"Czerwone światło" w Polsce bolało Violettę Villas najbardziej. Jednego nie potrafiono jej wybaczyć

Powrót do domu miał być dla Violetty Villas ukoronowaniem jej światowej kariery. Zamiast czerwonych dywanów czekała na nią jednak ściana chłodu i zawodowej zawiści. Największą cenę za swój niezwykły talent zapłaciła nie na scenach Las Vegas, ale w ojczyźnie, która wolała o niej zapomnieć.

Nieudane małżeństwa Violetty Villas. Historiaz Koprem

Z Las Vegas prosto w pustkę

Kiedy Violetta Villas wróciła do Polski, powinny czekać na nią czerwone dywany i otwarte ramiona. W końcu była kimś więcej niż piosenkarką – była fenomenem. Kobietą, która z małego Lewina Kłodzkiego trafiła na sceny Las Vegas, gdzie sam Frank Sinatra miał wstawać, gdy śpiewała. Amerykańska prasa okrzyknęła ją "głosem ery atomowej". Wróciła jednak nie jako bohaterka, ale jako osoba naznaczona ciężarem sukcesu i pierwszymi załamaniami. Ojczyzna, która mogła być dla niej ratunkiem, okazała się chłodnym, obcym miejscem, niegotowym na jej talent i sceniczną osobowość.

Cisza zamiast oklasków. Villas zderzyła się ze ścianą milczenia

Zamiast propozycji nowych nagrań i tras koncertowych, Villas zderzyła się ze ścianą milczenia. Jej sukces, zamiast inspirować, budził zawiść. Środowisko artystyczne, które powinno ją docenić, odwróciło się od niej, zostawiając ją w zawodowej próżni. Wspominał o tym po latach jej menedżer, Zbigniew Rabiński, który bez ogródek mówił o powodach tej izolacji.

Dla niej nie pisano, nie komponowano, zazdrość i zawiść ludzka powodowała to, że ona była izolowana

– tłumaczył. Gwiazda światowego formatu, dysponująca niezwykłym głosem, została skazana na odcinanie kuponów od dawnej sławy, bo nikt nie chciał dać jej szansy na artystyczny rozwój w kraju.

Villas miała "w Polsce czerwone światło"

Artystka doskonale zdawała sobie sprawę z muru, który wokół niej wyrósł. To poczucie odrzucenia stało się jej obsesją i refrenem powtarzanym w prywatnych rozmowach. "Ona ciągle powtarzała, że w Polsce ma czerwone światło. To była prawda" – potwierdzał Rabiński. Ten zawodowy ostracyzm pchnął ją w jeszcze głębszą samotność i pogłębił problemy, które przywiozła ze Stanów. Brak nowych piosenek i zaproszeń do programów telewizyjnych sprawił, że powoli znikała z życia publicznego. Coraz częściej szukała ucieczki w alkoholu, który z czasem stał się jej jedynym towarzyszem, gdy gasły światła sceny, a telefon uparcie milczał.

Ostatnie pożegnanie, którego nie było

Najbardziej bolesny dowód na to, jak potraktowała ją polska estrada, przyszedł jednak po jej śmierci. Gdy w 2011 roku media obiegła informacja o tragicznym końcu diwy, na jej pogrzebie zabrakło tych, z którymi przez lata dzieliła scenę. Ta nieobecność była symbolicznym domknięciem historii jej odrzucenia.

Nikt ze znaczących artystów sceny polskiej nie był na jej pogrzebie. Nie było Santor, nie było Przybylskiej, Koterbskiej, Kunickiej, nie było Połomskiego

– wyliczał z żalem Rabiński. Chłód, który otaczał ją za życia, nie zniknął nawet w chwili jej ostatniego pożegnania, stając się gorzkim podsumowaniem losu artystki, którą oklaskiwał świat, a której własny kraj nie potrafił ofiarować niczego poza samotnością.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki