Paweł Lisiak jest łowczym krajowym i szefem Polskiego Związku Łowieckiego. - Na początku marca, służbowo byłem co prawda w Brukseli w Parlamencie Europejskim, ale tam nikt chory nie był – zapewnia mężczyzna. Dramat jego rodziny zaczął się dwa tygodnie później. - Do szpitala trafił mój ojciec, a kiedy tylko się o tym dowiedziałem, od razu poinformowałem szpital, że byłem za granicą i z rodziną zaczęliśmy kwarantannę - mówi Lisiak. Tego samego popołudnia Józef Lisiak został przewieziony do szpitala zakaźnego w Kaliszu. Kilkadziesiąt godzin później sytuacja zaczęła się pogarszać.
Czytaj także: Koronawirus. SZOKUJĄCE słowa ozdrowieńca. "Wyleczyli mnie lekami na HIV"
- Dostałem gorączki i zacząłem mieć problemy z oddychaniem - opowiada. Wtedy wszystko zaczęło się układać w całość. Oni też zostali zarażeni koronawirusem. Razem z żoną trafili do szpitala zakaźnego w Poznaniu i tam lekarze walczyli o ich życie. - Miałem intensywną terapię tlenową, byłem leczony lekami na malarię i hit – mówi łowczy. W tym czasie, w jego domu pod Krotoszynem była 23-letnia córka i 15-letni syn. - I wtedy zaczęło się najgorsze - mówi pan Paweł. Ponieważ region, w którym mieszka i szpital, do którego trafił ojciec pana Pawła, to jedno z największych ognisk koronawirusa w Wielkopolsce, ludzie zaczęli na nich wylewać swoją złość. - Dostawaliśmy groźby, że spalą nas na stosie, że podpalą nam dom - mówi Lisiak. Plotkowano, że to przez niego zaraza rozlała się po Krotoszynie i okolicy. - Ale przecież nikt nie wybiera sobie choroby, ja też nie wiem, gdzie i od kogo się zaraziłem - mówi mężczyzna.