Niektóre historie zostają z człowiekiem na całe życie. Wracają po latach w dźwięku piosenki, w jednym obrazie, w krótkim wspomnieniu, które nagle ściska gardło. Dla Magdy Umer taką historią była relacja z Andrzejem Nardellim – aktorem, artystą i pierwszą wielką miłością, która zakończyła się tragicznie, zanim zdążyła naprawdę dojrzeć.
Przeczytaj także: Syn Magdy Umer ujawnia kulisy jej choroby. W lipcu diagnoza, w grudniu śmierć. Tak odchodziła artystka
Umer i Nardelli mieli wspólnie stanąć na scenie
Czerwiec 1972 roku. Trwały ostatnie przygotowania do festiwalu w Opolu. Wśród zapowiadanych występów znalazł się duet Magdy Umer i Andrzeja Nardellego. Mieli po raz pierwszy razem zaśpiewać utwór "O niebieskim pachnącym groszku" – piosenkę subtelną, poetycką, dokładnie taką, jacy byli oni sami.
Plany były dopięte. Umer szykowała się do wyjazdu, Nardelli wcześniej pojechał do rodziny, by pomóc przy budowie letniego domku. W upalny dzień postanowił wejść do Narwi. Chwilę później wszystko się skończyło. Spuszczana woda ze zbiornika retencyjnego utworzyła silną falę, która porwała młodego aktora. Andrzej Nardelli miał 25 lat.
Na opolskiej scenie Magda Umer wystąpiła już sama.
Zobacz także: Cichy znak miłości na grobie Magdy Umer. Ten szczegół przykuwa uwagę po pogrzebie
Szok, domysły i żałoba po śmierci Andrzeja Nardellego
Śmierć Nardellego wstrząsnęła środowiskiem artystycznym. Był wschodzącą gwiazdą, uwielbianym przez publiczność aktorem Teatru Narodowego, najmłodszym w historii odtwórcą roli Kordiana u Adama Hanuszkiewicza. Widzowie czuli, że gra "dla nich" i "o nich".
Jak to często bywa przy nagłym odejściu młodego artysty, pojawiły się spekulacje i plotki. Tymczasem dla najbliższych liczył się tylko fakt, że zginął ktoś niezwykle wrażliwy, utalentowany i pełen planów. Przed Teatrem Narodowym pojawiły się kwiaty, portrety, łzy fanek. A piosenka, która miała zabrzmieć w Opolu, nabrała zupełnie innego znaczenia.
Magda Umer po latach mówiła o tej relacji z czułością i bólem, który nigdy do końca nie zniknął. Wspominała ich wspólne podróże autobusami, naukę wierszy, uśmiech Andrzeja, który – jak podkreślała – był "najpiękniejszy na świecie". Zwracali na siebie uwagę, nie dlatego że byli gwiazdami, ale dlatego, że emanowało z nich szczęście.
Poznali się przy pracy nad telewizyjnym filmem muzycznym "Jest czy się śni". Pracowali razem także przy programach poświęconych poezji. Byli sąsiadami, partnerami scenicznymi, a z czasem kimś znacznie więcej. Choć znali się zaledwie kilka miesięcy, więź była intensywna i prawdziwa.
Nardelli miał przed sobą świetlaną przyszłość. Wszystko przekreślił wypadek
Andrzej Nardelli należał do tego samego pokolenia co Piotr Fronczewski czy Andrzej Seweryn. Zachwycał lekkością, młodzieńczą energią i autentycznością. Jednocześnie był bardzo wymagający wobec siebie. Przeżywał krytyczne recenzje, wątpił, czy jest wystarczająco dobry. Marzył o pracy z Andrzejem Wajdą.
Śpiewał poezję Norwida, ale potrafił też odnaleźć się w lżejszym repertuarze. Łączył w sobie artystyczną wrażliwość z prostotą i skromnością. Dla Magdy Umer był kimś wyjątkowym – kimś, kogo strata pozostawiła pustkę na całe życie.
Przez lata pojawiały się domysły, że Nardelli mógł być ojcem syna Magdy Umer. Sama artystka dopiero po czasie postanowiła jasno to wyjaśnić. W jednym z wywiadów podkreśliła, że znali się bardzo krótko, a ich relacja – choć niezwykle silna – została przerwana zbyt wcześnie, by mogła wejść w kolejny etap.
Nie zmieniło to jednak faktu, że jego śmierć naznaczyła ją na zawsze. Umer mówiła, że długo nie potrafiła się z niej otrząsnąć, a wspomnienia wracały falami.
Magda Umer wspominała Andrzeja w filmie
W 1993 roku Magda Umer zrealizowała film "Andrzej. Wspomnienie o Andrzeju Nardellim". Wcześniej było to dla niej zbyt bolesne.