Monika Jarosińska wróciła do Polski. Teraz chce wrócić do pracy
"Super Express": - Rola Jolki Pastusiak z "Samego życia", która była prostytutką, była bardzo kontrowersyjna jak na tamte czasy. Myślisz, że to ukierunkowało twoją dalszą, dość szaloną karierę?
Monika Jarosińska: - Rola Jolki na pewno dała mi ogromną popularność. To prawda, była bardzo kontrowersyjna. Do dziś ludziom myli się serialowa fikcja z rzeczywistością, ale wtedy myliła im się bardzo! Wynikały z tego różne komiczne sytuacje. Panie zatrzymywały się na ulicy, wskazywały na mnie, mówiąc: "Jolka prostytutka!", albo odwracały się i pluły na ziemię. Czy ta postać ukierunkowała moją karierę? Chyba nie, bo dostawałam później różne role. W "Plebanii" grałam np. skrajnie różną postać - Zofię Pękałę, bezdomną matkę dwójki dzieci. Każda rola jest wyjątkowa.
- Od początku łączyłaś aktorstwo ze śpiewem. Dziś mamy na świecie mnóstwo takich artystek. Ale czy lata temu słyszałaś, że powinnaś wybrać jedno albo drugie?
- Niejednokrotnie to słyszałam. Często byłam nazywana "śpiewającą aktorką", czego nigdy nie lubiłam. Aktor, artysta powinien być wszechstronnie uzdolniony. Jeśli potrafię zawodowo śpiewać, to dlaczego miałabym stawiać tylko na muzykę, albo tylko na aktorstwo? W czasach, kiedy dla kobiet nie zawsze były role, muzyka pozwalała mi przetrwać. Chciałabym jednak wrócić na plany seriali i filmów, bo kocham to robić. Skończyłam łódzką szkołę filmową, grałam w wielu serialach i nie ukrywam, że za tym bardzo, bardzo tęsknię.
Jarosińska oszukała wszystkich, by wrócić do pracy. Tak cierpiała
- Przez 8 lat mieszkałaś z mężem na Malcie. Po takim czasie trudniej wrócić do aktorstwa?
- Jeszcze przed COVID-em sporo przylatywałam do pracy. Nagrywałam serial "Dziewczyny ze Lwowa", występowałam w "Jaka to melodia?". Po pandemii wszystko się zmieniło. Musiałam myśleć o życiu znacznie racjonalniej. Ograniczyłam przyloty do kraju, otworzyłam wtedy na Malcie biznes. To był okres trudny nie tylko dla mnie, ale przecież dla tak wielu ludzi. Nie pracowałam w zawodzie jakieś dwa, trzy lata. Ale prawie codziennie za nim tęskniłam. Po powrocie do Polski przeszłam operację kręgosłupa i nie chodziłam przez trzy miesiące.
Dostałam wtedy telefon z produkcji serialu "Lombard". Pobiegłam na plan dwa tygodnie po operacji, ze szwami na plecach. Nikomu się nie przyznałam, bo tak chciałam poczuć magię planu zdjęciowego.
- Masz duży talent komediowy. Ale jakie role tak naprawdę ci się marzą?
- Ten talent komediowy pozwala mi też przetrwać w życiu. Naprawdę uwielbiam się śmiać i dostarczać rozrywki innym. Chciałabym, żeby ktoś mi zaufał i obsadził mnie w roli komediowej, a gwarantuję, że nie rozczaruję.
- Teraz oglądamy cię w reality show „Królowa przetrwania”. Czy umiejętności aktorskie przydają się w takim programie? A może nawet dobrze wypracowana aktorsko maska wreszcie opada?
- Tam nie było czasu na grę. Myślę, że większość z nas od początku była bez masek. Próbowałyśmy przetrwać, zawiązałyśmy sojusze, które trwają do dziś. Dobrze odnalazłam się w tych ekstremalnych warunkach. Nie przeszkadzało mi to, że nie mam telefonu i social mediów. To, że śpię w dżungli pod gołym niebem, było dla mnie naprawdę cudownym, duchowym doznaniem. Nie ukrywam, że tęsknię za tymi emocjami i chciałabym wystąpić w jeszcze jakimś reality show, np. "Azja Express". Złapałam tego survivalowego bakcyla!
Rozmawiał Adrian Nychnerewicz
Monika Jarosińska to prawdziwy kameleon. Zobacz w naszej galerii, jak zmieniała się aktorka.