Pacjenci nadal czekają na leki

2020-07-31 10:22 BS
pacjent u lekarza
Autor: Monkey Business Images/Shutterstock.com

„Wytrzymam jeszcze trochę czy już nie wytrzymam…”, „Gdzie tu najbliższa toaleta?!”, „I znowu mi się popuściło…” – takie, jakże niekomfortowe sytuacje, doskonale znają osoby z nadreaktywnością pęcherza, schorzeniem, które nie zabija, ale często rujnuje życie.

Nadreaktywność czy też nadaktywność pęcherza moczowego, z ang. Overactive Bladder – OAB, to zespół takich objawów jak naglące parcia, niezależne od wypełnienia pęcherza, częstomocz, czyli oddawanie moczu powyżej sześciu, ośmiu razy dziennie i nokturia, czyli częstomocz nocny. Pęcherz nadreaktywny diagnozuje się, wykluczając inne schorzenia, przebiegające z podobnymi objawami, jak zapalenie pęcherza moczowego i dróg moczowych, infekcje intymne u kobiet, przerost gruczołu krokowego i rak prostaty u mężczyzn, kamica dolnych dróg moczowych, a także schorzenia neurologiczne, jak stwardnienie rozsiane czy choroba Parkinsona.

Ocenia się, że problem nadwrażliwości pęcherza moczowego dotyka w Polsce od 10 do 17 proc. kobiet i od 7 do 30 proc. mężczyzn. Większość przypadków dotyczy osób starszych, a ponieważ społeczeństwo się starzeje, możemy się spodziewać więcej zachorowań.

To nie jest wstydliwa choroba

Nadreaktywność pęcherza dla wielu osób, zmagających się z tym problemem, stanowi coś w rodzaju tabu. Wstydzą się iść do lekarza i powiedzieć, co im dolega, dopiero jak choroba znacznie ogranicza ich codzienną aktywność, decydują się na to. Zaledwie ok. 30 proc. chorych cierpiących na to schorzenie zgłasza się do lekarza, a ok. 60 proc. z nich robi to dopiero po dwóch latach od wystąpienia pierwszych objawów. A przecież wiadomo, że im wcześniej podejmie się terapię, tym większe szanse na uporanie się z chorobą. Należy podkreślić, ze zespół pęcherza nadreaktywnego sam nie ustąpi, objawy będą się pogłębiać. Dlatego trzeba przełamać wstyd, strach i udać się z tym problemem do lekarza. OAB można i należy leczyć.

Nowoczesne leki niedostępne dla polskich pacjentów

Jeśli objawy nie są nasilone, jeśli jeszcze nie utrudniają życia, wystarczy zmiana stylu życia. A to sprowadza się do unikania kawy, mocnej herbaty, alkoholu, napojów bąbelkowych, które działają moczopędnie i podrażniają receptory pęcherza. Bardzo ważne jest utrzymywanie prawidłowej wagi ciała, a więc zrzucenie nadmiaru kilogramów. Osoby z nadwagą, otyłe, mają większy problem z opanowaniem naglących parć.

Wskazany jest ponadto trening pęcherza, polegający na tym, że stopniowo wydłuża się czas między mikcjami, tak, żeby każdego dnia wytrzymać dłużej o pięć min. W rezultacie można tak wytrenować pęcherz, że będzie mógł dłużej wytrzymać.

Pomóc może także psychoterapia, to działa szczególnie wtedy, gdy do nadreaktywności pęcherz dochodzi na skutek stresu.

Jeśli jednak po ok. trzech miesiącach takich działań nie widać poprawy, wówczas należy sięgnąć po farmakologię. I tu zaczynają się problemy. W pierwszej linii leczenia chorzy w naszym kraju mają dostęp tylko do dwóch substancji, o podobnym mechanizmie działania, podczas gdy na świecie leków jest dużo więcej, a w drugiej linii leczenia nie mają nic. Tymczasem jest spora grupa chorych, którzy na te dostępne leki albo nie odpowiadają, albo źle reagują. W takich sytuacjach rozwiązaniem byłby lek o innym mechanizmie działania, antagonista receptorów beta-3-andrenergicznych, mirabegron. Jest skuteczny, dobrze tolerowany i co istotne, można go łączyć z lekami starszej generacji.

I mimo że Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji już półtora roku temu wydała (po raz drugi!) pozytywna rekomendacje dla mirabegronu, chorzy w dalszym ciągu nie mogą z niego korzystać.

Najnowsze