Drzwi obory przygniotły 3-letnią Oleńkę
Chociaż wkrótce minie 15 lat, mieszkańcy Korycian w powiecie siedleckim nadal pamiętają horror, który rozegrał się w ich wsi. Wspomnienia o przesympatycznym dziecku wracają zawsze, gdy zazielenią się wszystkie pola. - Mnie każdego roku od ponad dekady ten widok przypomina dzień, w którym dowiedziałam się o śmierci dziewczynki - opowiada pani Barbara S. - Pamiętam wszystko dobrze, bo tego dnia, gdy doszło do tragedii, szłam drogą do sąsiadki. Nie chcę o nim opowiadać, bo jest to dla mnie wielką traumą. Gdyby nie ten potworny pech, Ola w tym roku zdawałaby pewnie maturę, a rodzice byliby dumni ze swojej córki - ociera łzy płynące po obu policzkach.
Wszystko zdarzyło się pięknego, ciepłego i słonecznego letniego dnia w 2011 roku. Żywej i ciekawej wszystkiego Oli prawie nigdy rodzina nie spuszczała z oczu. Jednak tego dnia, korzystając z chwili ich nieuwagi, dziewczynka wyrwała się spod opieki najbliższych. Mama wprawdzie pozwoliła jej bawić się ze starszymi siostrzyczkami na podwórku, ale nie przypuszczała, że Ola może podejść w zakazane miejsce, jakim była obora pełna krów. Tuż przed wypadkiem dziewczynka bawiła się piłką. Gdy siostry na chwilę zajęły się rozmową między sobą, Ola pobiegła do obory. Uwielbiała patrzeć, jak jedzą krówki. Miała swoje ulubione, potrafiła je rozróżnić z całego stada. Podeszła po cichu pod drzwi, by sprawdzić, czy są otwarte. W tym czasie wewnątrz obory krowy przepychały się. Jedna z nich skoczyła całym ciężarem półtonowego cielska na drzwi i wypchnęła je. Runęły na wchodzącą do pomieszczenia Olę. Wgniotły dziewczynkę w mokrą ziemię.
- Kiedy zobaczyłam, że Oleńka zniknęła z podwórka, zaczęliśmy jej szukać - opisywała 33-letnia wówczas Elżbieta S., mama dziewczynki. - Bardzo się denerwowałam, bo zawsze, kiedy zawołałam, to grzecznie przybiegała do mnie. Sprawdziliśmy u dziadków po drugiej stronie drogi, ale nie było jej tam. Zobaczyliśmy, że od ściany obory wypadły drzwi z futryną. Podnieśliśmy je i wtedy ukazał mi się makabryczny widok. Nasza ukochana córeczka leżała bez ruchu wgnieciona w błoto. Nie dawała oznak życia - dodawała.
Matka zaczęła płakać, wyrywała sobie włosy z głowy i nawoływała pomocy. Łudziła się nadzieją, że kiedy przyjadą ratownicy, dziewczynka otworzy oczy. Dziadek dziecka zadzwonił po pogotowie. Niestety, lekarz mógł już tylko stwierdzić zgon.
„Była naszym oczkiem w głowie”
Policja prowadziła śledztwo w sprawie śmierci Oli. Nie dopatrzono się udziału osób trzecich. Drzwi zostały wypchnięte przez krowy, były przy nich ślady racic. - Dochodzenie zostało umorzone, ponieważ zakwalifikowaliśmy zdarzenie jako nieszczęśliwy wypadek - informował przed laty kom. Jerzy Długosz, rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Siedlcach.
- Mam odczucie, że bez niej żyję na innym świecie. Oleńka była naszym rodzynkiem, oczkiem w głowie. Zawsze z nami spała. Teraz mam wielką pustkę w sercu. Szkoda, że te drzwi nie przewróciły się na mnie. Nie wiem, co o tym wszystkim sądzić. Widocznie tak musiało być. Bóg chciał ją zabrać do siebie - mówiła pani Elżbieta, pokazując zdjęcie ukochanej córeczki.