Roman mieszkał na co dzień w Jastrzębiu-Zdroju. U wszystkich dzieci, bez wyjątku, wzbudzał strach. Gdy najmłodsi wracali ze szkół, ojcowie wychodzili na zewnątrz albo wyglądali przez okno, by dopilnować ich bezpieczeństwa. Bo Roman zaczepiał dzieci, zagadywał, zdarzało się, że złapał za rękę, ale szybko puszczał. Nawoływał też, że nadchodzi piękność – do dziewczynek, albo młody Bóg – do chłopców. Co najmniej kilka razy chodził nago po klatce schodowej, zimą bez żadnych ubrań robił „aniołki” w śniegu, a latem paradował przed blokiem, zrywając listki z drzew i wykrzykując że jest Adamem, szukającym swojej Ewy. Raz przycisnął kobietę do ściany, wyznając jej miłość, a kiedy zaczęła krzyczeć – uciekł, bo z mieszkań na ratunek wybiegli pozostali mieszkańcy. Z perspektywy czasu część tych zachowań brzmi absurdalnie, może nawet w jakimś stopniu zabawnie, lecz wtedy nikomu nie było do śmiechu. Również dziś przychodzi refleksja, że był to obraz raczej smutny i przerażający jednocześnie. Służby były bowiem bezradne wobec zachowań mężczyzny.
Czytaj także: Były mąż nachodził Kasię, groził i prześladował. Policja nie reagowała. Aż w końcu ją zamordował
Mieszkańcy praktycznie zawsze wzywali policję, kiedy Roman dostawał swoich ataków. Schemat powtarzał się: funkcjonariusze przyjeżdżali, zatrzymywali go, a następnie trafiał do szpitala psychiatrycznego w Rybniku. Po jakimś czasie wracał odmieniony: już nie zaczepiał ludzi, nie wyczekiwał na szczycie schodów piwnicy, gdy ktoś do niej schodził, ale nadal przesiadywał na klatce. Brał leki, które mu przepisano. Tyle że po dwóch, może trzech miesiącach, koszmar wracał. Roman przestał zażywać medykamenty – zamiast tego rozrzucał je po okolicy lub wciskał ludziom do skrzynek na listy. Nie miał kto go upilnować. Nie można go też było ubezwłasnowolnić – nie zrobił tego ani ojciec, który później zmarł, ani brat. Sam mężczyzna często odmawiał leczenia czy hospitalizacji. A że nikomu nie zrobił namacalnej krzywdy, wypuszczano go na wolność. – Jest osobą niepoczytalną – tłumaczył się dzielnicowy, pytany przez mieszkańców, czy musi dojść do tragedii, by przypadkiem Romana zajęto się na poważnie. Ale „problem” służb sam się rozwiązał, bo podczas jednej z wizyt w szpitalu mężczyzna zadławił się ciastem. Nie udało się go uratować.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Ostatnie przykłady głośnych zbrodni w Polsce ujawniają luki w prawie. Historia Romana jest tylko jedną z wielu. I choć ona szczęśliwie nie zakończyła się fizyczną krzywdą drugiego człowieka, to inne sprawy były bardziej dramatyczne. 31-latek, który 9 stycznia 2026 roku zamordował własną matkę w Bielsku Podlaskim, był wielokrotnie zatrzymywany w przeszłości. Prokurator Adam Naumczuk stwierdził przed kamerą TVN-u, że podejrzany mężczyzna był trzykrotnie zatrzymywany w związku z posiadaniem narkotyków. Funkcjonariusze rozkładali jednak ręce, ponieważ za każdym razem sprawca był ostatecznie wypuszczany na wolność, a to z uwagi na opinie biegłych, które w sądowych procesach wskazywały na niepoczytalność mężczyzny. Śledztwa umarzano, potem podejrzany znowu wpadał w ręce mundurowych, i historia się powtarzała. Nie sądzono, że może stanowić dla ludzi realne zagrożenie, lecz – jak już wiemy – specjaliści się pomylili. Sprawca zadźgał nożem 67-letnią Elżbietę, a zdjęcie jej zakrwawionych zwłok wrzucił do mediów społecznościowych. Po aresztowaniu zachowywał się nielogicznie, trafił za kraty w warunkach szpitalnych i pewnie znów nie trafi do więzienia: pozostaje mieć jednak nadzieję, że tym razem nikomu nie przyjdzie do głowy, by po odbyciu leczenia wypuścić go na wolność.
Równie szokująca jest sprawa Katarzyny K., która od dłuższego czasu żyła w strachu przed byłym mężem. 52-letni Robert nachodził ją, śledził, groził i wysyłał wulgarne wiadomości. Kobieta wielokrotnie zgłaszała sprawę na policję, a on otrzymał nawet sądowy zakaz zbliżania się do byłej partnerki. Mimo tego mężczyzna pozostawał na wolności. 9 grudnia 2025 roku w miejscowości Rusiec pod Warszawą złamał zakaz i przyjechał do Katarzyny. Doszło wówczas do ataku: Robert K. zadał jej kilka ciosów nożem w okolice szyi. Kobieta zginęła na miejscu, wykrwawiając się. Zbrodnię odkrył 27-letni syn pary, który wezwał służby. Sprawca uciekł, ale ostatecznie w niedługim czasie sam zgłosił się na komendę, cały zakrwawiony. Śledztwo ujawniło, że dzień przed zabójstwem wysłał Katarzynie SMS-a o treści „Idę po ciebie”. Po tragedii wszczęto kontrole działań policji i prokuratury, a Robert K. usłyszał zarzut zabójstwa z zamiarem bezpośrednim. Grozi mu kara dożywotniego więzienia, chyba że zostanie uznany za niepoczytalnego.
Czytaj więcej: Major SOP oszukał psychologów? Zabił 4-latkę niedługo po testach służbowych. "To jest farsa"
Kolejna podobna sprawa to historia Wojciecha M., który zabarykadował się z matką w mieszkaniu i doprowadził do masakry, a wcześniej wzbudzał strach, paradując po osiedlu z mieczem i łukiem, jak wojownik. Mieszkańcy zastanawiali się, czy makabryczne wydarzenia w Sanoku, które miały miejsce 20 listopada 2025 roku, dało się jakoś powstrzymać, skoro w przeszłości często wskazywano na niepokojące zachowania 47-latka. Nikt z tym nic nie zrobił, aż Wojciech M. brutalnie zamordował własną matkę, a później z ostrzem w dłoni zaatakował także policjantów. Próbowano go powstrzymać, lecz nie dawał za wygraną, więc padły strzały, w wyniku których agresor zginął. Nieoficjalne doniesienia mediów mówią, że napastnik leczył się psychiatrycznie, co tylko wzmacnia pytania o zbyt późną reakcję otoczenia na jego zachowanie. Teraz prokuratura będzie sprawdzać szczegółowe okoliczności sprawy oraz zasadność użycia broni służbowej przez policjantów w trakcie interwencji. Śledztwo trwa, ale niepokojące wnioski możemy już wynieść sami. System nie działa, luki są ogromne, tylko czy można z tym coś zrobić?
W polskim systemie karnym niepoczytalność oznacza stan, w którym sprawca nie może rozpoznać znaczenia czynu lub pokierować swoim postępowaniem w chwili popełniania przestępstwa. Nie dopuszcza się więc zbrodni, jeżeli u jej źródła leży choroba psychiczna, upośledzenie umysłowe albo inne poważne zaburzenie czynności psychicznych. Sąd może jednak zastosować inny środek zapobiegawczy niż więzienie, na przykład bezterminowy pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Nie zawsze jest tak, że po leczeniu dana osoba wychodzi na wolność, może bowiem trafić do zakładu zamkniętego, jak na przykład Mariusz Trynkiewicz, ale takie rozwiązanie zwykle dotyka najgroźniejszych przestępców. Ktoś mniejszego kalibru może zostać wpuszczony między ludzi, aż nie popełni poważniejszego czynu. Pozostaje pytanie, czy możemy sobie pozwolić na takie ryzyko.
Oczywiście należy pamiętać, że niepoczytalność nie jest terminem wymyślonym. I choć są zbrodniarze, którzy próbują wykorzystać ten zapis jako furtkę do wolności, to jednak biegli eksperci oraz sądy potrafią wyłapać takich „oszustów”. Przykładem niech będzie sprawa podpalacza z Jastrzębia-Zdroju, Dariusza P., który podczas procesu wymyślił w swojej głowie „Waldusia”, tajemniczy głos, każący mu popełniać okropne czyny. Wyszło na jaw, że podpalacz nie jest niepoczytalny, tylko kłamie, a symptomy rzekomej choroby wyczytał w książce, którą znaleziono w jego sali w areszcie. Choroby psychiczne są realne, a termin niepoczytalności istnieje w kodeksie prawie każdego kraju. Eksperci wskazują, że społeczne oburzenie jest jednak uzasadnione, kiedy osoba uznana za niepoczytalną wychodzi na wolność i popełnia kolejną zbrodnię. Jednocześnie przewidywanie przemocy jest trudne w przypadku takich ludzi. Statystycznie badania pokazują też, że choroba psychiczna nie zawsze równa się zagrożeniu i o tym także warto pamiętać.
Dr Grzegorz Wrona, przewodniczący zespołu ds. analizy zdarzeń, który został powołany do życia przy Ministerstwie Sprawiedliwości po śmierci 8-letniego Kamilka z Częstochowy, mówił w rozmowie ze mną, że w Polsce skuteczny system ochrony dzieci przed przemocą właściwie nie istnieje. Trzeba to zmienić. Czy podobnie jest w tym przypadku? Eksperci wskazują, że przepisy są dość precyzyjne, ale problemy leży w niedoszacowaniu ryzyka, niedoborze miejsc w zamkniętych oddziałach, słabym monitoringu po wyjściu na wolność, niedostatecznej współpracy między ochroną zdrowia a policją czy braku skutecznych narzędzi przymusowego leczenia na wczesnym etapie. Albo przynajmniej kontroli, czy osoba chora zażywa leki i stosuje się do zaleceń.
Wśród możliwych zmian wymienia się większą ostrożność przy ocenie braku zagrożenia, silniejszy nadzór, w tym obowiązkowe leczenie, kontrola farmakoterapii, monitoring elektroniczny oraz częstsze kontrole sądowe. Równocześnie należy szybciej reagować na przemocowe zachowania, groźby czy ciężkie epizody psychotyczne. Oczywiście nie może być tak, że łamie się przy tym prawa człowieka, ogranicza jego wolność osobistą czy zamyka się kogoś prewencyjnie, „bo może coś zrobić”. Internauci zastanawiają się, czy system jest więc skuteczny, a odpowiedź zależy pewnie od tego, z której strony na niego spojrzymy. Jedno jest pewne: ten problem to wyzwanie, zwłaszcza w dobie dzisiejszych czasów i pogarszającego się stanu psychicznego społeczeństwa.