Żyją na ulicy w centrum Warszawy. Paweł, Agnieszka i Zbyszek to bezdomni. „Człowiek się uczy tak żyć”

2026-03-23 6:54

Nad Wisłą, kilka minut spacerem od mostu Świętokrzyskiego w Warszawie, między drzewami, tam gdzie zazwyczaj pasą się dziki, stoi kilka namiotów. Wokół rozwieszone są sznurki z praniem. Kurtki, spodnie i koce. Obok stoją rowery, wózki z rzeczami, plastikowe skrzynki i garnki. Ktoś ustawił walizkę pod drzewem. Wszystko wygląda prowizorycznie, ale jednocześnie zaskakująco uporządkowanie. Postanowiliśmy odwiedzić to tajemnicze "koczowisko". Kryje się za nim zaskakująca historia.

Piotr Lis, reporter
Piotr Lis, reporter

Masz dla nas temat, który warto nagłośnić? A może sprawę, która wymaga naszej interwencji lub pomocy? Zachęcamy do kontaktu! Autor materiału czeka na wiadomości pod adresem: [email protected].

Polana nad Wisłą pod Mostem Świętokrzyskim - to tutaj od dwóch lat mieszka sześć osób. Ich obozowisko znajduje się na terenie objętym ochroną Natura 2000. Z jednej strony rzeka, z drugiej miasto − bulwary, ścieżki rowerowe i restauracje. I przepiękna panorama stolicy.

Dajemy radę. Jesteśmy tu już dwa lata − mówi Paweł (40 l.), który wychodzi z namiotu i przysiada na skrzynce. − Różni ludzie do nas przychodzili, zagadywali, czasem coś pomogli. Na co dzień korzystamy z jadłodajni albo z fundacji „Daj Herbatę”. Kolega łapie jakieś prace dorywcze. Wie pan, jak to jest. Człowiek kombinuje, żeby przeżyć − mówi.

W ich namiotach są turystyczne kuchenki gazowe, materace i koce. Wszystko to, co pozwala przetrwać noc.

Najgorsza była ostatnia zima − przyznaje Paweł. − Mróz w namiocie potrafi człowieka wykończyć. Ale daliśmy radę. Mieliśmy kuchenki gazowe, trochę dogrzewaliśmy namiot. Rano wstawaliśmy, odpalaliśmy gaz, żeby się ogrzać i dopiero wychodziliśmy. Inaczej się nie dało − dodaje.

„Tutaj jest w miarę spokojnie”

W jednym z namiotów mieszka też Agnieszka (41 l.). − Oprócz fundacji „Daj Herbatę” jest jeszcze „Serce Miasta”. Tylko dla kobiet. Tam chodzę − opowiada. − Można się wykąpać, zrobić pranie, ogarnąć się trochę jak człowiek. Dzisiaj na przykład będę tam farbowała włosy − tłumaczy z uśmiechem na twarzy. Drobiazg? − Niby tak, ale dla nas to naprawdę dużo znaczy − dodaje.

Miejsce, w którym mieszkają, jest stosunkowo spokojne.

Policja przyjeżdża regularnie. Sprawdzają, czy ktoś nie zamarzł, czy wszystko w porządku. Spiszą PESEL i jadą dalej − mówi Agnieszka. − Straż miejska zimą przyjeżdżała codziennie, czasem nawet dwa razy dziennie. Teraz już rzadziej, bo zrobiło się cieplej − mówi dalej.

Kobieta w kryzysie bezdomności żyje od 15 lat. − Wie pan… nikt mi mieszkania tak po prostu nie da. Starałam się o lokal w 2015 roku. Jestem ze Śródmieścia. Ale nikt nie chciał mnie zatrudnić na umowę, żebym miała jakąkolwiek szansę na mieszkanie − tłumaczy. A jej historia zaczęła się od reprywatyzacji. − Pochodzę z kamienicy przy Noakowskiego 16. Reprywatyzowanej. Teraz są tam piękne apartamenty, stare przedwojenne mieszkania. Luksus. A ja wylądowałam tutaj − podsumowuje.

„W nocy potrafię zarobić 300 zł”

W dzień w obozowisku jest cicho. Część mieszkańców wychodzi do miasta, po jedzenie, do pracy dorywczej, do punktów pomocowych. − Jeśli ktoś naprawdę chce, to nawet będąc bezdomnym da sobie radę − mówi Paweł. − Nie będzie głodny. Trzeba tylko ruszyć się i coś robić − jak dodaje, sam zbiera puszki i butelki zwrotne.

Na przykład na bulwarach. Ludzie wyrzucają je do kosza. W nocy potrafię zarobić nawet 300 zł. Idę tam na dwie, trzy godziny i zbieram − mówi.

Czasem jednak pomagają im też inni. − Mamy jednego pana, który nam pomaga. Sam kiedyś był bezdomny. Teraz przywozi nam jedzenie. Całe kartony słoików, gołąbki, flaki, różne rzeczy. Trzydzieści słoików potrafi nawet przywieźć. Starcza na tydzień − tłumaczy.

Ich dom to namiot w rezerwacie. Jak Paweł, Agnieszka i Zbyszek zorganizowali życie w cieniu mostu?

i

Autor: Piotr Lis

Kucharz z namiotu

W obozowisku mieszka też Zbyszek (40 l.), który pokazuje swój namiot. W środku stoi turystyczna kuchenka, plastikowe skrzynki z jedzeniem i mała półka z przyprawami. − Napisałem książkę kucharską − mówi bez wahania. − Są tam przepisy, których się uczyłem przez lata. Trochę je zmieniłem, dopracowałem − dodaje z widoczną pewnością na twarzy.

Książka sprzedała się w ponad tysiącu egzemplarzy. − Ale… nie udało mi się wyjść z alkoholizmu. Poleciałem − jak przyznaje, teraz próbuje ograniczać. − Nie piję już tak, żeby się stoczyć. Czasem jakieś piwo się wypije. Był pomysł na drugą książkę, ale już nie wyszło − dodaje.

Z zawodu jest cukiernikiem. − Mam papiery, badania sanepidowskie. Dzięki fundacji je zrobiłem. Mógłbym pracować dalej − mówi.

Zdarza się, że pracuje dorywczo. − W niedzielę idziemy na przykład na ochronę meczu Legii. Postoimy kilka godzin, zawsze coś wpadnie. Czasem pomogę w Żabce rozłożyć towar. Raz ktoś mi załatwił robotę na parkingu przy Expo − wylicza. Ale powrót do normalnej pracy nie jest prosty.

Praca to też dach nad głową. Pokój, mieszkanie, cokolwiek. A z namiotu ciężko rano wstać i iść normalnie do roboty − podsumowuje.

„Na ulicy jest wolność”

Zbyszek mówi też o czymś, co w rozmowach z osobami w kryzysie bezdomności pojawia się często, o wolności. − Miałem propozycję leczenia zamkniętego. Po takim leczeniu pomagają z pracą i mieszkaniem. Znam ludzi, którym miasto pomogło. Ale wielu ucieka z takich miejsc − mówi.

Dlaczego? 

− Bo na ulicy jest paradoksalnie wolność. Robisz, co chcesz. Idziesz, gdzie chcesz. Nikt ci nie mówi, co masz robić − mówi Zbyszek.

Najtrudniejszy jest jednak jeden czas w roku. − Najważniejsze to przeżyć zimę − mówi. Temperatura nad rzeką potrafi spaść do minus 25 stopni. − Przy minus pięciu to ja już w krótkim rękawku chodzę. Człowiek się przyzwyczaja. Hartuje − śmieje się Zbyszek.

„Człowiek się uczy tak żyć”

Mieszkańcy obozowiska mają swoją codzienną rutynę. − My jesteśmy już tak zorganizowani, że wiemy, gdzie co załatwić. Gdzie zjeść, gdzie się umyć, gdzie zrobić pranie − mówi Zbyszek. Jeśli uda się coś zarobić, kupują gaz do kuchenki i gotują.

Drewno się zbierze. Pranie robimy sami, bo już jest ciepło. Są też miejskie łaźnie. Od dziewiątej do dziewiętnastej można się wykąpać. Na pranie trzeba się zapisać w poniedziałek − dostaje się termin i godzinę − mówi dalej.

Miejsce, gdzie można po prostu przyjść

Wiele osób z obozowiska korzysta z pomocy fundacji „Daj Herbatę”.

To miejsce działa trochę jak świetlica − mówi Anna, pracownik socjalny fundacji. − Jesteśmy otwarci od 9 do 14. Można tu przyjść nawet pod wpływem alkoholu, ale nie wolno tutaj pić. Osoby w kryzysie bezdomności mogą tu zjeść śniadanie i obiad, wykąpać się, zrobić pranie, poczytać książkę czy porozmawiać. Nie zmuszamy nikogo do opowiadania swojej historii. Jeśli ktoś potrzebuje głębszej pomocy, wtedy rozmawiamy − tłumaczy Anna.

Czasem udaje się pomóc komuś wyjść z kryzysu.

Niedawno była u nas kobieta w ciąży. Ona i jej partner trafili do hostelu interwencyjnego. Partner szybko znalazł pracę jako ochroniarz. Teraz są w trakcie wynajmowania mieszkania − dodaje.

Mimo wszystkich trudności, obozowisko przy Moście Świętokrzyskim nie jest tylko miejscem przetrwania. To również przestrzeń, w której rodzą się więzi i drobne radości. Paweł, Agnieszka i Zbyszek codziennie uczą się współistnieć w tym nietypowym „domu”, dzieląc obowiązki, wspierając się nawzajem i korzystając z każdej okazji, by poczuć choć odrobinę normalności.

Człowiek się uczy tak żyć − mówi Zbyszek.

Obok codziennej walki o ciepło, jedzenie i bezpieczeństwo, obozowisko staje się miejscem, w którym człowiek może po prostu być − w swoim tempie, na swój sposób, w cieniu mostu, między rzeką a miastem, znajdując sens w drobnych gestach życia.

Sonda
Czy pomagasz bezdomnym?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki