Maja Ostaszewska znalazła się w centrum wizerunkowej burzy po tym, jak w sieci zaczęto szeroko komentować jej udział w kampanii marki Gino Rossi. Dla części odbiorców problem nie polegał nawet na samej sesji zdjęciowej, tylko na wyraźnym zgrzycie między reklamową współpracą a aktywizmem, z którym aktorka jest od lat mocno kojarzona. W mediach społecznościowych szybko pojawiły się głosy, że osoba tak wyraźnie wspierająca prawa zwierząt nie powinna firmować wizerunkiem marki mającej w ofercie galanterię ze skóry naturalnej. W tle nie było więc zwykłego czepiania się celebrytki, ale pytanie o to, gdzie dziś dla gwiazd kończy się deklaracja wartości, a zaczyna reklamowy kompromis.
Zarzuty o hipokryzję i szybka odpowiedź Ostaszewskiej
Aktorka postanowiła odnieść się do krytyki. W odpowiedzi cytowanej przez media przekonywała, że produkty widoczne na zdjęciach nie były wykonane ze skóry zwierzęcej. Zaznaczyła też, że duża część oferty marki opiera się na innych materiałach, a firma ma działać w oparciu o certyfikaty i szukać alternatyw dla skór zwierzęcych. Tyle że ta linia obrony nie przekonała wszystkich. Krytycy zwracali uwagę, że dla odbiorcy nie liczy się wyłącznie to, z czego wykonano konkretną torebkę ze zdjęcia. Równie ważne jest to, że znane nazwisko wspiera całą markę – a ta nadal sprzedaje również wyroby ze skóry naturalnej. I właśnie tu rozegrała się najważniejsza część tej dyskusji.
Maja Ostaszewska: "Nie udaję kogoś, kim nie jestem"
Na tym jednak sprawa się nie skończyła. Aktorka opublikowała później obszerniejsze wyjaśnienie, w którym przypomniała o swoim wieloletnim zaangażowaniu w działania na rzecz zwierząt i podkreśliła, że nigdy nie kreowała się na osobę całkowicie wolną od życiowych kompromisów. Wprost przyznała, że w jej szafie są także rzeczy ze skóry i że nie zamierza udawać kogoś, kim nie jest. To ważne przesunięcie akcentu. Ostaszewska postawiła więc na szczerość i próbę pokazania własnych granic. Tłumaczyła też, że dla niej kluczowe było to, w jaki sposób marka pozyskuje materiały, a nie sama obecność skóry jako takiej w oderwaniu od całego procesu produkcji.
Spór, który nie kończy się na jednej kampanii
Wizerunkowo to jednak nadal temat z gatunku tych niewygodnych. Bo nawet jeśli część odbiorców przyjmie argumenty aktorki, inni będą widzieć w tej historii klasyczny przykład napięcia między publicznymi deklaracjami a światem reklamowych kontraktów. A w show-biznesie właśnie takie pęknięcia rozchodzą się najszybciej – zwłaszcza gdy dotyczą spraw, wobec których ludzie mają bardzo wyraziste poglądy. Nie chodzi już tylko o jedną kampanię i jedną odpowiedź w komentarzach, a o to, jak bardzo celebryta może być "wystarczająco spójny", kiedy jego wizerunek od lat opiera się na wartościach, które odbiorcy traktują serio. W przypadku Mai Ostaszewskiej ta granica właśnie została publicznie przetestowana.
Polecany artykuł: