Po śmierci dwóch strażaków uruchomiono zbiórkę
Zbiórkę uruchomiła Fundacja Siepomaga w porozumieniu z Krajową Sekcją Pożarnictwa NSZZ „Solidarność”. Pieniądze mają zostać przeznaczone na pomoc najbliższym dwóch strażaków z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Nisku, którzy zginęli podczas piątkowej akcji gaśniczej.
Kampania rozpoczęła się 16 października i ma potrwać do 30 listopada 2026 r. W sobotę po południu na jej koncie znajdowało się już ponad 285 tys. zł, przekazanych przez ponad 4,3 tys. osób. Kwota szybko rośnie.
Zbiórkę można wesprzeć tutaj: Pomoc dla najbliższych tragicznie zmarłych strażaków z Niska. Cześć ich pamięci!
„Dzisiaj w jednostce zostały po nich dwa puste miejsca”
Organizatorzy zbiórki podkreślają, że pamięć i oddanie honorów poległym to naturalna reakcja ich kolegów ze służby. Teraz potrzebna jest jednak także konkretna pomoc dla rodzin, które będą musiały zmierzyć się nie tylko z żałobą, lecz również z codziennymi zobowiązaniami.
„Dzisiaj w jednostce zostały po nich dwa puste miejsca” - napisano w opisie zbiórki.
Jak zaznaczają jej twórcy, wspólne szkolenia i wyjazdy do najtrudniejszych akcji tworzą między strażakami wyjątkowo silne więzi. Szczególnie bolesne chwile przeżywają ratownicy, którzy uczestniczyli w próbie uratowania Bartłomieja i Wojciecha.
Przeczytaj także: Wojtek i Bartek byli w pierwszej rocie. Prokurator wyjaśni, jak doszło do dramatu
„Wszyscy możemy zrobić dzisiaj więcej. Możemy pomóc zabezpieczyć przyszłość najbliższych, którzy najdotkliwiej przeżyją tę stratę” - podkreślili organizatorzy akcji pomocowej.
Bartek wkrótce miał zostać ojcem
Asp. Bartłomiej Pieróg miał 27 lat. Do straży pożarnej wstąpił we wrześniu 2019 r. Dwa lata później ukończył Szkołę Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie. Niedawno został mianowany dowódcą sekcji.
Był cenionym, sprawnym i dobrze przygotowanym do służby strażakiem. Poza jednostką czekała jednak na niego rodzina. Bartłomiej był mężem i przygotowywał się do jednej z najważniejszych ról w życiu. Wkrótce miał zostać ojcem.
Po jego śmierci żona została sama z bólem, oczekiwaniem na narodziny dziecka oraz odpowiedzialnością za wszystkie codzienne zobowiązania. Zebrane pieniądze mają stworzyć dla niej i dziecka finansowy filar bezpieczeństwa.
Przeczytaj także: Strażackie syreny zawyły dla poległych kolegów. Żegna ich cała Polska
Wojtek od dzieciństwa chciał zostać strażakiem
Mł. kpt. Wojciech Garbacz miał 29 lat i pochodził z Ulanowa. Mundur założył w listopadzie 2016 r. Ukończył Szkołę Główną Służby Pożarniczej, a w jednostce przechodził kolejne stopnie zawodowej drogi. Był stażystą, kierowcą, ratownikiem, dowódcą zastępu, a następnie dowódcą sekcji. Służba w straży pożarnej miała być jego marzeniem od dzieciństwa.
Wojtek był pełnym pasji ratownikiem, który zawsze pozostawał gotowy do niesienia pomocy. Nie zdążył założyć własnej rodziny. Pozostawił rodziców, krewnych, przyjaciół i kolegów ze służby.
W pierwszej rocie weszli do płonącego budynku
Do tragedii doszło w piątek, 16 października, na Dębinkach w Nisku. Ogień pojawił się w magazynie hurtowni rolniczej i sklepie przemysłowym. W obiekcie znajdowały się między innymi paliwo, akumulatory, przewody, części maszyn rolniczych oraz elementy z tworzyw sztucznych.
Jak przekazał „Super Expressowi” st. bryg. Marcin Betleja, rzecznik prasowy podkarpackiej straży pożarnej, zgłoszenie wpłynęło o godz. 8.24. Pierwsze zastępy dotarły na miejsce siedem minut później.
Przeczytaj także: Pożar na Wale Miedzeszyńskim. Dziesiątki strażaków w akcji
Strażacy zastali płonący obiekt w kształcie litery L, którego wymiary wynosiły około 30 na 40 metrów. Pożar szybko się rozwijał, a w okolicy unosiły się kłęby gęstego, czarnego dymu.
Bartłomiej Pieróg i Wojciech Garbacz weszli do obiektu jako pierwsza rota. W strażackiej terminologii jest to dwuosobowy zespół prowadzący działania wewnątrz strefy zagrożenia. Ich zadaniem było przeprowadzenie rozpoznania.
Nadali sygnał „ratunek”
O godz. 8.37 sytuacja miała gwałtownie się pogorszyć. Strażacy przekazali przez radiostację sygnał „ratunek”. Informowali, że błyskawicznie rozprzestrzeniający się ogień odciął im możliwość wyjścia z budynku.
W ich kierunku natychmiast ruszyła rota asekuracyjna. Warunki wewnątrz były jednak ekstremalnie trudne. Ratownicy mierzyli się z bardzo wysoką temperaturą, gęstym zadymieniem i szybko rozwijającym się pożarem. Mimo tych przeciwności Bartek został odnaleziony i wyniesiony na zewnątrz. Wojtka ewakuowano później. Mimo podjętej akcji ratunkowej życia żadnego z nich nie udało się ocalić.
Z ogniem walczyło 151 strażaków
Akcja ratowniczo-gaśnicza szybko przybrała ogromne rozmiary. Do Niska skierowano jednostki z powiatów niżańskiego, leżajskiego, stalowowolskiego i łańcuckiego.
Ostatecznie na miejscu pracowało 49 zastępów, czyli 151 strażaków. Ratownicy bronili przed ogniem także dwóch pobliskich budynków. Ich mieszkańcy zostali ewakuowani. Pożar udało się opanować, ale dokładne sprawdzanie pogorzeliska trwało przez kolejne godziny. Konieczne było odnalezienie i dogaszenie wszystkich ukrytych zarzewi.
Przyczyna pojawienia się ognia nie została jeszcze oficjalnie ustalona. Okoliczności pożaru oraz śmierci ratowników będą przedmiotem szczegółowego postępowania policji i prokuratury.
Cała Polska oddaje hołd poległym
Po śmierci Bartłomieja Pieroga i Wojciecha Garbacza w jednostkach straży pożarnej uruchomiono syreny. Strażacy w całej Polsce oddawali hołd swoim poległym kolegom.
Kondolencje rodzinom, bliskim i współpracownikom ratowników przekazali przedstawiciele władz państwowych i samorządowych. Minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński podkreślił, że obaj strażacy ponieśli najwyższą cenę, wykonując swoje zadania do samego końca.