce seriali – „Złotopolscy”. Polacy pokochali go za rolę listonosza Józefa Garlińskiego, w którego wcielał się od samego początku produkcji, czyli od 1997 roku. Sam gwiazdor powtarzał w wywiadach, że ludzie często brali go za prawdziwego listonosza. – Wszyscy wołają na mnie „panie listonoszu”. Nawet kiedy idę po bułki, ludzie pytają, czy mam dla nich jakąś rentę albo emeryturę. Początkowo mnie to bawiło, potem trochę męczyło, ale w końcu zrozumiałem, że Józef to po prostu mój przyjaciel, z którym muszę żyć – mówił Turek. Koleżanka z planu, Anna Milewska (94 l.), miło wspominała współpracę z Jerzym. Dostarczał ekipie dużo uśmiechu. – Jerzy był bardzo lubiany w ekipie. Siadał na korytarzu między studiem a garderobą i bawił wszystkich anegdotami. Charakteryzacja nie zabierała mu zbyt wiele czasu. Polegała zazwyczaj na przylepianiu wąsika, a potem odlepianiu. Ten wąsik lubił mu się gubić, więc wspólnie szukaliśmy „wąsa pana Turka” albo pytaliśmy, czy wąsy listonosza są uprane? – mówiła w rozmowie z „Super Expressem” niedługo po jego śmierci.
Nagła choroba
Aktor pewnego dnia nie pojawił się na planie serialu „Złotopolscy”. W 2009 roku Turek nieprzytomny trafił do jednego z warszawskich szpitali. Diagnoza – udar mózgu. Ekipa serialu z niecierpliwością czekała na jego powrót. – Mam nadzieję, że Jerzy przed świętami Bożego Narodzenia wróci na plan. Jednak nie mam jeszcze potwierdzenia. Musimy być cierpliwi – mówił Jan Purzycki, scenarzysta. Niestety tak się nie stało. Początkowo po rehabilitacji stan zdrowia Turka poprawił się i gwiazdor wrócił do swojego domu w podwarszawskiej Kobyłce. Zajmowali się nim ukochana żona Bolesława, którą pieszczotliwie nazywano Lesią, i syn Piotr. Niestety osłabiony organizm aktora zaatakowała białaczka. Aktor zmarł 14 lutego 2010 roku.
Niewyobrażalna tragedia została z nim do końca życia
Jerzy Turek jeszcze przed maturą zakochał się w swojej żonie Bolesławie. Szybko postanowili się pobrać. Szybko też zdecydowali się na powiększenie rodziny. W 1964 r., czyli półtora roku od dnia ślubu, na świecie pojawili się ich synowie: Piotr i Paweł. Turkowie wiedli spokojne i szczęśliwe życie. Niestety w 197 r. spotkała ich niewyobrażalna tragedia. Trzynastoletni wówczas syn gwiazdora, Paweł, poważnie zachorował. Lekarze nie byli w stanie postawić diagnozy. Chłopiec został zoperowany w jednym z warszawskich szpitali, jednak jego stan się pogarszał. Paweł zmarł. Jerzy Turek do końca życia nie był w stanie pogodzić się z utratą syna. O swoim dramacie opowiedział dopiero niedługo przed własną śmiercią. – Byłem zupełnie innym człowiekiem do czterdziestego roku życia. Syn mi zmarł. W wieku trzynastu lat. Jeden z bliźniaków. Od tego czasu życie mi się straszliwie zmieniło. Z takim garbem już się do śmierci chodzi. Nie pogodzę się z tym aż do końca – powiedział w wywiadzie, którego fragmenty zostały opublikowane w książce „Mieszanka filmowa. Rozmowy i szkice literackie”.
ZOBACZ: Bożena Dykiel przed śmiercią poważnie chorowała. "Przez lata bagatelizowałam zdrowie"