O romansie Andrzeja Łapickiego z 60 lat młodszą Kamilą mówiła cała Polska

Miał 85 lat, kiedy ożenił się z 25-letnią teatrolożką. Polska patrzyła z niedowierzaniem, media się rozpisywały, a rodzina musiała mierzyć się z pytaniami, na które nie było prostych odpowiedzi. Andrzej Łapicki, legenda sceny i dawny amant, pod koniec życia zrobił coś, co wielu uznało za skandal. On sam chciał chyba tylko jednego: jeszcze raz poczuć, że życie się nie skończyło.

Grób Andrzeja Łapickiego. Niezapomniani

Kiedy Andrzej Łapicki poślubił Kamilę Mścichowską, nie dało się o tym mówić szeptem. On miał 85 lat, ona 25. Dzieliło ich sześć dekad, kilka epok obyczajowych, całe życie doświadczeń. On był legendą teatru, człowiekiem salonów i anegdot. Ona młodą wielbicielką teatru, dopiero zaczynającą własną drogę. W zwykłej opowieści mogliby się minąć. W życiu weszli razem do... urzędu stanu cywilnego.

Dla opinii publicznej to był szok. Dla kolorowej prasy - temat idealny. Zaś dla rodziny sprawa trudna i delikatna. Dla Łapickiego być może coś zupełnie innego. Nie tyle romans, kaprys czy prowokacja, ale ostatni bunt człowieka, który przez całe życie umiał grać z dystansem. -

Cała Polska zna mój ostatni samobójczy krok, to znaczy pojęcie za żonę młodej dziewczyny. (...) Powiedziałem: narzekajcie sobie, a ja ożenię się, ponieważ nie zgadzam się na starość i co mi zrobicie. Po trzech miesiącach od głębokiego spoglądania sobie w oczy byliśmy parą. Świadomie uciekłem od starości, układając sobie życie z kobietą - mówił wprost.

Łapicki nie zgadzał się na starość

Córka aktora, Zuzanna Łapicka, po latach ujęła to najtrafniej. Mówiła, że ojciec po prostu „odrzucał starość”. To zdanie jest kluczem do całej historii. Łapicki nie chciał być odprowadzany do bocznego pokoju z bukietem wspomnień. Nie chciał roli starszego pana, któremu zostają jubileusze, laurki i powtarzanie dawnych anegdot.

A przecież miał za sobą życie, z którego można było układać legendę. Urodził się w 1924 roku w Rydze, ale wychował w Warszawie. Wojnę przeżywał jako chłopak z Batorego. Maturę zdał na tajnych kompletach, aktorstwa uczył się w podziemnym Instytucie Sztuki Teatralnej. Po wojnie wszedł na scenę i został na niej na dekady. Był aktorem, reżyserem, pedagogiem, rektorem warszawskiej szkoły teatralnej, prezesem ZASP, posłem „Solidarności”. Miał głos, styl, maniery i ironię. Miał twarz mężczyzny, który nawet zwykłą rozmowę potrafił zamienić w mały spektakl. I nagle ten człowiek miał zgodzić się, że najważniejsze już było? Że teraz wolno mu tylko wspominać?

Kamila pojawiła się w jego życiu po wielkiej stracie

Przez 57 lat Łapicki był mężem Zofii Chrząszczewskiej (+87 l.). Po jej śmierci w 2005 roku samotność musiała mieć dla niego ciężar osobnego życia. Kilka lat później pojawiła się Kamila. Młoda, inteligentna, związana z teatrem. Nie była przypadkową dziewczyną z pierwszych stron gazet, choć szybko właśnie tam trafiła. Z ich wspólnego wywiadu udzielonego „Vivie!” kształtuje się obraz relacji, która nie wyglądała jak nagłówek o skandalu, lecz jak dialog dwojga ludzi, którzy naprawdę lubią ze sobą rozmawiać. Ona pytała, on odpowiadał, żartował, ripostował, czasem odsłaniał więcej, niż pewnie planował. Gdy padło pytanie o apetyt, odpowiedział, że na jedzenie nie ma go nigdy. Ale na życie? Tu był inny ton. Mówił, że jest ono „ciekawe i smaczne”. W tym krótkim zdaniu mieści się cały Łapicki z ostatnich lat. Człowiek może być słaby, schorowany, zmęczony. Ale dopóki ma apetyt na życie, dopóty nie czuje się pokonany.

Cała Polska patrzyła im w okna

Ślub wzięli 5 czerwca 2009 roku. Od tej chwili prywatność właściwie przestała istnieć. Różnica wieku była tak wielka, że nikt nie chciał przejść nad nią obojętnie. Jedni kpili. Inni moralizowali. Jeszcze inni dopatrywali się interesu, desperacji albo próżności. Każdy miał zdanie o uczuciu, którego nie przeżywał. Łapicki, mistrz słowa, znalazł się w sytuacji, w której każde słowo mogło zostać użyte przeciwko niemu. A jednak nie schował się całkiem. Próbował obracać sprawę w żart, czasem w prowokację. Jakby mówił: skoro wszyscy oczekują, że stary człowiek ma się wycofać, ja zrobię coś odwrotnego.

Tylko że bunt przeciw starości nie zatrzymuje choroby. Nie zatrzymuje biologii. Nie zatrzymuje różnicy potrzeb. Ona była młoda, miała ambicje, pracę, własną przyszłość. On był starym mistrzem, który chciał jeszcze bliskości, uwagi, może także świata ułożonego według dawnych zasad. W tym zderzeniu było coś przejmującego: spotkały się nie tylko dwie osoby, ale dwa różne czasy.

Miłość, choroba i plotki

Z czasem wokół małżeństwa narastało coraz więcej pytań. Pisano o kryzysie, rozczarowaniach, napięciach, a po śmierci aktora także o testamencie. Ostatnie lata Łapickiego zaczęły przypominać spektakl, w którym publiczność nie czekała już na rolę, tylko na kolejną prywatną scenę. Kamila po śmierci męża mówiła, że nie dostała szansy na spokojne przeżycie tragedii. Podkreślała, że ludzie z zewnątrz nie wiedzieli, co działo się w domu i w szpitalu. Padły wtedy słowa: „Nikt nie ma prawa tego oceniać”.

To zdanie obrazuje drugą stronę tej historii. Bo łatwo było zobaczyć w niej młodą żonę wielkiego aktora i dopisać własne zakończenie. Trudniej zobaczyć kobietę, która została wdową przed trzydziestką, w samym środku plotek i rodzinnych napięć. Trudniej zobaczyć starego człowieka, który chciał jeszcze żyć po swojemu, choć ciało coraz mocniej przypominało mu, że nie wszystko zależy od woli.

Po śmierci Łapickiego przyszły pytania

Andrzej Łapicki zmarł 21 lipca 2012 roku w Warszawie. Miał 87 lat. Wtedy zaczęły się kolejne rozmowy, już bez niego. Czy Kamila odziedziczy majątek? Czy została uwzględniona w testamencie? Co naprawdę działo się za drzwiami mieszkania? Czy ta późna miłość przetrwała próbę choroby, czy była tylko ostatnim błyskiem przed ciemnością?

Najpierw pisano o mieszkaniu, antykach, tantiemach i oszczędnościach. Potem pojawiały się doniesienia, że młoda wdowa miała nie przejąć majątku po mężu. Testament stał się ostatnim rozdziałem opowieści, którą publiczność i tak próbowała czytać jak sensacyjną powieść. Tyle że Łapickiego już nie było, żeby rzucić ironiczną uwagę, zamknąć temat jednym zdaniem albo odwrócić uwagę eleganckim żartem.

Została za to książka „Łapa w łapę”, złożona z rozmów Andrzeja i Kamili. Ona wspominała, że mąż znał roboczą wersję dialogów i reagował na nie na bieżąco. Po lekturze potrafił powiedzieć: „To nam się udało, świetne!”. To drobna scena, ale bardzo ludzka. Stary aktor i młoda żona, poza fleszami, próbujący zapisać wspólny język.

Ostatnia rola dawnego amanta była najtrudniejsza

Wielka ironia tej historii polega na tym, że Łapicki przez całe życie umiał grać. Amantów, inteligentów, ludzi eleganckich, cynicznych, zabawnych, uwodzicielskich. Umiał wejść w rolę profesora, rektora, prezesa, posła, mistrza. Ale na końcu dostał rolę, której nie chciał: starego człowieka. I wtedy zrobił wszystko, żeby ją rozbić od środka. Ślub z Kamilą był dla opinii publicznej skandalem. Dla niego mógł być ostatnią próbą powiedzenia: jeszcze jestem. Jeszcze mam prawo do planów. Jeszcze mogę kochać, śmiać się, drażnić, ryzykować, zaczynać od nowa. Czy ta próba była szczęśliwa? Tego nie da się powiedzieć prosto. Na pewno była kosztowna. Dla niego, dla Kamili, dla rodziny. Ale była też bardzo ludzka. Bo za nagłówkiem o 85-latku i 25-latce stał człowiek, który bał się nie tyle śmierci, ile tego, że zanim umrze, świat uzna go już za zakończonego.

A Łapicki zakończony być nie chciał. Nawet jeśli ostatni akt jego życia bardziej przypominał burzę niż elegancki ukłon.

QUIZ. Niezapomniani. Andrzej Łapicki. Co wiecie o jednym z największym amantów polskiego kina?
Pytanie 1 z 10
Andrzej Łapicki urodził poza granicami Polski. Gdzie?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki