Miało być dyskretnie i prywatnie, ale poruszenie we wsi i tak było spore. Brytyjski premier - Keir Starmer - przyjechał do małej wsi ze swoją żoną. Przez cztery godziny rozmawiali z mieszkańcami wioski i szukali domu, w którym mieszkali przodkowie Victorii Starmer. Kobieta przed ślubem nazywała się Alexander, a jej żydowska rodzina ze strony ojca jeszcze przed drugą wojną światową wyemigrowała z Polski. Ojciec Victorii - Bernard - urodził się już w Londynie.
Małżeństwu bardzo zależy, by ich rodzina utrzymywała silną więź ze swoim żydowskim dziedzictwem. Wizyta była szczególnie poruszająca i emocjonalna tym bardziej, że wiadomo, że nikt z dalszej rodziny Victorii Starmer nie przeżył nazistów. W poszukiwaniu informacji premier z żoną pierwsze swoje kroki skierowali do pani sołtys.
Niestety, nie było mnie tego dnia w domu - mówi Super Expressowi Maria Benec, sołtys wsi.
Premier poszedł więc do sąsiada naprzeciwko i odwiedził jeszcze kilku mieszkańców.
Szukali tych najstarszych, którzy kojarzyliby przodków Bernarda Alexandra. Niestety, nikt takich ludzi nie zna i nie pamięta. Gdyby przyjechali dwa lata wcześniej, to byłaby jeszcze szansa, bo wtedy żyli starsi mieszkańcy wsi - mówi Maria Benec.
Teraz, nikt nie kojarzył rodziny żony brytyjskiego premiera. Dziś Budzisław Stary to mała wieś licząca około 300 mieszkańców.
Ale kiedyś było inaczej. Była i gmina, i poczta - wylicza sołtyska.
Rodzina Starmerów odbyła tę podróż w weekend, kiedy premier zrobił sobie długi weekendowy urlop w gronie najbliższej rodziny. W zapewnienie sprawnego przebiegu wizyty zaangażowani byli lokalni funkcjonariusze policji oraz pracownicy polskiej Służby Ochrony Państwa, którzy zabezpieczali trasę.