W piątek, 14 sierpnia, na warszawskiej Białołęce Monika Horna-Cieślak zobaczyła kobietę z dwójką małych dzieci. Według relacji rzeczniczki praw dziecka matka szarpała kilkuletniego syna i krzyczała na niego. Miała nawet nazywać chłopca słowem na k. Horna-Cieślak zareagowała, zwracając kobiecie uwagę. Wywiązała się awantura, a matka zaczęła wyzywać również rzeczniczkę. Kobieta przedstawiła jednak zupełnie inną wersję wydarzeń. Tłumaczyła, że syn nie posłuchał jej i wbiegł w zatoczkę autobusową. Przestraszona gwałtownie złapała go za rękę i krzyknęła, próbując uchronić dziecko przed potrąceniem.
Rzeczniczka zawiadomiła policję, poszła za rodziną w kierunku bloku, robiła zdjęcia i nagrywała. Jak wskazuje Wirtualna Polska, słowa, które matka miała wcześniej kierować do dziecka, nie zostały utrwalone. W tej kwestii pozostaje relacja Horny-Cieślak. Policjanci sprawdzili sytuację w mieszkaniu, ale nie stwierdzili bezpośredniego zagrożenia dla dzieci. Podobnego zdania był kurator, który następnego dnia odwiedził rodzinę. Sprawa jednak na tym się nie skończyła.
15 sierpnia, w świąteczną sobotę, w Komendzie Stołecznej Policji zorganizowano specjalne spotkanie z udziałem rzeczniczki i wysokich rangą funkcjonariuszy. Jeszcze tego samego dnia policjantka wydała wobec matki i jej partnera nakaz opuszczenia wspólnie zajmowanego mieszkania oraz zakaz zbliżania się do dzieci. W praktyce oznaczało to rozdzielenie rodziny. Ponieważ nie udało się w tak krótkim czasie znaleźć nikogo, kto mógłby zapewnić maluchom opiekę w domu, trzyletnia dziewczynka i czteroletni chłopiec zostali zabrani przez policjantów. Najpierw trafili do szpitala na badania, a następnie, około pierwszej w nocy, do placówki opiekuńczo-wychowawczej.
17 sierpnia sprawą zajął się Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi-Północ. Nakazał natychmiastowy powrót dzieci do rodziców. W uzasadnieniu ostro skrytykował działania służb, wskazując, że mogły one nosić znamiona przemocy instytucjonalnej. Sąd zwrócił uwagę, że podczas kontroli dzieci były zadbane, nie miały widocznych obrażeń, a rodzice byli trzeźwi. W domu znajdowało się jedzenie, a przeszukanie z udziałem psa nie wykazało obecności narkotyków. Za absurdalny uznano argument dotyczący dwóch butelek piwa znalezionych w mieszkaniu.
Gdy we wrześniu historię ujawnił portal Zero.pl, w Polsce wybuchła burza. Pojawiły się oskarżenia, że rzeczniczka wykorzystała swoje stanowisko, bo poczuła się urażona zachowaniem matki. Politycy domagali się jej dymisji. Z drugiej strony sama Horna-Cieślak przekonywała, że reagowała na przemoc i działała w obronie dzieci. Kto miał rację? Najnowszy reportaż Michała Janczury z Wirtualnej Polski nie rozstrzyga tego sporu, ale ujawnia fakty, których dotychczas brakowało w publicznej dyskusji. Okazuje się, że rodzina od ponad dwóch lat znajdowała się pod nadzorem różnych instytucji, a sygnały o jej problemach pojawiały się na długo przed spotkaniem z rzeczniczką.
Dwie Niebieskie Karty, awantury i mieszkanie pełne robactwa
Historia zaczyna się w 2024 r. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Żoliborza miał wówczas poważne zastrzeżenia dotyczące sytuacji dzieci i metod wychowawczych stosowanych przez matkę. Ograniczono jej władzę rodzicielską, ustanawiając nadzór kuratora. Oznaczało to, że dzieci pozostały z matką, ale rodzina podlegała kontroli sądu i kuratora. W kwietniu 2025 r. zespół interdyscyplinarny na Bielanach, zajmujący się przeciwdziałaniem przemocy domowej, zawiadomił policję o niepokojącej sytuacji rodziny. Pomoc społeczna wszczęła procedurę Niebieskiej Karty. Jako osobę podejrzewaną o stosowanie przemocy wobec dzieci wskazano matkę.
To ważne ustalenie, ponieważ kobieta w późniejszym wywiadzie dla Kanału Zero przekonywała, że Niebieska Karta została założona wyłącznie z powodu złych warunków mieszkaniowych. Dokumenty, do których dotarła WP, wskazują jednak również na podejrzenie przemocy. Same warunki mieszkaniowe rzeczywiście były fatalne. W lokalu babci, gdzie przebywały dzieci, znajdowały się pluskwy, karaluchy i prusaki. Matce proponowano pomoc i możliwość zamieszkania z dziećmi w schronieniu. Nie zdecydowała się z niej skorzystać.
