Spadli razem z balkonem z kilkunastu metrów. Kobieta zginęła, jej mąż został ciężko rannych. Winnych nadal brak

2026-04-16 13:07

Poranna kawa na balkonie miała być chwilą spokoju. Zamiast tego rozegrał się dramat, który na zawsze odmienił życie jednej rodziny. W sosnowieckiej kamienicy przy ul. Czystej balkon nagle runął pod stojącym na nim małżeństwem. Sylwia Stawiszyńska zginęła w szpitalu, a jej mąż Robert cudem przeżył upadek z kilkunastu metrów. Po latach walki o sprawiedliwość okazuje się jednak, że za tragedię wciąż nikt nie został ukarany.

Poranek, który zamienił się w dramat

To miał być zwyczajny wrześniowy poranek. 51-letni Robert i Sylwia Stawiszyńscy wyszli z filiżankami kawy na balkon swojego mieszkania w kamienicy przy ul. Czystej w Sosnowcu. Nagle doszło do tragedii. Betonowa płyta balkonu oderwała się od ściany budynku i runęła kilkanaście metrów w dół. 

Wszystko trwało zaledwie ułamki sekund. Rozległ się potężny huk, a balkon spadł na konstrukcję znajdującą się piętro niżej. Małżeństwo nie miało jednak tyle szczęścia. Oboje runęli z kilkunastu metrów prosto na betonowy chodnik.

Upadek był tragiczny w skutkach.

Kobieta zmarła na stole operacyjnym

Sylwia Stawiszyńska w ciężkim stanie trafiła do szpitala w Sosnowcu. Lekarze natychmiast podjęli walkę o jej życie, jednak obrażenia okazały się zbyt poważne. Kobieta zmarła niedługo później na stole operacyjnym.

Jej mąż przeżył, choć był w stanie krytycznym. Robert Stawiszyński doznał rozległych obrażeń całego ciała. Jak sam mówi, ponad 70 procent kości w jego organizmie było połamanych.

Mężczyzna miał złamane żebra, ręce, nogi, kostki oraz kręgosłup. Lekarze przez wiele tygodni walczyli o jego życie. Po wypadku zapadł w śpiączkę farmakologiczną, z której wybudził się dopiero po dwóch miesiącach.

– Zobaczyłem, że jestem w szpitalu. Nic nie pamiętałem z tej tragedii. Myślałem, że miałem wypadek samochodowy – wspomina dziś po ponad 2,5 roku Robert Stawiszyński.

Prawdę o śmierci żony usłyszał dopiero po tygodniu

Lekarze nie od razu powiedzieli mu, co się stało. Na ujawnienie prawdy o śmierci żony zdecydowano się dopiero po tygodniu od wybudzenia ze śpiączki. Lekarze chcieli, by jego stan zdrowia się ustabilizował.

Dla mężczyzny był to potężny cios.

– Teraz w moim ciele jest mnóstwo metalowych elementów. Mam pręty w kręgosłupie. Nie mogę normalnie pracować i muszę chodzić o kuli ortopedycznej – mówi.

Tragedia sprzed lat wciąż wpływa na jego codzienne życie.

Po wypadku rozpoczęło się śledztwo. Prokuratura postawiła zarzuty trzem osobom związanym z Miejskim Zakładem Zasobów Lokalowych, który zarządzał budynkiem.

Sprawa jednak nie zakończyła się procesem. Sąd pierwszej instancji umorzył postępowanie, opierając się na opinii biegłych. Eksperci wskazali, że balkon mógł runąć z powodu dwóch dodatkowych wylewek betonowych wykonanych w przeszłości, które znacząco zwiększyły ciężar płyty.

Problem w tym, że nie udało się ustalić, kto zlecił te prace ani kto je wykonał.

– Doszło do tragedii. Zginęła moja żona, a winnych wciąż nie ma. To nie jest sprawiedliwość – mówi z goryczą Robert Stawiszyński.

Zobaczcie zdjęcia:

Walka o sprawiedliwość trwa

Mężczyzna nie zamierza jednak rezygnować z walki. Złożył zażalenie na decyzję sądu, a sprawą ma zająć się teraz Sąd Okręgowy w Sosnowcu.

Jak podkreśla, nie chodzi mu o surowe kary, lecz o ustalenie odpowiedzialności za tragedię.

– Chcę tylko, żeby ktoś w końcu powiedział jasno, kto za to odpowiada. Ktoś nie dopilnował stanu technicznego budynku. Ktoś zlekceważył nadzór. Szyny trzymające balkony były całkowicie skorodowane – mówi.

Dla Roberta Stawiszyńskiego to wciąż otwarta rana. W jednej chwili stracił żonę i zdrowie. Teraz walczy o to, by tragedia z ul. Czystej nie została zapomniana i by ktoś wreszcie poniósł za nią odpowiedzialność. 

Super Express Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki