- 28 stycznia 2006 r. w Katowicach, podczas wystawy gołębi, zawalił się dach hali Międzynarodowych Targów Katowickich. W katastrofie zginęło 65 osób, a ponad 140 zostało rannych.
- Poszkodowani po 20 latach od tragedii podkreślają, że była to trauma, która na zawsze zmieniła ich życie.
- Część rozmówców wyraża żal i rozczarowanie postawą państwa w kwestii przyznania odpowiedzialności i wypłaty zadośćuczynień po katastrofie.
- Ocaleni z katastrofy opowiadają o trudnej walce o powrót do zdrowia fizycznego i psychicznego, a także o sposobach radzenia sobie z traumą, m.in. dzięki wsparciu rodziny.
Katastrofa w hali MTK. "Powiedział, że będzie mnie trzymał za rękę do końca"
Zbigniew Wełmiński jest prawdopodobnie ostatnią żywą osobą, którą ratownicy wydobyli z rumowiska. Pod stertą stali i śniegu przeleżał ponad pięć godzin, uwięziony w zaledwie 30-centymetrowej szczelinie. Waląca się konstrukcja zmiażdżyła mu kręgosłup i wyrwała nogę ze stawu biodrowego. Jak wspomina w rozmowie z PAP, do pawilonu wszedł zaledwie kilkanaście minut przed katastrofą. – Bardzo spieszyłem się, żeby zdążyć na te targi z Krakowa. No i zdążyłem... – opowiada z goryczą. Dach runął w okamgnieniu. Mężczyzna cudem zdołał zadzwonić do żony. Wokół słyszał przerażające krzyki. – Jakaś pani powiedziała: „Ludzie, ja nie mam nóg”. Horror – relacjonuje.
Kluczowy okazał się moment, gdy dotarł do niego ratownik. – Wszystko się osuwało i powiedziałem mu, żeby tę rękę zabrał, bo mu ją za chwilę obetnie. Odpowiedział, że będzie mnie za nią trzymał do końca. To mnie bardzo zmobilizowało. Myślałem, że głupio byłoby, bo człowiek tak fajnie sobie umiera, a z drugiej strony szkoda tego chłopa – wspomina pan Zbigniew. Mimo wdzięczności dla ratowników i lekarzy, nie kryje żalu do państwa za postawę w sprawach odszkodowawczych. – 20 lat to dużo czasu, a czas wszystko zaciera, leczy. Ja samej katastrofy nie rozpamiętuję, bo to jałowe – podsumowuje.
Tragedia w Katowicach. Ratownik stracił w gruzach dwóch braci
Dla Aleksandra Malchera katastrofa w hali MTK była podwójnym dramatem. Tego dnia stracił dwóch ukochanych braci, 51-letniego Andrzeja i 37-letniego Zbigniewa, którzy byli pasjonatami gołębi. Pan Aleksander, pracownik pogotowia ratunkowego, o tragedii dowiedział się z telewizji, po czym sam został wezwany na miejsce do akcji ratunkowej. Do samego końca miał nadzieję, że jego bracia żyją. Rzeczywistość okazała się brutalna. – Dopiero, kiedy wszedłem do środka, nogi się pode mną ugięły. Sterta żelastwa na ziemi, lodu, śniegu, ludzie zaplątani w zawalonej konstrukcji. Straszny obraz, nie da się tego wymazać – mówi w rozmowie z PAP.
Po 20 latach ból wcale nie jest mniejszy. – Dwóch braci odeszło, najstarszy i najmłodszy, i cały świat nam się zawalił. Do dziś nie możemy się pozbierać – wyznaje. Podobnie jak pan Zbigniew, również on czuje się zawiedziony postawą państwa. – Mam odczucie, że w tym samym państwie są równi i równiejsi, ludzie różnych kategorii. Odczuwam niesmak – kwituje. O skali osobistej tragedii świadczą też słowa Mieczysława Ropelewskiego, który pod gruzami stracił aż pięć bliskich osób: żonę, córkę, wnuka, zięcia i pasierba. Jego jedynym celem stało się wychowanie osieroconych wnuków.
Zdzisław Karoń, działacz Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, w wyniku obrażeń kręgosłupa był sparaliżowany. Jak mówi, do dziś przeżywa traumę. – Wystarczy iskierka, by wszystko wybuchło na nowo – przyznaje. Lekarstwem na ból okazała się rodzina i znalezienie nowego celu w życiu. Po tragedii założył małą, przydomową winnicę. – Trzeba żyć do przodu, muszę się jakoś odnajdywać i przystosowywać do tego, co jest i nie narzekać – podsumowuje dla PAP.
20 lat temu zawalił się dach hali Międzynarodowych Targów Katowickich. Zginęło 65 osób. Unikalne materiały archiwalne "Super Expressu"