Kilka miesięcy później policję zawiadomiono o kolejnej awanturze. Partner matki miał zachowywać się agresywnie, gdy w mieszkaniu przebywały małe dzieci. Mężczyzna opuścił lokal, kiedy dowiedział się, że jedzie patrol. W dokumentach pojawiła się również druga Niebieska Karta, w której to on został wskazany jako osoba podejrzewana o przemoc. Według kuratorów para wielokrotnie rozstawała się i wracała do siebie. Mężczyzna miał negatywny wpływ na kobietę, a ich wspólne przebywanie prowadziło do konfliktów. Osobą stabilizującą sytuację była babcia dzieci, choć warunki panujące w jej mieszkaniu także były nieodpowiednie.
Dziennikarz WP ustalił ponadto, że partner kobiety miał zachowywać się agresywnie nawet wobec kuratora społecznego. Choć twierdził, że nie był wcześniej karany, w rzeczywistości miał za sobą wyrok za rozbój. W dokumentach znalazła się również informacja o jego wcześniejszym zatrzymaniu w związku z posiadaniem środków odurzających. Podczas sierpniowego przeszukania mieszkania policjanci znaleźli fifkę, ale nie ujawnili narkotyków. Testy obojga dorosłych dały wyniki negatywne.
Były też niepokojące sygnały dotyczące zdrowia dzieci. Według WP miały one niską masę ciała i wymagały opieki specjalistów. Przynajmniej jednego z zaleconych badań do sierpnia nie wykonano. Janczura dotarł także do informacji, że brat matki chciał zostać rodziną zastępczą dla dwójki dzieci. Sąd nie wyraził zgody, ponieważ mężczyzna mieszkał w tym samym lokalu co rodzina. Uznano, że taka zmiana nie poprawiłaby rzeczywistej sytuacji maluchów.
Żadna z tych informacji osobno nie przesądza, że dzieci należało odebrać rodzicom. Niebieska Karta nie oznacza przecież udowodnienia przemocy. Ale wszystkie razem pokazują, dlaczego rodzina od dawna budziła zainteresowanie służb.
Sąd ostrzegał cztery miesiące przed interwencją
Jeszcze bardziej niepokojące są wydarzenia z 2026 r. Jak ustaliła WP, już w kwietniu sąd rodzinny zwrócił się do policji o wzmożenie nadzoru nad rodziną. W piśmie alarmowano o „wysoce niepokojącej sytuacji małoletnich” i wskazywano na konieczność gotowości do interwencyjnego odebrania dzieci. Cztery miesiące przed spotkaniem matki z Horną-Cieślak sąd brał więc pod uwagę możliwość zastosowania tak radykalnego środka.
Tymczasem rodzina przeprowadziła się z Bielan na Białołękę. Zaczęły zajmować się nią inne instytucje, a dokumentacja i wiedza o wcześniejszych problemach były rozproszone. Według jednej z notatek matka miała nawet podać nieprawdziwy adres pobytu. Przez pewien czas służby nie mogły ustalić, gdzie przebywa wraz z dziećmi.
23 lipca sąd na Żoliborzu ponownie oceniał sytuację rodziny. Nie zdecydował o odebraniu dzieci. Utrzymał jednak ograniczenie władzy rodzicielskiej poprzez nadzór kuratora i zobowiązał rodziców do współpracy z asystentem rodziny oraz udziału w zajęciach poprawiających umiejętności wychowawcze. Dzień później, 24 lipca, do mieszkania na Białołęce przyszli policjanci. Sprawdzali warunki, w jakich przebywają dzieci. Informacje przekazano miejscowemu zespołowi interdyscyplinarnemu. Z kolei 7 sierpnia, jeszcze przed interwencją Horny-Cieślak, komisariat na Białołęce skierował do wydziału zajmującego się nieletnimi informację o dzieciach doznających przemocy domowej i prośbę o wgląd w sytuację rodzinną.
W tym czasie rodziną zajmowały się już dwa sądy, kuratorzy z różnych rejonów, kilka jednostek policji, ośrodki pomocy społecznej i zespoły interdyscyplinarne. Każda instytucja dysponowała określonymi informacjami, ale ich przekazywanie nie przebiegało sprawnie.
— Nikt tego nie ogarnia w jedną całość. Wystarczyło przejechać na drugą stronę Wisły — mówi Michał Janczura z Wirtualnej Polski.
Policyjne błędy wyszły na jaw podczas spotkania
Kulminacja nastąpiła 15 sierpnia. Na spotkaniu w Komendzie Stołecznej Policji, zainicjowanym przez Horną-Cieślak, pojawili się przedstawiciele jej biura, zastępca komendanta stołecznego, kierownictwo jednostek policji i przedstawiciel pomocy społecznej. Kontaktowano się również z kuratorami. Rzeczniczka przedstawiła zgromadzoną dokumentację: wcześniejsze zgłoszenia, Niebieskie Karty, historię interwencji, informacje o partnerze matki i problemach ze współpracą dorosłych ze służbami.
Właśnie wtedy, jak ustaliła WP, ujawniono poważne braki w dokumentacji działań policji na Bielanach. Nie było potwierdzenia, że dzielnicowy uczestniczył w posiedzeniach grupy zajmującej się przemocą domową. Brakowało wymaganych notatek z czynności i potwierdzeń przekazywania informacji innym instytucjom. Nie udokumentowano również prawidłowo informacji o zmianie miejsca zamieszkania rodziny. Co szczególnie ważne, podczas interwencji w styczniu 2026 r. w policyjnym kwestionariuszu nie zaznaczono istotnego czynnika ryzyka: wieku dzieci od zera do sześciu lat. A przecież w tym przypadku chodziło właśnie o kilkulatki. Po sierpniowym spotkaniu wszczęto wewnętrzne postępowanie wyjaśniające.
Policjanci ponownie ocenili zagrożenie, wypełniając odpowiedni kwestionariusz, a uprawniona funkcjonariuszka wydała wobec matki i jej partnera nakazy oraz zakazy, które doprowadziły do umieszczenia dzieci w placówce. Nie wiadomo jednak, co dokładnie przesądziło o takiej decyzji. Michał Janczura nie dotarł do wypełnionego formularza. Wiadomo natomiast, że wcześniej policja, kurator i sąd nie stwierdzili konieczności natychmiastowego rozdzielenia rodziny.
To wszystko działo się w długi weekend, kiedy dostęp do pomocy społecznej był utrudniony. Według WP podczas sobotniego spotkania przedstawicielka OPS próbowała bezskutecznie skontaktować się ze swoją przełożoną. W tym samym czasie policja dysponowała środkami pozwalającymi na natychmiastowe odizolowanie rodziców od dzieci.
— Najtwardsze narzędzia działają o każdej porze, a miękkie, pomocowe, tylko w godzinach pracy — zauważa Janczura.
Czy podczas spotkania wreszcie zebrano informacje pozwalające prawidłowo ocenić zagrożenie, czy zastosowano środki nieproporcjonalne do sytuacji? Sąd opowiedział się za drugą oceną. Dokumenty ujawnione przez WP pokazują jednak, że historia rodziny była znacznie bardziej skomplikowana, niż wynikało z pierwszych doniesień.
— Jedni mogli niedowozić latami, inni przesadzili w tej jednej chwili — podsumowuje dziennikarz.
Kamilek z Częstochowy. System już raz zawiódł tragicznie
Historia z Białołęki przypomina o dramacie ośmioletniego Kamilka z Częstochowy, który w 2023 r. zmarł po brutalnym pobiciu przez ojczyma. W jego sprawie również wiele instytucji miało kontakt z rodziną, ale nie zapewniono dziecku skutecznej ochrony. W lutym 2025 r. zespół ekspertów działający przy Ministerstwie Sprawiedliwości przedstawił raport dotyczący tej tragedii. Wśród problemów wskazano brak sprawnego przepływu informacji między kuratorami a sądami, opóźnienia w przekazywaniu spraw po przeprowadzkach i brak całościowej oceny sytuacji rodziny. To ten sam rodzaj problemów, który powraca w sprawie z Białołęki, choć nie oznacza to, że sytuacja dzieci w obu rodzinach była podobna.
Po tragedii Kamilka zadawano pytania, dlaczego nikt nie zareagował na czas. Historia z Białołęki pokazuje drugą stronę problemu: co, jeśli instytucje nie dysponują pełnymi informacjami, a podejmują decyzję o odebraniu dzieci rodzinie? W tej sprawie bezpośrednio zaangażowała się sama rzeczniczka praw dziecka, a mimo to ujawniono poważne problemy z dokumentacją i współpracą służb. Jeśli takie trudności wystąpiły w sprawie, którą zajmowały się najwyższe rangą osoby odpowiedzialne za ochronę dzieci, to jak wygląda sytuacja w setkach innych rodzin, nad którymi nie pochyla się kierownictwo policji?
Dokumenty ujawnione przez WP pokazują, jak bardzo potrzebny jest system, w którym policja, sądy, kuratorzy i pomoc społeczna mają dostęp do pełnego obrazu sytuacji dzieci i sprawnie ze sobą współpracują. Bez tego ryzykujemy dwa dramatyczne scenariusze. Pozostawienie dziecka w rodzinie, w której rzeczywiście doświadcza przemocy, może oznaczać dalsze cierpienie, zagrożenie zdrowia, a nawet życia. Z kolei pochopne odebranie go rodzicom, bez dostatecznych podstaw, może być dla małego dziecka traumą, która pozostawi ślad na lata. W obu przypadkach to najmłodsi ponoszą konsekwencje błędów dorosłych i chaosu instytucji, które miały ich chronić.