Rodzinne grillowanie zakończone krwawym mordem
Ta tragedia zaczęła się, jak zwykłe zakończenie lata. Sobota, 20 września 2025 roku. Lubawa, ul. Świętej Barbary. Przy domu grill, rozmowy, piwo, sąsiedzi, zapach kiełbasy. Nic nie zapowiadało horroru. Jan J., emerytowany mechanik samochodowy, jego partnerka Agnieszka J. (61 l.) i jej syn Łukasz siedzieli razem z innymi. Jedli i wznosili toasty. Kiedy zapadł zmierzch i zaczęły kąsać komary, cała trójka przeniosła się do domu.
Nie minęło pół godziny, a za drzwiami mieszkania rozegrała się groza. Według ustaleń śledczych Jan J. chwycił w kuchni nóż i rzucić się na pasierba. Cios za ciosem. Furia, której nikt nie potrafił zatrzymać. Prokuratura zarzuciła mu, że działał z zamiarem bezpośrednim pozbawienia życia Łukasza. Mężczyzna został ugodzony nożem w klatkę piersiową około 30 razy. Nie miał szans. Zmarł na miejscu.
Gdy Agnieszka J. próbowała ratować syna, sama została ciężko raniona. Według prokuratury Jan J. miał uderzyć ją nożem osiem razy w okolice klatki piersiowej i pleców. Jedna z ran przebiła płuco i spowodowała odmę. Kobieta przeżyła tylko dlatego, że uciekła i szybko otrzymała pomoc medyczną.
Sąsiedzi, którzy jeszcze chwilę wcześniej siedzieli z nimi przy grillu, zobaczyli scenę, jak z koszmaru. Łukasz leżał we krwi. Agnieszka walczyła o życie. Jan miał siedzieć przy drzwiach z telefonem w ręku i spokojnie przyznać, że to on.
Sąsiedzi mówili wtedy „Super Expressowi”, że między Janem i Łukaszem od dawna źle się działo. Nie lubili się. Unikali. W domu miało narastać napięcie, które w końcu eksplodowało w najgorszy możliwy sposób. Jan J. przez lata uchodził za spokojnego człowieka. Emerytowany mechanik, kierowca, człowiek raczej cichy niż awanturniczy. Ale tamtego dnia, jak twierdzili śledczy, wszystko pękło.
Oskarżony o morderstwo nie doczekał procesu. Umarł za kratkami
Po zatrzymaniu Jan J. usłyszał dwa zarzuty: zabójstwa pasierba i usiłowania zabójstwa partnerki. Groziło mu dożywocie. Od 23 września 2025 roku był tymczasowo aresztowany. Miał stanąć przed sądem i odpowiedzieć za krwawą jatkę po grillu. Procesu jednak nie będzie. 19 kwietnia 2026 roku Jan J. zmarł za kratami.
- Wykonane w toku postępowania czynności, w szczególności specjalistyczne opinie z zakresu biologii oraz daktyloskopii, potwierdziły ustalony przebieg zdarzenia oraz sprawstwo podejrzanego. Do zgonu podejrzanego Jana J. doszło z przyczyn chorobowych, a bezpośrednia i ostateczna przyczyna jego śmierci zostanie ustalona po oględzinach, otwarciu zwłok i analizie dokumentacji lekarskiej - informuje prok. Ewa Ziębka, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Elblągu.
Śledztwo przeciwko Janowi J. zostało umorzone wobec śmierci podejrzanego. Osobne postępowanie ma wyjaśnić dokładnie, co wydarzyło się w więzieniu. Czy zabiła go choroba? Czy nie wytrzymał psychicznie ciężaru tego, co zrobił? Czy gryzło go sumienie? Na te pytania odpowiedzieć mają śledczy.
Polecany artykuł:
Jedno jest pewne. Sprawa, która wstrząsnęła Lubawą, nie zakończy się wyrokiem. Nie będzie sali sądowej, przesłuchań świadków i ostatniego słowa oskarżonego. Zostały dwa groby, jedna rodzinna tragedia i milczenie. Na tym samym cmentarzu leży ofiara i człowiek, który według śledczych odebrał jej życie. A prawdę o tym, co dokładnie wydarzyło się za drzwiami mieszkania po grillu, Jan J. zabrał ze sobą do grobu.
Polecany artykuł: