Geniusz na boisku, drugi trener i postrach bramkarzy
Na boisku był fenomenem, artystą i drugim trenerem w jednym. Choć Kazimierz Deyna grał jako pomocnik, widział wszystko, jakby miał oczy dookoła głowy. Potrafił jednym podaniem zmienić losy meczu i nadać grze rytm, którego nie dało się nauczyć.
- Kaziu na boisku bezwiednie przejmował rolę pana Kazimierza Górskiego. On się z tym po prostu urodził. Kiedy miał piłkę, nie wiem, skąd on to wiedział, ale potrafił obrócić się i rzucić ją koledze idealnie na nos. To był geniusz - wspomina Jan Tomaszewski.
Przeczytaj także: Polacy zbudują jacht dla Leo Messiego! Luksusowa maszyna zwala z nóg
Deyna słynął z tzw. "arytmii gry". Kiedy widział, że jego koledzy, tacy jak Grzegorz Lato czy Robert Gadocha, są zmęczeni, zwalniał akcję, robiąc swoje słynne "kółeczka". Dawał w ten sposób drużynie bezcenny oddech. Był jednak przede wszystkim postrachem bramkarzy, o czym boleśnie przekonał się sam Tomaszewski.
- On miał na mnie abonament. Na dziesięć strzałów strzelał mi jedenaście bramek, bo jedną musiał mi jeszcze puścić między nogami. Nienawidziłem go za to i jednocześnie podziwiałem. Mówiłem mu: "Kaziu, idź strzelać komuś innemu!". Byłem bezsilny, bo on w ostatniej chwili potrafił zmienić układ stopy i posłać piłkę w drugi róg - opowiada legendarny bramkarz.
To właśnie Deyna jako pierwszy w Polsce spopularyzował strzał "rogalem", podkręconą piłkę, która stała się jego znakiem firmowym. Słynny gol z rzutu rożnego w meczu z Portugalią, który dał Polakom awans na mundial, był tylko jednym z wielu przykładów jego niezwykłych umiejętności.
Samotny biały żagiel. Skryty, elegancki i nieśmiały wobec mediów
Poza boiskiem Kazimierz Deyna był zupełnie innym człowiekiem. Znikał geniusz i boiskowy dyrygent, a pojawiał się skryty introwertyk. Jan Tomaszewski opisuje go jako "samotny biały żagiel", do którego trudno było dotrzeć.
- Prywatnie nie rozmawialiśmy o dziewczynach czy samochodach, jak to młodzi ludzie. Kaziu miał swoje życie i właściwie nie było do niego dostępu. Nie pił alkoholu, co najwyżej ciemne piwo - mówi Tomaszewski.
Mimo swojej skrytości, Deyna był niezwykle elegancki. Zawsze nienagannie ubrany, wypachniony, dbał o siebie w sposób, który wyróżniał go na tle innych.
- Wszyscy mieliśmy jakieś małe kosmetyczki, a Kaziu miał dużą torbę. On po prostu nieprawdopodobnie dbał o siebie - dodaje jego kolega z boiska.
Zobacz też: 19-letni Alden Wade zginął w tragicznym wypadku! "Miał przed sobą wspaniałą przyszłość"
Jego nieśmiałość była szczególnie widoczna w kontaktach z mediami. W przeciwieństwie do elokwentnego Włodzimierza Lubańskiego, Deyna nie potrafił "sprzedać się" w wywiadach. Przed kamerą czuł się niepewnie, co sprawiło, że jego popularność, mimo ogromnych sukcesów, była mniejsza niż Lubańskiego.
- Gdyby Kaziu miał siłę przebicia i elokwencję Włodka, kto wie, czy nie byłby od niego lepszy. Mógłby walczyć z Złotą Piłkę - uważa Tomaszewski.
Zły wybór, frustracja i tragiczny koniec. "Gdzie ja się władowałem?"
Po latach gry w Legii Warszawa i reprezentacji Polski, Deyna w końcu dostał zgodę na wyjazd za granicę. Jego wybór padł na Manchester City, co okazało się fatalną decyzją. Angielski styl gry, oparty na bieganiu i sile, był zaprzeczeniem jego technicznego, artystycznego futbolu.
- Spotkałem go w Manchesterze i zapytałem, co się dzieje. Odpowiedział: "Tomek, daj spokój, gdzie ja się władowałem? Tu się wybiega z szatni na trening i przybiega z treningu. Nie ma chwili wytchnienia". Był sfrustrowany, bo przez całe życie trenował wirtuozerię, a tam trzeba było tylko zasuwać - relacjonuje Tomaszewski.
Ta frustracja pchnęła go w stronę pubów, co było dla znających go kolegów ogromnym szokiem. Później wyjechał do USA, gdzie grał w piłkę halową. Tam również dopadł go pech – został oszukany przez menedżera i stracił ogromne pieniądze.
Jego życie zakończyło się tragicznie 1 września 1989 roku w wypadku samochodowym w San Diego. Pędził z nadmierną prędkością i pod wpływem alkoholu. Nie było śladów hamowania. Poznano go po sygnecie, który nosił na palcu.
- To była tragiczna postać. Źle wybrał drogę życiową po trzydziestce. Gdyby poszedł do klubu we Włoszech czy Hiszpanii, jego kariera potoczyłaby się inaczej. Mógł być zdobywcą Złotej Piłki - podsumowuje ze smutkiem Jan Tomaszewski.
Kazimierz Deyna pozostaje w pamięci kibiców jako symbol piłkarskiego geniuszu i niespełnionego potencjału. Artysta, którego finezja na boisku zachwycała świat, a którego życie poza nim okazało się cichym dramatem.