Łukasz Litewka pochodził z Sosnowca, konkretnie z Zagórza, największego blokowiska w mieście, o którym w internecie – słusznie czy niesłusznie – krąży wiele memów i żartów. On jednak nigdy nie wstydził się swojego pochodzenia, wręcz przeciwnie, z dowcipów o wizach i paszportach czyniąc sobie powód do walki o lepszy wizerunek miasta, odczarowanie Sosnowca w oczach mieszkańców. Jego ojciec był górnikiem, mama pracowała na targowisku. Wyznawał, że od najmłodszych lat, wraz z bratem, był wychowywany według tradycyjnych zasad. Rodzinny obiad w niedzielę, obowiązkowa msza święta, spędzanie czasu z dziadkami, którzy mieszkali z nimi w tym samym domu. Rodzice, jak sam wspominał, trzymali ich „krótko”, ale jednocześnie otaczali miłością oraz wzajemnym szacunkiem.
Ostatni na liście, z pieskami do adopcji na banerach. Łukasz Litewka okazał się ukrytym asem Lewicy
Łukasz Litewka w 2014 roku został radnym miejskim Sosnowca i przez następne lata nieszczególnie się wyróżniał. Starał się oczywiście jak najlepiej wykonywać swoją pracę, zresztą nie bez powodu mieszkańcy go wybrali, lecz cała Polska usłyszała o nim dopiero w 2023 roku, kiedy postanowił wystartować w wyborach parlamentarnych. Pojawił się na listach Lewicy, która zaoferowała mu osiemnaste, czyli ostatnie miejsce na liście w okręgu. Śmiano się, że ma niewielkie szanse, że to młody chłopak, bez większego potencjału na ten moment. Tymczasem Łukasz Litewka zdetronizował wszystkich, nawet lewicową „jedynkę”, czyli Włodzimierza Czarzastego. Zdobył ponad 40 tysięcy głosów, podczas gdy lider zgarnął zaledwie 22 tysiące. Tylko oni dwaj dostali się do Sejmu.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Czym jednak poseł z Sosnowca zaskarbił sobie serca wyborców? Prawdziwością, dobrym podejściem i kreatywnością. Wymyślił bowiem, że zamiast drukować kolejne ulotki i organizować spotkania polityczne, zrobi coś pożytecznego dla zwierząt. Apelował o to, by z Morskiego Oka zniknęły konie, a na przedwyborczych banerach zamiast albo obok swojej twarzy pokazywał zwierzęta: głównie psy z sosnowieckiego schroniska. Proste hasło: „Adoptuj mnie”, imię psa oraz numer telefonu. Akcja okazała się sukcesem nie tylko wizerunkowym, lecz również praktycznym, bo sporo osób do schroniska się zgłosiło i adoptowało psiaki. Nie sposób nie odnotować również dość prozaicznego powodu wzrostu popularności Litewki, bo w międzyczasie media tabloidowe okrzyknęły go najprzystojniejszym kandydatem na posła i zachwycały się atrakcyjnością młodego polityka. Pewna powierzchowność tego typu materiałów nie przysłoniła jednak najważniejszego: Łukasz Litewka faktycznie chciał i robił coś dobrego.
Gdy dostał się do Sejmu, nie zaprzestał charytatywnej działalności. Jego akcje w mediach społecznościowych zyskiwały coraz większy rozgłos, a liczba fanów – już nie tylko wyborców – liczyła dziesiątki, później setki tysięcy osób. Polityk organizował zbiórki dla potrzebujących rodzin, brał udział w kolejnych akcjach pomocowych dla zwierząt, odbierał telefony i odpisywał na wiadomości od „zwykłych ludzi”. Nie gwiazdorzył, choć z posła stał się niejako celebrytą. Fundacja „Team Litewka”, którą założył, zgromadziła ogromną społeczność, zajmując się i propagując pomoc osobom w trudnej sytuacji życiowej, wsparcie leczenia dzieci oraz ochronę praw i dobrostanu zwierząt. Niedługo przed tragicznymi wydarzeniami, jako jeden z nielicznych posłów bardzo zaangażował się w walkę z patoschroniskami, ramię w ramię z piosenkarką Dodą. Jego nazwisko pojawiło się też w kontekście głośnej na cały kraj akcji charytatywnej streamera o pseudonimie Łatwogang. To wszystko trwało… Aż nagle nadeszły wstrząsające wieści.
Uwielbiał jeździć na rowerze, nie spodziewał się zagrożenia. Kierowca osobówki nagle potrącił Łukasza Litewkę
Z ustaleń śledczych wynika, że Łukasz Litewka dokładnie 23 kwietnia 2026 roku wybrał się na przejażdżkę rowerową. Podążał ulicą Kazimierzowską w Dąbrowie Górniczej, kiedy niespodziewanie uderzył w niego samochód osobowy. Okoliczni mieszkańcy znają tę drogę: położona jest w leśnym terenie, nie ma przy niej domostw. Nie uchodzi za najbezpieczniejszą, ale też nie mówiło się o jakiejś czarnej serii, która miałaby mieć tam miejsce. W chwili zdarzenia nie było żadnego świadka tego, co się stało. Dopiero później pojawili się inni kierowcy, którzy akurat tamtędy przejeżdżali. Gdy zatrzymywali swoje pojazdy i wysiadali z nich, ich oczom ukazywał się szokujący widok. Słynny poseł leżał w bezruchu na poboczu, poturbowany, ze zniszczonym rowerem obok. W pobliżu stał roztrzęsiony mężczyzna, z komórką w ręce, ale nie zadzwonił na pogotowie ani służby. Później twierdził, że był zbyt przestraszony, nie potrafił wykręcić numeru. Zrobili to dopiero inni świadkowie. Dziwne zachowanie, na które wskazywali w sieci internauci, zostało jednak potwierdzone przez gapiów: kierowca, który doprowadził do zderzenia, rzeczywiście miał być bardzo nerwowy, nie potrafił się uspokoić, bał się, że zabił człowieka. Wezwanie służb, zgodnie z informacją pochodzącą z numeru alarmowego, odnotowano o godzinie 13:17. Śledczy nie potrafili ocenić na tamten moment, ile czasu minęło od wypadku do wykonania połączenia. Prokuratura w toku postępowania sprawdziła później bilingi telefoniczne posła, z których wynikało, że ten rozmawiał telefonicznie ze znajomym między godziną 13:07 a 13:14. Świadek, który ten telefon wykonał, potwierdził tę wersję wydarzeń: rozmowa została zakończona gwałtownie, głos Litewki nagle zniknął, a połączenie zostało przerwane.
Czyli minęło tylko kilka minut, co uwiarygadniało wersję o roztrzęsieniu kierowcy: w tak krótkim czasie mógł nie zdążyć się otrząsnąć.
Czytaj również: Beata rodziła dzieci i czekała, aż umrą. Kilkoro udusiła pępowiną. Pięć malutkich ciał w Hipolitowie
Funkcjonariusze, którzy próbowali odtworzyć wypadek, ustalili że mężczyzna prowadzący osobówkę jechał od strony Dąbrowy Górniczej, gdzie około godziny 13:00 zakończył swoją pracę. Był trzeźwy, wyniki badań toksykologicznych też nie wykazały w jego organizmie żadnych niedozwolonych substancji. - Toksykologia została przeprowadzona bardzo kompleksowo na okoliczność leków, substancji odurzających i innych, które mogły być w organizmie mężczyzny. Takowe nie zostały stwierdzone - potwierdził Bartosz Kilian, rzecznik sosnowieckiej Prokuratury Okręgowej, w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.
Na potrzeby śledztwa przeanalizowano również wątek dotyczący samego zachowania Łukasza Litewki na rowerze. Skoro rozmawiał przez telefon, to czy miał zajęte ręce? Czy zachował zasady bezpieczeństwa i należytej ostrożności? To pytania, na które prokuratura próbowała odpowiedzieć, by rozwiać przynajmniej część wątpliwości i przy okazji obalić niektóre teorie spiskowe, już wtedy krążące w internacie. Ale analizy kamer monitoringu wykazały, że Litewka miał słuchawkę w uchu i w ten sposób prowadził rozmowę. Obie ręce trzymał na kierownicy. Jego zachowanie nie wzbudzało żadnych wątpliwości: poruszał się po drodze prawidłowo, z zachowaniem odpowiednich odległości od pojazdów, dbając o bezpieczeństwo. To kierowca osobówki nagle zjechał z drogi.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
57-latek był "zbyt roztrzęsiony", by wezwać pomoc. Ludzie i celebryci nie wierzą w przypadek
57-letni mieszkaniec Sosnowca, podejrzany w tej sprawie, nie próbował uchylać się od odpowiedzialności. Podczas przesłuchania przyznał się do winy. Umniejszał jednak swoją rolę, a przedstawiane przez niego wersje wydarzeń były różne, niespójne. Mówił, że stracił przytomność. Później, że był rozkojarzony, a innym razem, że stracił pamięć i w zasadzie nie wie, co dokładnie się stało. Takie zachowanie tylko podsycało plotki mówiące o tym, że śmiertelny wypadek znanego posła, niewygodnego w politycznym półświatku, bo mówiącego wprost o patologiach tego środowiska, przy okazji pozostając zagrożeniem dla wyżej postawionych osób, nie było przypadkowe. W taki „przypadek” nie uwierzyła też wspomniana Dorota Rabczewska, czyli Doda, która w ostatnim czasie współpracowała z Litewką. - Ktoś zabił człowieka, który dla innych oddawał całego siebie – stwierdziła wokalistka, apelując o rzetelne śledztwo w tej sprawie. Próbowała nawet poznać dane osobowe podejrzanego, wyznaczając nagrodę pieniężną dla tego, kto jej te dane dostarczy, co niektórzy eksperci ocenili jako próbę linczu i skrytykowali artystkę.
Zobacz również: Prawniczka zabiła Igora. W sądzie broniła jej matka ofiary! Szokujące sceny. "Zasługuje na drugą szansę"
Tymczasem prokuratura twierdzi, że na razie nie ma żadnych podstaw do tego, by uznawać to zdarzenie za celowe, albo żeby podejrzewać, że doszło do zabójstwa, a nie wypadku. – Bardzo proszę więc o zaniechanie jakichkolwiek prób identyfikacji tego mężczyzny, nawiązywania z nim kontaktu, dokonywania samosądu lub osądzania na własną rękę. Zwracam się nawet do samej pani Doroty Rabczewskiej: niech pozwoli nam działać i nie podejmuje żadnych inicjatyw na własną rękę – zaapelował prokurator Bartosz Kilian.
Jednocześnie funkcjonariusze przyznają, że zeznania złożone przez 57-letniego podejrzanego faktycznie są mało wiarygodne. Media podają nieoficjalnie, że to po prostu linia obrony, którą przyjęto, by zminimalizować wymiar kary. Mężczyźnie grozi do 8 lat więzienia za nieumyślne spowodowanie śmierci, gdyż taki właśnie zarzut usłyszał 57-latek. – Wyjaśnienia, które ten pan złożył, budzą nasze wątpliwości – potwierdził prokurator Kilian. Dlatego złożono wniosek o tymczasowy areszt, do którego Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej co prawda się przychylił, lecz wyznaczył również możliwość wpłacenia poręczenia w wysokości 40 tysięcy złotych. Kwota została przekazana przez bliskich kierowcy, więc ten opuścił mury aresztu i od tamtej pory czeka na proces na wolności.
Zgodnie z wynikami badań, przeprowadzonych przez lekarzy, stan zdrowia mężczyzny określono jako dobry. Nie znaleziono nic, co wskazywałoby na możliwość nagłej utraty przytomności za kółkiem, tyle że taka okoliczność może przecież wystąpić nagle, bez ostrzeżenia i objawów, więc specyfika prowadzenia postępowania i zbierania dowodów jest trudna. Analiza telefonu 57-latka wykazała, że ten nie korzystał z komórki w chwili wypadku. Nie można więc było zmienić treści zarzutów, jakie mu postawiono. Ponadto samochód, którym poruszał się podejrzany, miał sprawny układ kierowniczy i hamulcowy, co potwierdziła rekonstrukcja wypadku.
Przecięcie kluczowy arterii w nogach i wykrwawienie. Łukasz Litewka miał niewielkie szanse na przeżycie
Łukasz Litewka zmarł o godzinie 14:25, mimo przeprowadzonej reanimacji. Doznał rozległych obrażeń, głównie w rejonie nóg, doszło do utraty dużej ilości krwi, między innymi w wyniku przecięcia kluczowych arterii. To informacje, które śledczy uzyskali po przeprowadzeniu sekcji zwłok ofiary. - To niewyobrażalna tragedia. Trudno zebrać myśli. Dobrać słowa – komentował po śmierci posła Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący Nowej Lewicy i marszałek Sejmu. - Życie pisze okrutne scenariusze, na które nikt nie jest przygotowany – dodawał w rozmowie z „Wyborczą” Wojciech Nitwinko, radny z Sosnowca, kolega Łukasza Litewki z Nowej Lewicy. W mediach społecznościowych działacza żegnał też prezydent miasta, Arkadiusz Chęciński. - Nie jestem w stanie w to uwierzyć. Odszedł od nas Łukasz Litewka, poseł, były sosnowiecki radny, a dla wielu przede wszystkim społecznik, który niósł pomoc potrzebującym. Serdeczne kondolencje dla bliskich i rodziny. Łączę się w bólu – podkreślił.
Tego typu wpisów, zamieszczany przez polityków, artystów i celebrytów, ale także mieszkańców Śląska i Zagłębia, było naprawdę mnóstwo. Zginął poseł, lecz przede wszystkim dobry człowiek, z sercem na dłoni, z licznymi akcjami charytatywnymi na koncie: taki, który nie bał się pomagać i sprzeciwiać złu. Młody, wysportowany, w sile wieku. Śmierć Łukasza Litewki uświadomiła nam wszystkim, jak kruche jest życie i jak łatwo można je stracić. Coś porażającego.
Pogrzeb 36-letniego mężczyzny zgromadził tysiące osób, które osobiście chciały go pożegnać. Obecni byli ludzie z wielu miast w całej Polsce, wielkie nazwiska, ogłoszono pośmiertne odznaczenia prezydenta Karola Nawrockiego, a ostatnie pożegnanie odbyło się z honorami i w dużej podniosłości. To wszystko nie przywróci zmarłemu życia, ani poczucia sprawiedliwości, lecz chociaż na chwilę, ten ostatni raz, Łukasz Litewka mógł zjednoczyć ludzi: od prawa do lewa, niezależnie od politycznych poglądów.
Niestety, śmierć posła pociągnęła też za sobą kilka przykrych incydentów. Wywołała na przykład kolosalny spór wokół fundacji „Team Litewka” i tego, kto powinien prowadzić dalsze działania, kto przejmie schedę po Łukaszu. W maju 2026 roku jego bliscy opublikowali list otwarty, w którym poinformowano opinię publiczną o narastającym konflikcie z częścią członków zarządu fundacji i zaapelowano o uszanowanie woli zmarłego, odcinając się od niektórych działań stowarzyszenia. Jak się okazuje, dobre intencje i wiara w idee promowane przez Litewkę okazały się niewystarczające. Duże poruszenie wywołał również niedawny pożar grobu polityka, a gęsty dym unoszący się z mogiły stał się paliwem dla kolejnych teorii spiskowych o celowości działań nieznanych sprawców. Strażacy uspokajają jednak, że do zaprószenia ognia doszło w wyniku nagromadzenia otwartych zniczy w połączeniu ze starszymi, suchymi wiązankami, które zajęły się płomieniami.
Śledztwo trwa, wkrótce odbędzie się protest. Mieszkańcy żądają rzetelnego przedstawienia sprawy
Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, prokuratura wciąż prowadziła śledztwo w sprawie śmiertelnego wypadku, w którym zginął Łukasz Litewka. Na sporządzenie kolejnych opinii ekspertów, jak udało nam się ustalić, biegli potrzebują około dwóch miesięcy. Zostaną w nich wykorzystane także ustalenia medyczne, w tym pełne wyniki badań po sekcji zwłok ofiary. – Mamy jeszcze zaplanowane poboczne działania w tej sprawie – zapowiedział prokurator Bartosz Kilian. Jeśli nie pojawią się nowe, znaczące dowody w tej sprawie, powinna ona zostać zakończona wczesną jesienią. Z kolei 18 czerwca 2026 roku na ulicach Warszawy ma odbyć się manifestacja, zorganizowana przez osoby, które nie do końca wierzą w uczciwość tego postępowania. - Chcemy zawalczyć o prawdę – twierdzą organizatorzy, apelując do służb o rzetelne i jawne śledztwo, oraz do polityków - o nadzór nad jego prowadzeniem.
Pytań wokół śmierci Łukasza Litewki wciąż jest sporo. Czy uda nam się poznać wyczerpujące odpowiedzi na nie wszystkie?
Czas pokaże. Śledztwo trwa.