Magdalena K., pochodząca z Krakowa, przez 30 lat była zamknięta w jednym z mieszkań na Woli Duchackiej. 51-letnia dziś kobieta przeżyła tam prawdziwą gehennę, a prawda o jej dramacie wyszła na jaw przez przypadek, do tej pory nieujawniona nawet przez najbliższych sąsiadów, którzy byli przekonani, że Magdalena znajduje się w jakimś pomocowym ośrodku. Jak ustalił "Super Express", pokrzywdzona mieszkała wraz z rodzicami, Kazimierzem i Krystyną, oraz z rodzeństwem, w 63-metrowym mieszkaniu. Rodzina liczyła łącznie sześć osób i na co dzień żyła normalnie, ale tylko z pozoru. – To spokojni ludzie, nigdy nie było słychać z ich mieszkania odgłosów awantur. Mijaliśmy się na klatce schodowej, mówiliśmy sobie "dzień dobry". Wychowywali 4 dzieci: dwóch synów i dwie dziewczyny. Najstarszą z nich, Magdę, pamiętam jako nastolatkę. Chodziła do szkoły podstawowej w okolicy, potem przestałam ją widywać. Zauważyliśmy, że miała problemy ze zdrowiem. Byliśmy przekonani, że zamieszkała w jakimś ośrodku i tam ma opiekę. To było dla nas oczywiste. Nawet przez myśl nam nie przeszło, że może przez te wszystkie lata mieszkać za ścianą – mówi sąsiadka rodziny, pani Grażyna, w rozmowie z reporterką "Super Expressu".
Wydawało się, że są normalną rodziną. Ale w czterech ścianach mieszkania kryła się mroczna prawda
Rodzina K. była postrzegana jako spokojna: Kazimierz K. (75 l.) pracował w szkole jako nauczyciel W–F -u. – Dziś jest emerytem, ale w tamtych czasach jako nauczyciel był szanowany, to wykształcony człowiek. Jego żona także pracowała w szkole, w sekretariacie – mówi "Super Expressowi" osoba znająca rodzinę, która woli jednak pozostać anonimowa. Najstarszym dzieckiem małżeństwa była właśnie Magdalena, urodzona w 1975 roku. Rok później urodził się jej brat, a w 1980 roku przyszła na świat siostra. Ostatnie dziecko w rodzinie K. urodziło się w 1990 roku, dziś jest ubezwłasnowolnione, z powodu problemów zdrowotnych.
Czytaj więcej: Magdalena przez 30 lat nie opuszczała mieszkania. "Żałuję, że tak się to potoczyło". Rozmawialiśmy z ojcem kobiety
– Na początku było normalnie, jeździliśmy na wakacje, na jakieś obozy – opowiada w rozmowie z "Super Expressem" Kazimierz K., ojciec Magdaleny. Tłumaczy, że jego głównym zadaniem było zapewnienie utrzymania rodzinie. Pokazuje na płytki na podłodze, które lata temu sam ułożył. Nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jego najstarsza córka przez 30 lat nie opuszczała mieszkania. Mówi, że po zakończeniu szkoły podstawowej Magda nie chciała dalej się uczyć, przestała wychodzić z domu, nie rozpoczęła nauki w szkole średniej i zaczęła stronić od ludzi. – Nie chciała wychodzić z domu, nie chciała się spotykać z nikim. Ona zakładała sobie na głowę różne rzeczy, brała do ust włosy i je żuła – mówi. Jednak ani ojciec, ani matka, nigdy nie zabrali jej do lekarza, nie zrobili diagnostyki, nie podawali żadnych leków.
– Jadła, miała apetyt, nie chorowała, więc nie chodziliśmy nigdzie z nią – dodaje Kazimierz K. Jego córka nie miała ani własnych pieniędzy, ani komórki. W mieszkaniu był jedynie telefon stacjonarny, ale ojciec go odłączył, bo Magda za dużo z niego dzwoniła. Gdy jej dowód się przeterminował, nie wyrobili córce nowego. Magda nie istniała dla świata. – Na ich balkonie rosły gęste kwiaty, nie było nic widać – mówią sąsiedzi.
Sąsiedzi nie sądzili, że Magdalena jest ukryta tuż za ścianą. Stan jej zdrowia była alarmujący
Dla mieszkańców było oczywiste, że kobieta przebywa w jakimś ośrodku. Dlatego ogromne było ich zdziwienie, gdy kilka tygodni temu na balkonie poniżej mieszkania rodziny K. zaczęły pojawiać się kartki zwinięte w kulkę, na których koślawym pismem ktoś informował, że potrzebuje pomocy. Na jednej było napisane: "ratunku, policja, córka". Sąsiedzi nie zbagatelizowali sygnałów i zaczęli działać.
Najpierw zawiadomili policję, ale interwencja nie doszła do skutku. Którejś nocy do drzwi sąsiadów zapukała Krystyna K. Według jej relacji, kobieta prosiła o dyskrecję i pomoc dla swojej córki Magdy.
– To wtedy zrozumieliśmy, że ona jest w środku i była tam przez te wszystkie lata. To wydawało się wręcz niemożliwe, ale tak było – mówi sąsiadka rodziny K. Następnego dnia do drzwi zapukały pracownice MOPS–u powiadomione przez sąsiadów. Kazimierz K. nie wpuścił ich do środka, twierdził, że Magda nie mieszka z rodzicami. Ale kobiety zauważyły drzwi zamknięte na klucz i wróciły z policją. Jak wynika z relacji, 51–letnia Magdalena była w strasznym stanie, niemal łysa, bo wyrwała sobie włosy i je jadła. Bezzębna, bo - jak potem tłumaczył ojciec - "zęby jej wypadły". Kobieta została przewieziona do szpitala, gdzie przeszła pilną operację brzucha. Obecnie przebywa cały czas pod opieką lekarzy. Kazimierz K. (75 l.) zgodził się natomiast porozmawiać z dziennikarką "Super Expressu".
– Ja w życiu nie podniosłem ręki na żonę. Nie jestem jakimś pijakiem. Robiłem wszystko, żeby mieli dobrze. Córka była zaniedbana i biorę tę winę na siebie. Żałuję, że tak się to potoczyło. Teraz zrobiłbym inaczej. Ja im chcę zapewnić opiekę. Widziałem się na początku z córką w szpitalu, ale teraz mnie do niej nie wpuszczają – mówi pan Kazimierz. Prokuratura prowadzi postępowanie.
O dalszych krokach służb będziemy jeszcze pisać na naszych łamach. Na pewno wrócimy do tej sprawy.