Gigantyczna platforma Netflix szykuje dla swoich widzów coś specjalnego. Dokładnie 19 stycznia 2026 roku firma ogłosiła, że w ramach subskrypcji na ekranach będzie można obejrzeć film pt. "Noce i Dnie". Nie chodzi jednak o kultową produkcję, a o nową, współczesną wersję ponadczasowego dzieła Jerzego Antczaka. Czy ma to sens? Czy należy spodziewać się wielkiego hitu? Karol Strasburger, jeden z aktorów i głównych bohaterów pierwotnej wersji, postanowił zabrać głos. W rozmowie z "Super Expressem" mówi wprost, co myśli o tym pomyśle oraz jaką wróży mu przyszłość. Gwiazdor nie gryzie się w język. Poniżej rozmowa.
"Super Express": - Netflix ogłosił, że zrealizuje swoją wersję "Nocy i dni". Grał pan Tolibowskiego w kultowej ekranizacji w reżyserii Jerzego Antczaka, więc pojawia się pytanie - czy jest sens brać się za dzieło Marii Dąbrowskiej ponownie?
- Wydaje mi się, że film Antczaka jest zrobiony na tyle wybitnie, że w tej chwili robienie jeszcze raz tego samego nie ma sensu. To niemożliwe, by w obecnych czasach zekranizować "Noce i dnie" z takim samym rozmachem. Nie robi się już filmów tak pełnowymiarowych z taką ogromną dbałością o kostiumy, scenografię. Tego wszystkiego jest mniej. Trochę nie wiem skąd taki pomysł, by brać się za coś, co tak mocno zakorzeniło się w naszej kinematografii i ciągle jest obecne. Przecież wersja, w której grałem jest ponadczasowa i była nawet nominowana do Oscara. Nie zestarzała się i odniosła same sukcesy i dobrze byłoby to tak zostawić. Co innego, gdyby tego filmu nie było na ekranie, nie było powtórek, ludzie o nim zapomnieli. A on przecież cały czas istnieje i to bardzo mocno. Moja scena z nenufarami została uznana za najbardziej romantyczną scenę powojennego kina polskiego. Nowi twórcy narażają się na ciągłe porównania.Skoro ich chcą, to nikt im tego nie odbierze, bo mamy wolny rynek. Prawo do tego mają. Niech się teraz męczą.
Czytaj również: "Noce i dnie" miały pogrzebać karierę Antczaka. Zamiast tego film podbił świat. Barańska miała nosa
- Może coś pozmieniają jak twórcy nowego "Znachora"? Mówi się też, że "Lalka" Netflixa to będzie współczesne przedstawienie miłości Izabeli Łęckiej i Stanisława Wokulskiego.
- Jest właśnie moda, aby wszystko uwspółcześniać. A robienie "Nocy i dni" współcześnie, tak jak się czasami robi "Hamleta" w jeansach, albo, że głównego bohatera nagle gra kobieta, aby było inaczej, to będzie to tak trochę nie za bardzo z mojego punktu widzenia i szacunku dla Jerzego Antczaka czy Marii Dąbrowskiej. Ale niech próbują co chcą, to widzowie ostatecznie ocenią, co o tym wszystkim sądzą. Ja jestem sceptyczny. Może Toliboski teraz będzie jeździł na motocyklu zamiast na koniu? (śmiech)
- "Noce i dnie" Jerzego Antczaka powstawały wiele miesięcy. Filmów już tak długo się nie kręci... Przecież wy kręciliście ponad rok, prawda?
- Nawet dłużej. To trwało bardzo długo, ponad dwa lata. Kręciliśmy tak długo aż było dobrze i wszystko idealnie. Wiem, ile pieniędzy i pracy włożono w to, by te kostiumy wyglądały tak, jak wyglądały. Tam dbano o każdy detal, każdy plener. Cztery pory roku były kręcone w swoim prawdziwym czasie. A teraz co? Jak filmowcy chcą zimę, to na nią nie czekają, tylko mamy sztuczny śnieg. W tej chwili biorąc pod uwagę, że filmy robi się, by było szybko i w miarę tanio, to konkurencja słabo wygląda. Teraz stawia się na fajerwerki, a nie na prawdę, która aż boli i prawdziwe emocje bohaterów czy pięknie napisane sceny.
- Jadwiga Barańska czy Jerzy Bińczycki to są aktorzy nie do zastąpienia...
- Dokładnie, Jadzi i Bińczyckiego nikt nie zastąpi. Ale nie chodzi, by ich zastępować. Tych aktorów nikt nie powtórzy, więc przed nowymi odtwórcami ogromne wyzwanie, by przedstawić swoją wersję znanych bohaterów. Tak jeszcze myślę, że jak się ma robić coś inaczej, to może warto zrobić swój własny film z zupełnie nową historią, albo zekranizować książki, które nigdy nie doczekały się adaptacji. Ciekawych źródeł nie brakuje, a biorą się za "Noce i dnie", jakby chcieli podpiąć się pod ich sukces i odcinać kupony od tego, co stworzył Jerzy Antczak. Bo jego film kochają tłumy, więc wiadomo od początku, że przez to nowa wersja będzie wzbudzać ciekawość i może mieć większą oglądalność niż tytuł bez żadnej marki. Może jednak młodzież to zaakceptuje, skoro akceptują głupie piosenki, które tworzy sztuczna inteligencja, a które nie są wykonywane przez żywe osoby. Czasy się zmieniły. Ludzie chcą zarabiać pieniądze, bo może nie potrafią stworzyć nic własnego. Kiedyś z szacunku do klasyków, nikt nie robił np. "Rio Bravo 2" czy "Rio Bravo 3". To był wybitny western i uznano go za coś, co przetrwało historię, robiąc po prostu inne filmy z tego gatunku. W przypadku "Nocy i dni" też by tak mogło być, gdyby powstało coś nowego kostiumowego i historycznego, co by było zupełnie inną opowieścią. Jak ktoś ma pieniądze, chęci, czas na nowe rzeczy to ja to rozumiem, a robić znowu to samo, to dla mnie dziwne. Jak zrobić inaczej scenę z nenufarami? Przecież kwiaty to kwiaty, woda to woda, wszystko jest dokładnie napisane, jak to wyglądało. A zrobić kalkę to taka robota głupiego, bo przecież to już mamy.
- Ale obejrzy pan tę nową wersję?
- Ciągle trudno mi uwierzyć, że powstaje. Jak będzie, to oczywiście zobaczę, by się przekonać, jak to wyszło.
- W nowym "Znachorze" gościnnie w nowej roli wrócił Artur Barciś, który grał w poprzedniej wersji. Pan by się zgodził na podobny ruch w nowych "Nocach i dniach", gdyby padła taka propozycja?
- Zdecydowanie nie. Jerzy Antczak kiedyś otrzymał propozycję zrobienia reklamy z naszej sceny z nenufarami. Wszyscy bez względu na wielkie pieniądze odpowiedzieliśmy, że nie ma mowy, by to tak komercjalizować. Scena jest na tyle romantyczna i przeszła do historii, że nie ma co tego niszczyć. Taka propozycja przeróbki tej sceny padała kilka razy, chcieli robić z tego reklamy proszków do prania i tak dalej. Było to pozbawienie szacunku do tej sceny i całego filmu. Nie ma co niszczyć historii.
Rozmawiał: Bartosz Pańczyk
Galeria zdjęć: Karol Strasburger: Nowe "Noce i dnie" to bez sensu