Bracia zginęli pod gruzami. Szokujące podejrzenia po katastrofie budowlanej w Mławie

2026-03-25 11:42

Dwaj bracia zginęli pod gruzami zawalonego budynku w Mławie. Śledczy badają, czy do tragedii mogło doprowadzić… wywiercenie kilku otworów w ścianie. Biegły w swojej opinii nie ma co do tego wątpliwości, z kolei właściciel firmy montażowej, bliscy ofiar i eksperci powołani w programie TVN Uwaga!, nie wierzą w taką wersję wydarzeń.

Super Express Google News
  • Dwóch braci zginęło pod gruzami zawalonego budynku w Mławie podczas montażu kamer.
  • Biegły sugeruje, że przyczyną katastrofy mogło być nawiercenie otworów w ścianie, czemu sprzeciwiają się bliscy i eksperci spytani o sprawę.
  • Właściciel obiektu nie pamięta regularnych kontroli, a śledztwo wciąż bada wszystkie okoliczności tragedii.

Tragedia w Mławie. Nie żyją dwaj bracia

Do dramatu doszło 20 listopada 2024 roku na terenie dawnej bazy PKS przy ul. Grota-Roweckiego, podczas montowania kamer i systemu monitoringu w budynku. Ofiarami są bracia, 29-letni Bartek i 30-letni Mateusz, pracownicy firmy montażowej. Mężczyźni zostali przygnieceni przez zawalającą się konstrukcję. Osierocili kilkuletnie dzieci.

- Podmuch spadającego dachu wypchnął nas na zewnątrz. Mieliśmy dużo szczęścia, skończyło się na potłuczeniach od gruzu - relacjonuje w TVN UWAGA! właściciel firmy, pan Radosław. - Słyszałem krzyk: „tu jesteśmy!”. Próbowałem podnieść jeden z legarów, żeby uwolnić Bartka, ale był za ciężki - dodaje.

To właśnie on usłyszał zarzuty nieumyślnego spowodowania katastrofy w związku z tragedią. Grozi mu 8 lat więzienia.

Tutaj zginęło 65 osób. To największa katastrofa budowlana w historii

„Nie wierzę, że to przez wiertarkę”

Według biegłego powołanego przez prokuraturę przyczyną katastrofy mogło być nawiercenie kilku otworów w ścianie, co miało naruszyć konstrukcję budynku. Z tą wersją nie zgadza się właściciel firmy.

- To niemożliwe, żeby kilka otworów naruszyło wielotonową konstrukcję - podkreśla. Pokazał na wizji dokładne prace, które wykonywali tego dnia. W ich trakcie użyli wiertarki udarowej akumulatorowej do wykonania odwiertów w ścianie. Następnie w przygotowanych otworach osadzali koszulki kołków, a na końcu wkręcali śruby, montując elementy mocujące.

Sceptyczna jest także wdowa po Mateuszu: - Nie wierzę, że zwykły kołek mógł doprowadzić do takiej tragedii - mówi dziennikarzom.

Eksperci zaproszeni do programu, mgr inż. Mariola Berdysz i mgr inż. Karol Wojciechowski podkreślają, że przewiercenie prętów zbrojeniowych ręczną wiertarką jest bardzo trudne, ponieważ stal użyta w dźwigarach dachowych ma wysoką wytrzymałość. Zwracają też uwagę, że uszkodzenie pojedynczych elementów zbrojenia nie powinno doprowadzić do zawalenia się całej konstrukcji, o ile spełnia ona wymagania bezpieczeństwa. Dodatkowo na analizowanych zdjęciach nie widać przerwania stali w miejscu osadzenia wkrętu.

Budynek nie przechodził kontroli?

Właściciel obiektu stwierdził, że nie pamięta, czy kontrole bezpieczeństwa technicznego budynku były przeprowadzane regularnie. Kilka miesięcy przed katastrofą zdecydował o rozbiórce części obiektu. Rozbierany fragment i część, która później uległa zawaleniu, były połączone wspólną ścianą. Mężczyzna nie był w stanie jednoznacznie odpowiedzieć przed kamerą, czy miał na to pozwolenie. Spytany przez dziennikarzy o to, czy był już przesłuchiwany w sprawie przez prokuraturę, zaprzeczył.

Śledztwo trwa

Prokurator Bartosz Maliszewski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Płocku przekazał, że śledztwo wciąż trwa, a sprawa wcześniejszej rozbiórki budynku wciąż jest badana. Dodał, że materiały można jeszcze uzupełnić innymi dowodami.

Źródło: TVN Uwaga

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki