Spadli razem z balkonem z kilkunastu metrów. Kobieta zginęła, jej mąż został ciężko rannych. Winnych nadal brak

Poranna kawa na balkonie miała być chwilą spokoju. Zamiast tego rozegrał się dramat, który na zawsze odmienił życie jednej rodziny. W sosnowieckiej kamienicy przy ul. Czystej balkon nagle runął pod stojącym na nim małżeństwem. Sylwia Stawiszyńska zginęła w szpitalu, a jej mąż Robert cudem przeżył upadek z kilkunastu metrów. Po latach walki o sprawiedliwość okazuje się jednak, że za tragedię wciąż nikt nie został ukarany.

Poranek, który zamienił się w dramat

To miał być zwyczajny wrześniowy poranek. 51-letni Robert i Sylwia Stawiszyńscy wyszli z filiżankami kawy na balkon swojego mieszkania w kamienicy przy ul. Czystej w Sosnowcu. Nagle doszło do tragedii. Betonowa płyta balkonu oderwała się od ściany budynku i runęła kilkanaście metrów w dół. 

Wszystko trwało zaledwie ułamki sekund. Rozległ się potężny huk, a balkon spadł na konstrukcję znajdującą się piętro niżej. Małżeństwo nie miało jednak tyle szczęścia. Oboje runęli z kilkunastu metrów prosto na betonowy chodnik.

Upadek był tragiczny w skutkach.

Kobieta zmarła na stole operacyjnym

Sylwia Stawiszyńska w ciężkim stanie trafiła do szpitala w Sosnowcu. Lekarze natychmiast podjęli walkę o jej życie, jednak obrażenia okazały się zbyt poważne. Kobieta zmarła niedługo później na stole operacyjnym.

Jej mąż przeżył, choć był w stanie krytycznym. Robert Stawiszyński doznał rozległych obrażeń całego ciała. Jak sam mówi, ponad 70 procent kości w jego organizmie było połamanych.

Mężczyzna miał złamane żebra, ręce, nogi, kostki oraz kręgosłup. Lekarze przez wiele tygodni walczyli o jego życie. Po wypadku zapadł w śpiączkę farmakologiczną, z której wybudził się dopiero po dwóch miesiącach.

– Zobaczyłem, że jestem w szpitalu. Nic nie pamiętałem z tej tragedii. Myślałem, że miałem wypadek samochodowy – wspomina dziś po ponad 2,5 roku Robert Stawiszyński.

Prawdę o śmierci żony usłyszał dopiero po tygodniu

Lekarze nie od razu powiedzieli mu, co się stało. Na ujawnienie prawdy o śmierci żony zdecydowano się dopiero po tygodniu od wybudzenia ze śpiączki. Lekarze chcieli, by jego stan zdrowia się ustabilizował.

Dla mężczyzny był to potężny cios.

– Teraz w moim ciele jest mnóstwo metalowych elementów. Mam pręty w kręgosłupie. Nie mogę normalnie pracować i muszę chodzić o kuli ortopedycznej – mówi.

Tragedia sprzed lat wciąż wpływa na jego codzienne życie.

Po wypadku rozpoczęło się śledztwo. Prokuratura postawiła zarzuty trzem osobom związanym z Miejskim Zakładem Zasobów Lokalowych, który zarządzał budynkiem.

Sprawa jednak nie zakończyła się procesem. Sąd pierwszej instancji umorzył postępowanie, opierając się na opinii biegłych. Eksperci wskazali, że balkon mógł runąć z powodu dwóch dodatkowych wylewek betonowych wykonanych w przeszłości, które znacząco zwiększyły ciężar płyty.

Problem w tym, że nie udało się ustalić, kto zlecił te prace ani kto je wykonał.

– Doszło do tragedii. Zginęła moja żona, a winnych wciąż nie ma. To nie jest sprawiedliwość – mówi z goryczą Robert Stawiszyński.

Zobaczcie zdjęcia:

Walka o sprawiedliwość trwa

Mężczyzna nie zamierza jednak rezygnować z walki. Złożył zażalenie na decyzję sądu, a sprawą ma zająć się teraz Sąd Okręgowy w Sosnowcu.

Jak podkreśla, nie chodzi mu o surowe kary, lecz o ustalenie odpowiedzialności za tragedię.

– Chcę tylko, żeby ktoś w końcu powiedział jasno, kto za to odpowiada. Ktoś nie dopilnował stanu technicznego budynku. Ktoś zlekceważył nadzór. Szyny trzymające balkony były całkowicie skorodowane – mówi.

Dla Roberta Stawiszyńskiego to wciąż otwarta rana. W jednej chwili stracił żonę i zdrowie. Teraz walczy o to, by tragedia z ul. Czystej nie została zapomniana i by ktoś wreszcie poniósł za nią odpowiedzialność. 

Super Express Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki