Spis treści
Tragiczna wyprawa do lasu
Do tragedii doszło jesienią 2025 roku w okolicach Zielonej Góry. Pan Marcin, 46-letni kierowca ciężarówki z Puław, podczas regulaminowego postoju przy trasie S3 wybrał się do pobliskiego lasu na grzyby. Tam został zaatakowany przez trzy duże psy, mieszańce owczarka belgijskiego i niemieckiego.
Według ustaleń przedstawionych w reportażu „Uwagi” TVN, mężczyzna przez długi czas walczył o życie. Mimo bardzo ciężkich obrażeń zdołał zadzwonić pod numer alarmowy 112 i błagać o pomoc. Po kilku dniach zmarł w szpitalu.
„Jak bardzo czuł się samotny”
W poniedziałek przed Sądem Okręgowym w Zielonej Górze ruszył proces właściciela psów. Prokuratura oskarżyła Piotra M. o spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu skutkującego śmiercią człowieka oraz o znęcanie się nad zwierzętami.
Na sali rozpraw obecna była pani Joanna, partnerka zmarłego kierowcy.
– Chcę być na wszystkich rozprawach, chociaż wiem, że będzie to dla mnie trudne i bolesne – powiedziała w rozmowie z reporterami „Uwagi”.
Kobieta podkreśla, że liczy na sprawiedliwy wyrok.
– Mam nadzieję, że oskarżony dostanie karę adekwatną do popełnionej zbrodni – dodała.
Jeszcze bardziej przejmujące są jej wspomnienia o ostatnich chwilach ukochanego.
– Ja o tym, co się stało, myślę każdego dnia, w każdej godzinie. O tym, jak Marcin cierpiał, jak bardzo czuł się samotny i niezdolny, żeby coś zrobić. Kładę się spać i o tym myślę, wstaję i o tym myślę – wyznała.
Były policjant nie przyznaje się do winy
Podczas pierwszego dnia procesu obrona próbowała doprowadzić do zwrotu sprawy do prokuratury, jednak sąd nie uwzględnił tego wniosku. Dzięki temu możliwe było odczytanie aktu oskarżenia i rozpoczęcie przewodu sądowego.
Piotr M., emerytowany policjant i właściciel pobliskiej strzelnicy, nie przyznał się do zarzucanych mu czynów.
– Nie przyznaję się – oświadczył przed sądem.
Następnie przez wiele godzin składał wyjaśnienia dotyczące hodowli swoich psów. Przekonywał, że poświęcał zwierzętom dużo czasu, właściwie się nimi opiekował i posiada wieloletnie doświadczenie w pracy z owczarkami. Tłumaczył również, że psy miały służyć przede wszystkim do ochrony jego mienia oraz bezpieczeństwa.
Śledczy: ignorował zagrożenie
Prokuratura przedstawia jednak zupełnie inny obraz sytuacji. Zdaniem śledczych Piotr M. miał od dłuższego czasu ignorować zagrożenie stwarzane przez zwierzęta, nie zapewnić odpowiednich zabezpieczeń na terenie strzelnicy, a także celowo wzmacniać ich agresywne zachowania.
Jak wynika z aktu oskarżenia, mężczyzna odpowiada również za znęcanie się nad psami. Prokuratura zarzuca mu, że zwierzęta nie miały zapewnionych odpowiednich warunków bytowych, dostępu do wody i właściwej opieki.
Mieszkańcy już wcześniej alarmowali
Sprawa śmierci pana Marcina nie jest pierwszą sytuacją, która zwróciła uwagę na zachowanie psów. Jak opisywał „Super Express”, mieszkańcy okolicy już wcześniej skarżyli się na agresywne zwierzęta należące do właściciela strzelnicy. Miało dochodzić do przypadków atakowania ludzi i budzenia strachu wśród osób przebywających w pobliżu.
Według śledczych właśnie brak właściwego nadzoru nad zwierzętami miał doprowadzić do tragedii w lesie pod Zieloną Górą.
„Nie zrobił nic”
Pani Joanna do dziś nie rozumie zachowania właściciela psów po ataku.
– Jestem wstrząśnięta, jak właściciel takich psów nie zorientował się przez godzinę, że jego zwierząt nie ma na posesji. Nie szukał ich. Nie zrobił nic, wiedząc, że te psy stanowią realne zagrożenie dla ludzi – mówi.
Jak wynika z ustaleń reporterów „Uwagi”, po informacji od policji właściciel strzelnicy odnalazł rannego mężczyznę i zabezpieczył zwierzęta. Pomoc medyczna została jednak wezwana za pośrednictwem dyżurnego policji.
– Zadzwonił do kolegi, żeby wezwał pogotowie. Nawet nie przyszło mu do głowy, że trzeba ratować człowieka, który leży na ziemi i jest pogryziony przez jego psy. Nie przyniósł Marcinowi nawet wody, chociaż o to prosił – podkreśla partnerka zmarłego.
„Niech to będzie przestroga”
Dla pani Joanny proces jest nie tylko walką o sprawiedliwość za śmierć ukochanego człowieka, ale także próbą zwrócenia uwagi na odpowiedzialność właścicieli zwierząt.
– Mam żal do właściciela strzelnicy, że niedostatecznie zabezpieczył psy. Mam żal do ludzi, którzy o tym wiedzieli, a nie zrobili nic. Wydawało im się, że to jest ich folwark, mogą robić co zechcą i nikt nigdy nie poniesie za to żadnych konsekwencji – mówi reporterowi "Uwagi". – Zależy mi na tym, żeby to było ostrzeżenie dla innych ludzi, którzy w niewłaściwy sposób traktują swoje zwierzęta.
Jeżeli sąd podzieli argumentację prokuratury, Piotrowi M. za zarzucane czyny może grozić nawet kara dożywotniego pozbawienia wolności. Proces będzie kontynuowany w kolejnych terminach.