Masz dla nas temat, który warto nagłośnić? A może sprawę, która wymaga naszej interwencji lub pomocy? Zachęcamy do kontaktu! Autor materiału czeka na wiadomości pod adresem: [email protected].
Polana nad Wisłą pod Mostem Świętokrzyskim - to tutaj od dwóch lat mieszka sześć osób. Ich obozowisko znajduje się na terenie objętym ochroną Natura 2000. Z jednej strony rzeka, z drugiej miasto − bulwary, ścieżki rowerowe i restauracje. I przepiękna panorama stolicy.
− Dajemy radę. Jesteśmy tu już dwa lata − mówi Paweł (40 l.), który wychodzi z namiotu i przysiada na skrzynce. − Różni ludzie do nas przychodzili, zagadywali, czasem coś pomogli. Na co dzień korzystamy z jadłodajni albo z fundacji „Daj Herbatę”. Kolega łapie jakieś prace dorywcze. Wie pan, jak to jest. Człowiek kombinuje, żeby przeżyć − mówi.
W ich namiotach są turystyczne kuchenki gazowe, materace i koce. Wszystko to, co pozwala przetrwać noc.
− Najgorsza była ostatnia zima − przyznaje Paweł. − Mróz w namiocie potrafi człowieka wykończyć. Ale daliśmy radę. Mieliśmy kuchenki gazowe, trochę dogrzewaliśmy namiot. Rano wstawaliśmy, odpalaliśmy gaz, żeby się ogrzać i dopiero wychodziliśmy. Inaczej się nie dało − dodaje.
„Tutaj jest w miarę spokojnie”
W jednym z namiotów mieszka też Agnieszka (41 l.). − Oprócz fundacji „Daj Herbatę” jest jeszcze „Serce Miasta”. Tylko dla kobiet. Tam chodzę − opowiada. − Można się wykąpać, zrobić pranie, ogarnąć się trochę jak człowiek. Dzisiaj na przykład będę tam farbowała włosy − tłumaczy z uśmiechem na twarzy. Drobiazg? − Niby tak, ale dla nas to naprawdę dużo znaczy − dodaje.
Miejsce, w którym mieszkają, jest stosunkowo spokojne.
− Policja przyjeżdża regularnie. Sprawdzają, czy ktoś nie zamarzł, czy wszystko w porządku. Spiszą PESEL i jadą dalej − mówi Agnieszka. − Straż miejska zimą przyjeżdżała codziennie, czasem nawet dwa razy dziennie. Teraz już rzadziej, bo zrobiło się cieplej − mówi dalej.
Kobieta w kryzysie bezdomności żyje od 15 lat. − Wie pan… nikt mi mieszkania tak po prostu nie da. Starałam się o lokal w 2015 roku. Jestem ze Śródmieścia. Ale nikt nie chciał mnie zatrudnić na umowę, żebym miała jakąkolwiek szansę na mieszkanie − tłumaczy. A jej historia zaczęła się od reprywatyzacji. − Pochodzę z kamienicy przy Noakowskiego 16. Reprywatyzowanej. Teraz są tam piękne apartamenty, stare przedwojenne mieszkania. Luksus. A ja wylądowałam tutaj − podsumowuje.
„W nocy potrafię zarobić 300 zł”
W dzień w obozowisku jest cicho. Część mieszkańców wychodzi do miasta, po jedzenie, do pracy dorywczej, do punktów pomocowych. − Jeśli ktoś naprawdę chce, to nawet będąc bezdomnym da sobie radę − mówi Paweł. − Nie będzie głodny. Trzeba tylko ruszyć się i coś robić − jak dodaje, sam zbiera puszki i butelki zwrotne.
− Na przykład na bulwarach. Ludzie wyrzucają je do kosza. W nocy potrafię zarobić nawet 300 zł. Idę tam na dwie, trzy godziny i zbieram − mówi.
Czasem jednak pomagają im też inni. − Mamy jednego pana, który nam pomaga. Sam kiedyś był bezdomny. Teraz przywozi nam jedzenie. Całe kartony słoików, gołąbki, flaki, różne rzeczy. Trzydzieści słoików potrafi nawet przywieźć. Starcza na tydzień − tłumaczy.
i
Kucharz z namiotu
W obozowisku mieszka też Zbyszek (40 l.), który pokazuje swój namiot. W środku stoi turystyczna kuchenka, plastikowe skrzynki z jedzeniem i mała półka z przyprawami. − Napisałem książkę kucharską − mówi bez wahania. − Są tam przepisy, których się uczyłem przez lata. Trochę je zmieniłem, dopracowałem − dodaje z widoczną pewnością na twarzy.
Książka sprzedała się w ponad tysiącu egzemplarzy. − Ale… nie udało mi się wyjść z alkoholizmu. Poleciałem − jak przyznaje, teraz próbuje ograniczać. − Nie piję już tak, żeby się stoczyć. Czasem jakieś piwo się wypije. Był pomysł na drugą książkę, ale już nie wyszło − dodaje.
Z zawodu jest cukiernikiem. − Mam papiery, badania sanepidowskie. Dzięki fundacji je zrobiłem. Mógłbym pracować dalej − mówi.
Zdarza się, że pracuje dorywczo. − W niedzielę idziemy na przykład na ochronę meczu Legii. Postoimy kilka godzin, zawsze coś wpadnie. Czasem pomogę w Żabce rozłożyć towar. Raz ktoś mi załatwił robotę na parkingu przy Expo − wylicza. Ale powrót do normalnej pracy nie jest prosty.
− Praca to też dach nad głową. Pokój, mieszkanie, cokolwiek. A z namiotu ciężko rano wstać i iść normalnie do roboty − podsumowuje.
„Na ulicy jest wolność”
Zbyszek mówi też o czymś, co w rozmowach z osobami w kryzysie bezdomności pojawia się często, o wolności. − Miałem propozycję leczenia zamkniętego. Po takim leczeniu pomagają z pracą i mieszkaniem. Znam ludzi, którym miasto pomogło. Ale wielu ucieka z takich miejsc − mówi.
Dlaczego?
− Bo na ulicy jest paradoksalnie wolność. Robisz, co chcesz. Idziesz, gdzie chcesz. Nikt ci nie mówi, co masz robić − mówi Zbyszek.
Najtrudniejszy jest jednak jeden czas w roku. − Najważniejsze to przeżyć zimę − mówi. Temperatura nad rzeką potrafi spaść do minus 25 stopni. − Przy minus pięciu to ja już w krótkim rękawku chodzę. Człowiek się przyzwyczaja. Hartuje − śmieje się Zbyszek.
„Człowiek się uczy tak żyć”
Mieszkańcy obozowiska mają swoją codzienną rutynę. − My jesteśmy już tak zorganizowani, że wiemy, gdzie co załatwić. Gdzie zjeść, gdzie się umyć, gdzie zrobić pranie − mówi Zbyszek. Jeśli uda się coś zarobić, kupują gaz do kuchenki i gotują.
− Drewno się zbierze. Pranie robimy sami, bo już jest ciepło. Są też miejskie łaźnie. Od dziewiątej do dziewiętnastej można się wykąpać. Na pranie trzeba się zapisać w poniedziałek − dostaje się termin i godzinę − mówi dalej.
Miejsce, gdzie można po prostu przyjść
Wiele osób z obozowiska korzysta z pomocy fundacji „Daj Herbatę”.
− To miejsce działa trochę jak świetlica − mówi Anna, pracownik socjalny fundacji. − Jesteśmy otwarci od 9 do 14. Można tu przyjść nawet pod wpływem alkoholu, ale nie wolno tutaj pić. Osoby w kryzysie bezdomności mogą tu zjeść śniadanie i obiad, wykąpać się, zrobić pranie, poczytać książkę czy porozmawiać. Nie zmuszamy nikogo do opowiadania swojej historii. Jeśli ktoś potrzebuje głębszej pomocy, wtedy rozmawiamy − tłumaczy Anna.
Czasem udaje się pomóc komuś wyjść z kryzysu.
− Niedawno była u nas kobieta w ciąży. Ona i jej partner trafili do hostelu interwencyjnego. Partner szybko znalazł pracę jako ochroniarz. Teraz są w trakcie wynajmowania mieszkania − dodaje.
Mimo wszystkich trudności, obozowisko przy Moście Świętokrzyskim nie jest tylko miejscem przetrwania. To również przestrzeń, w której rodzą się więzi i drobne radości. Paweł, Agnieszka i Zbyszek codziennie uczą się współistnieć w tym nietypowym „domu”, dzieląc obowiązki, wspierając się nawzajem i korzystając z każdej okazji, by poczuć choć odrobinę normalności.
− Człowiek się uczy tak żyć − mówi Zbyszek.
Obok codziennej walki o ciepło, jedzenie i bezpieczeństwo, obozowisko staje się miejscem, w którym człowiek może po prostu być − w swoim tempie, na swój sposób, w cieniu mostu, między rzeką a miastem, znajdując sens w drobnych gestach życia.