Mroczna przeszłość Artura K.
Historia zaczęła się znacznie wcześniej. Pierwszą ofiarą Artura K. była jego dziewczyna, 20-letnia Renata. Mężczyzna zamordował ją w 2004 roku i trafił za to do więzienia, gdzie miał odbywać karę 15 lat pozbawienia wolności. Za kratami zachowywał się wzorowo. Z czasem został przeniesiony do zakładu półotwartego o zmniejszonym rygorze i zaczął korzystać z przepustek. Według „Super Expressu” wychodził z więzienia niemal 100 razy.
To właśnie podczas odbywania kary, w maju 2018 roku, K. poznał przez internet 35-letnią Monikę. Kobieta była po rozstaniu z mężem i samotnie wychowywała trzyletniego Oskarka. Zakochała się w rosłym, umięśnionym i przystojnym mężczyźnie. Para się zaręczyła. Dzięki przepustkom Artura mogli spotykać się także poza więzieniem. Niespełna cztery miesiące po poznaniu Moniki, niedługo po oświadczynach, doszło do tragedii...
Zbrodnia przy Nowowiejskiej. Mord Moniki i Oskarka
Był 8 września 2018 roku. Artur K. wyszedł z więzienia na kolejną przepustkę. Pojechał do mieszkania Moniki przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie. Tam zamordował swoją narzeczoną i jej trzyletniego synka. Monikę udusił gołymi rękami. Kiedy kobieta straciła przytomność, włożył jej do ust ręcznik. Oskarkowi wcisnął w gardło ścierkę i dokończył mord. Dwoje ludzi, z którymi jeszcze niedługo wcześniej miał budować wspólne życie, zginęło.
Gdy tylko Monika i Oskar przestali oddychać, Artur K. wyszedł z kamienicy, jakby nic się nie stało. Poszedł na pizzę. Później wałęsał się po Dworcu Centralnym i nad Wisłą. Na moście Poniatowskiego rozebrał telefon, złamał kartę SIM i wyrzucił wszystko do rzeki. Do Wisły trafiły również klucze od mieszkania zamordowanej kobiety. Następnie wsiadł do autobusu i pojechał w kierunku stadionu Legii. Przez kilka godzin spacerował po pobliskim parku. Dopiero w nocy zgłosił się w komendzie policji przy Wilczej i przyznał się do zabójstwa.
„Szatan kazał mi zabić”. Tłumaczenia i diagnoza Artura K.
Od początku padało pytanie: dlaczego to zrobił? Czy Monika odkryła jego kryminalną przeszłość, zaczęła się bać i chciała wycofać się ze związku? Artur K. miał swoją odpowiedź.
− Szatan kazał mi zabić − oświadczył policjantom ze Śródmieścia. Twierdził również, że miał wizję, w której zabija Monikę.
− Miałem wizję, że ją zabijam. Pamiętam, że wtedy czułem się lepiej, byłem spokojniejszy. Myśl o tym, że to zrobię, dawała mi jakiś spokój − mówił. Podczas procesu utrzymywał, że słyszał głosy szatana i że został opętany przez diabła. Jednocześnie wychwalał Boga i nosił opaski z napisami „Bóg jest dobry” oraz „Pan jest moim pasterzem”.
Biegli psychiatrzy nie mieli jednak wątpliwości co do jego poczytalności.
− Artur K. jest bez wątpliwości poczytalny − brzmiała ich diagnoza. Rozpoznali u niego dysocjacyjne zaburzenie osobowości. Jak wyjaśniano, jest to mechanizm obronny polegający na oddzieleniu myśli i uczuć w celu obrony przed zagrożeniem. W sytuacji silnego stresu osoba dotknięta takim zaburzeniem może interpretować rzeczywistość na swój sposób i manipulować.
Proces Artura K. rozpoczął się w listopadzie 2018 roku. Już przed salą rozpraw emocje sięgały zenitu. Rodziny ofiar domagały się najwyższej kary.
− Jedyną karą, jaka powinna go spotkać, jest dożywocie, choć to i tak nie będzie sprawiedliwe. Odebrał mi dziecko i wnuczka − mówiła Mieczysława, mama Moniki.
− Ten człowiek nie powinien stąpać po ziemi! − mówiła z kolei Ewa, siostra zamordowanej.
Najmocniej o karę dla zabójcy apelował Piotr, ojciec Oskarka.
− Dla mnie to jest śmieć. Wyrok powinien być jeden – kara śmierci! W naszym kraju to jest jednak niemożliwe, więc liczę na najwyższy wymiar kary, jaki przewiduje prawo − powiedział „Super Expressowi”.
Reakcje bliskich ofiar na widok zabójcy w sądzie
Gdy Artur K. pojawił się w sądzie, został wprowadzony skuty łańcuchem, w asyście uzbrojonych policjantów. Piętro sądu było obstawione funkcjonariuszami z psami. Gdy przechodził korytarzem, słyszał krzyki: „Zgnijesz w więzieniu! Morderco!”
Wśród osób obecnych w sądzie była także Łucja, matka Renaty, pierwszej ofiary Artura K. − Moja córka miała 19 lat. Nie życzę temu człowiekowi nic dobrego − mówiła. Historia zatoczyła więc koło. Na jednej sali sądowej spotkali się bliscy kobiety zamordowanej w 2004 roku oraz rodziny Moniki i małego Oskara, zabitych przez tego samego człowieka.
Oskarżony przyznał się do zabójstwa Moniki i Oskara. Próbował jednak oddzielić odpowiedzialność za czyny od tego, co działo się w jego głowie.
− Przyznaję się do zabójstwa Moniki i Oskarka. Zrobiłem to. Przynajmniej fizycznie, bo duchowo nie. To szatan kazał mi zabić − mówił przed sądem.
Twierdził również, że około trzech tygodni przed zabójstwem miał wizję, w której widział, jak morduje Monikę. − Pamiętam, że myśl o tym, że to zrobię, dawała mi jakiś spokój − powiedział.
Prokuratura w mocnych słowach przed końcem procesu
Kiedy w 2019 roku zbliżał się koniec procesu, prokurator Przemysław Nowak nie miał wątpliwości, jakiej kary powinien domagać się dla Artura K. W jego ocenie mężczyzna dostał już w życiu drugą szansę, ale jej nie wykorzystał.
− Każdemu należy się druga szansa. Oskarżony Artur K. tę drugą szansę dostał. I tej szansy nie wykorzystał. Zabił dwie osoby. Co więcej, dokonał tych zabójstw, odbywając karę pozbawienia wolności za poprzednie zabójstwo − mówił.
Nowak przekonywał także, że Artur K. działał z premedytacją. Wskazywał na zachowanie mężczyzny po zbrodni. − Po wszystkim poszedł na most, zniszczył kartę SIM i wyrzucił telefon do Wisły. To świadczy o tym, że postępował w sposób przemyślany − argumentował.
Artur K. nie zgadzał się z opinią psychiatrów. − Nie zgadzam się z opinią psychiatrów, że jestem poczytalny. Byłbym skończonym idiotą, gdybym szedł zabijać tuż przed końcem wyroku. A przede wszystkim zabijać małe dziecko. Zasługuję na karę, ale nie byłem w tamtej chwili poczytalny. Słyszałem głosy szatana. Zasługuję na najwyższe potępienie na ziemi, ale według Boga jestem oczyszczony − mówił.
Po jego wystąpieniu na sali rozpraw rozgorzały emocje. Padały słowa: „40 lat będzie się byczył za nasze pieniądze, to bestia nie człowiek! Tyle ludzi skrzywdził i przeprasza”.
Sąd nie zdecydował się jednak na kolejne badania psychiatryczne. Obrońcy Artura K. argumentowali, że poprzednia opinia biegłych jest niepełna, ale sąd odrzucił wniosek o ponowne ich powołanie.
Wyrok dożywocia dla Artura K.
Ostatecznie Artur K. usłyszał najwyższy wymiar kary. Sąd skazał go na dożywocie z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie dopiero po 40 latach. Orzeczono również 300 tys. zł nawiązki dla rodzin ofiar: matki, siostry i brata Moniki oraz ojca Oskarka. Sędzia Michał Piotrowski uzasadniał, że oskarżony jest osobą o bardzo poważnych dysfunkcjach społecznych, a jego miejsce jest wyłącznie w zakładzie karnym. − To orzeczenie ma charakter symboliczny. Nie da się przełożyć na pieniądze bólu i cierpienia bliskich − mówił sędzia.
Artura K. nie było na sali podczas ogłaszania wyroku. Nie chciał go słyszeć. W chwili, gdy będzie mógł ubiegać się o warunkowe zwolnienie, zgodnie z wyrokiem miałby mieć 81 lat. Najwcześniej mogłoby to nastąpić w 2056 roku.
Dla rodzin żadna kara nie mogła jednak cofnąć czasu. Po ogłoszeniu wyroku Mieczysława mówiła wprost: − Nie ukrywam, że gdyby w Polsce była możliwa kara śmierci, to wolałabym, żeby właśnie taki wyrok usłyszał zabójca mojej córki i wnuka. Ten człowiek powinien spędzić resztę życia w klatce, w której codziennie gryzłyby go wilki. Wtedy czułby to, co czuła moja córka i mój wnuczek, gdy ich zabijał.
Siostra Renaty, pierwszej ofiary Artura K., również podkreślała, że żadna kara nie naprawi tego, co się wydarzyło. − Żaden wyrok nie zwróci życia żadnej z ofiar. To nieprawda, że czas leczy rany. On je zabliźnia, ale nigdy ich nie wyleczy. Będą zawsze − mówiła.
Obrońcy Artura K. złożyli apelację. Sąd Apelacyjny utrzymał jednak wyrok. Sędzia Zbigniew Karpiński, cytowany przez dziennikarza „Gazety Stołecznej”, podsumował sprawę słowami: − Okrutne i drastyczne okoliczności tego zabójstwa mówią jedno: mamy do czynienia z bardzo złym człowiekiem.