Tragiczny wypadek w Tylkowie. Dziecko postrzelone z broni myśliwskiej
Dramat w Tylkowie pod Pasymiem. 2-letnia dziewczynka została postrzelona w stopę z broni należącej do jej dziadka, 51-letniego myśliwego. Broń była nabita i oparta o ścianę w przedpokoju. Dziecko przewróciło ją przypadkiem. Padł strzał.
Dziewczynka przeszła ciężką operację w szpitalu dziecięcym w Olsztynie. Przed nią długa rehabilitacja. Śledztwo prowadzi prokuratura w Szczytnie. Głos w sprawie zabrał także Polski Związek Łowiecki.
Reakcja PZŁ na postrzelenie w Tylkowie
– Ten użytkownik rażąco złamał przepisy bezpieczeństwa i naraził własną rodzinę. To wymaga największego potępienia i oczywiście pociągnięcia do odpowiedzialności karnej. Tu działają już organy ścigania. Także jako PZŁ natychmiast wszczęliśmy procedury dyscyplinarne. Choć to nie było polowanie, a użytkowanie broni jak każde inne, to nie ma naszej zgody na łamanie prawa przez naszych członków. Ostatecznie w całej sytuacji jednak najważniejsze jest, że dziewczynce nic już nie zagraża – powiedział „Super Expressowi” Marcin Możdżonek, prezes Polskiego Związku Łowieckiego.
Stan zdrowia dziewczynki po wypadku z bronią
– Dziewczynka trafiła z postrzałem do naszego szpitala. Przeszła bardzo skomplikowaną operację, którą wykonał zespół chirurgów. Teraz dziecko znajduje się w stanie stabilnym. Stopa będzie wymagała rekonstrukcji i dziecko będzie musiało przejść rehabilitację – poinformował Grzegorz Adamowicz, rzecznik Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Dziecięcego w Olsztynie.
Śledztwo prokuratury
Na miejscu pojawiła się policja i prokurator. Funkcjonariusze zabezpieczyli broń. – 51-latek miał pozwolenie na broń. W chwili zdarzenia był trzeźwy. Przesłuchaliśmy świadków, w tym właściciela broni. Sprawdzamy, czy doszło do narażenia dziecka na utratę życia lub zdrowia – przekazał prokurator Krzysztof Batycki.
Dziadek dziecka to znana postać w lokalnej społeczności – od lat zajmuje się ceramiką, buduje piece i prowadzi małą działalność gastronomiczną. – Nie mogę powiedzieć nic złego na temat pana Marka. Popełnił błąd i teraz będzie musiał stanąć przed sądem. Bogu dzięki, że nikt nie zginął. Jednak z bronią nie ma żartów – mówi jego sąsiadka.
Prokuratura bada, czy broń była właściwie zabezpieczona i dlaczego była załadowana. Na razie nikt nie usłyszał zarzutów. Śledztwo trwa.