- Wojciech "Gibon" Kowalewski zdradza, skąd wzięła się jego słynna ksywka i dlaczego nigdy mu nie przeszkadzała.
- Były bramkarz reprezentacji Polski opowiada o dramatycznym końcu kariery, który zastał go na stole operacyjnym.
- Poznaj historię wyboru między studiami na Uniwersytecie Warszawskim a kontraktem z Legią, który zaskoczył nawet jego ojca.
- Jak "Gibon" poradził sobie z życiem po piłce? Przeczytaj, by dowiedzieć się więcej o jego niezwykłej drodze!
Wojciech Kowalewski przez lata był jedną z barwniejszych postaci w polskiej piłce. Kibice zapamiętali go nie tylko ze świetnych interwencji, ale także z charakterystycznego pseudonimu "Gibon". Jak sam przyznaje, ksywka narodziła się w szatni Legii Warszawa, a jej autorem był Grzegorz Szamotulski.
- Słyszałem taką teorię, że ze względu na to, że miałem długie ręce i taką miałem pozycję w bramce, że schodziłem nisko, to wyglądałem trochę jak to zwierzę - wyjaśnia Kowalewski. Dodał, że przydomek nigdy mu nie przeszkadzał i traktuje go z sympatią. - Ja się nie czuję w żaden sposób tą ksywką urażony. Już grając w Ukrainie czy w Rosji miałem inną, więc to się wszystko też zmieniło w zależności od kraju.
Przeczytaj także: Wojciech Kowalewski o kryzysie w Legii Warszawa. Tego oczekuje od Marka Papszuna [ROZMOWA SE]
Koniec kariery na stole operacyjnym
Podczas gdy wielu sportowców kończy karierę, żegnając się z kibicami na stadionie, los Kowalewskiego potoczył się inaczej. Jego przygodę z profesjonalną piłką brutalnie przerwała kontuzja. Były bramkarz z nutą zazdrości wspomina pożegnanie Artura Boruca.
- Ja zazdroszczę Arturowi tego momentu, kiedy schodził z boiska, bo odbyło się to w takich cywilizowanych realiach. Ja skończyłem na stole operacyjnym - przyznaje Kowalewski.
Zobacz też: Jan Tomaszewski o dokonaniach polskich sportowców. Wskazał, kto był najlepszy w 2025 roku
Jak wspomina, pierwszy rok po operacji był czasem intensywnej rehabilitacji i walki o powrót do sprawności. To był trudny okres, w którym musiał na nowo budować swoją siłę fizyczną.
- Sama taka świadomość i widok, obraz siebie w lustrze, gdzie chwilę wcześniej byłeś mocny, silny i przygotowany na wszelkie wyzwania, a później patrzysz i widzisz zupełnie inną postać i zastanawiasz się jak to w ogóle jest możliwe, że tak szybko ten proces następuje - opowiada o zderzeniu z nową rzeczywistością.
"Z piłki chleba mieć nie będziesz"
Kowalewski udowodnił, że sportowcy to nie tylko mięśnie, ale i intelekt. Zawsze przykładał dużą wagę do nauki, co potwierdza anegdota z czasów szkolnych. - Moja mama to do dzisiaj wspomina, że zawsze chodziła na wywiadówki z przyjemnością, więc z nauką nie miałem problemów - mówi.
Zobacz też: Artur Boruc dla „SE” szczerze o życiu po karierze: „Pustka jest bardzo trudna do wypełnienia”
Po ukończeniu technikum elektronicznego stanął przed życiowym wyborem. W jednej ręce trzymał kontrakt od Legii Warszawa, a w drugiej indeks na Wydział Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego. Zdecydował się na sport, co wywołało zdziwienie w sekretariacie uczelni. Jego ojciec był sceptyczny co do tej decyzji.
- Mój ojciec mówił, że z piłki chleba mieć nie będziesz. Ale akurat mówił to do osoby, która jest tak uparta, że stwierdziłem, że jednak chyba będzie inaczej - wspomina z satysfakcją Kowalewski.
Przemysław Ofiara