Spis treści
- Skandal w Szczecinku! Pielęgniarka zamiast szczepionki podawała dzieciom coś innego?
- Pielęgniarka ze Szczecinka oskarżona o narażenie życia 40 dzieci! Co im wstrzykiwała?
- "Systemowy proceder"? Oskarżyciel posiłkowy żąda zadośćuczynienia
- Obrońca pielęgniarki wnosi o uniewinnienie. "Sprawa opiera się na poszlakach"
Sprawa pielęgniarki ze Szczecinka wstrząsnęła opinią publiczną. Ewa B. jest oskarżona o narażenie zdrowia i życia 40 dzieci, w większości niemowląt, poprzez podanie im nieznanego preparatu zamiast szczepionki. Prokuratura twierdzi, że kobieta pobierała od rodziców pieniądze za szczepionki, których nigdy nie podała, a zamiast tego wstrzykiwała dzieciom coś innego. Kobieta stanęła przed sądem i wkrótce usłyszy wyrok.
Skandal w Szczecinku! Pielęgniarka zamiast szczepionki podawała dzieciom coś innego?
Prokuratura Okręgowa w Koszalinie oskarżyła Ewę B. o narażenie 40 dzieci na niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu lub utraty życia poprzez zaszczepienie ich nieustalonym preparatem. Kobieta, według ustaleń śledztwa, pobrała od rodziców dzieci pieniądze za nierefundowaną szczepionkę skojarzoną, ale jej im nie podała. Tym samym wprowadziła rodziców w błąd i doprowadziła do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w celu uzyskania korzyści majątkowej. Wyłudziła od rodziców dzieci łącznie nie mniej niż 16 tys. zł.
Proceder miał trwać w latach 2016-2019, gdy oskarżona była pielęgniarką do spraw szczepień ochronnych w jednej ze szczecineckich przychodni.
– Wnoszę o uznanie oskarżonej winną zarzucanych jej czynów. Przyjęcie, że zarzucane czyny stanowią ciąg przestępstw. Wymierzenie jej kary trzech lat pozbawienia wolności, grzywny 50 stawek dziennych po 20 zł każda oraz orzeczenie wobec oskarżonej zakazu wykonywania zawodu pielęgniarki na pięć lat oraz obowiązku naprawienia szkody poprzez zapłatę rodzicom kwoty, która została od nich pobrana – mówiła na sali rozpraw prok. Ewa Dziadczyk.
Pielęgniarka ze Szczecinka oskarżona o narażenie życia 40 dzieci! Co im wstrzykiwała?
Prokuratura wskazuje, że w przychodni, w której pracowała pielęgniarka, a następnie od 2019 r. w systemie opieki medycznej, nie ma śladu po receptach wystawianych na szczepionki. Wyjaśnienia oskarżonej o kupowaniu szczepionek u producenta lub w aptece prokurator określa jako nieprawdę.
– Pierwszy raz słyszę, że pielęgniarka sama kupuje szczepionkę, szuka po aptekach preparatu w najniższej cenie, przechowuje szczepionkę, a potem czeka, aż rodzice zwrócą jej wydane pieniądze. To niewiarygodne – oceniła prokurator.
Zwróciła uwagę także na nierzetelnie prowadzoną dokumentację (m.in. kartę szczepień) przez pielęgniarkę.
– Oskarżona tłumaczyła braki i błędy w dokumentacji tym, że najważniejsze było zaszczepienie dzieci. Nie miała czasu na rzetelną dokumentację, ale na szukanie najtańszych szczepionek tak. Miała też czas na ręczne przepisywanie numeru i serii szczepionki zamiast przekleić naklejkę z gotową informacją – wskazywała prokurator.
W ocenie prok. Dziadczyk pielęgniarka swoim działaniem doprowadziła do tego, że prawdopodobieństwo narażenia dzieci na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu „było bardzo duże”.
– Jeżeli dziecko nie otrzymało właściwej szczepionki, to nie zostało uodpornione na bardzo ciężkie choroby zagrażające jego życiu – mówiła prokurator.
"Systemowy proceder"? Oskarżyciel posiłkowy żąda zadośćuczynienia
Pełnomocnik jednej z rodzin, radca prawny Łukasz Sękulski zażądał dodatkowo zadośćuczynienia na rzecz pokrzywdzonej dziewczynki. W jego ocenie w tej sprawie mamy do czynienia z „systemowym procederem”.
– Pielęgniarka miała stać na straży zdrowia i bezpieczeństwa najmłodszych pacjentów. Zamiast tego celowo przez lata narażała ich na śmiertelne ryzyko, wstrzykując im nieznane substancje pod pretekstem szczepionek ochronnych i jednocześnie okradając ich rodziców – mówił na sali rozpraw.
Mec. Sękulski ocenił, że „oskarżona świadomie oszukiwała i narażała dzieci”, „to było celowe działanie wobec osób bezbronnych”, dlatego sąd powinien rozważyć kwalifikację jednego z czynów z paragrafu 1 na paragraf 2 art. 160 kk.
– To były szczepienia obowiązkowe. Rodzice nie mieli innej możliwości, jak powierzyć procedurę medyczną wykwalifikowanej pielęgniarce. To była pomoc instytucjonalna. Oskarżona naraziła to zaufanie do systemu w sposób perfidny, naraziła dzieci na śmiertelne niebezpieczeństwo – mówił prawnik.
W jego ocenie popełnione czyny przez pielęgniarkę są wyjątkowo szkodliwe społecznie. Wskazał na krzywdę dzieci, oszustwo, podważenie zaufania do służby zdrowia, do systemu opieki zdrowotnej. Zaznaczył, że oskarżona nie wyraziła skruchy i tylko dolegliwa kara może zmusić ją do refleksji, niewracania do ujawnionych praktyk.
Oskarżyciel posiłkowy, rodzic pokrzywdzonej dziewczynki, dodał w mowie końcowej, że wyjaśnianie tej sprawy trwa już sześć lat i dużo strachu kosztuje ich niewiedza o tym, czym została zaszczepiona ich córka.
Obrońca pielęgniarki wnosi o uniewinnienie. "Sprawa opiera się na poszlakach"
Obrońca oskarżonej mec. Filip Sztukiel wniósł o uniewinnienie Ewy B. od zarzucanych jej czynów, a przynajmniej od czynu z art. 160 par. 1 kk. W jego ocenie żądana kara przez prokuraturę i oskarżyciela posiłkowego jest rażąco wysoka. Dodał przy tym, że jeżeli sąd uzna, że istnieją podstawy do skazania, to wniósł o karę roku pozbawienia wolności w zawieszeniu.
– W tej sprawie materiał dowodowy opiera się na poszlakach, domniemaniach, insynuacjach, na braku recept, numerów szczepionek. Sprawa dotyczy lat 2016-2019 – trudno wymagać, by oskarżona pamiętała, gdzie kupowała szczepionki, za ile. Można jej zarzucić, że prowadziła dokumentację niedbale, ale to nie oznacza, że zaszczepiła dzieci niewłaściwym preparatem – mówił obrońca Ewy B.
Zaznaczył, że w latach 2016-2019 oskarżona była zatrudniona w przychodni. To jej szefowa, która w postępowaniu była świadkiem, nie przedstawiła dokumentacji.
– Nie zgadzam się, że recepty nie były wystawiane. Do 2019 r. były wystawiane ręcznie, a okres przejściowy był do stycznia 2020 r. One nie były w systemie, w mojej ocenie. Fakt braku recept nie świadczy o tym, że oskarżona nie zaszczepiła dzieci właściwym preparatem – mówił mec. Sztukiel.
Zwrócił uwagę także na to, że organy ścigania nie ustaliły, jaką substancję podano dzieciom, bo „zaniechały przeprowadzenia badania”. Przyznał przy tym, że producenci szczepionek odmówili współpracy w tej kwestii, a jeden z instytutów uzasadniał odmowę brakami kadrowymi i dużym prawdopodobieństwem błędnego wyniku. W ocenie obrońcy Ewy B. należało szukać do skutku podmiotu, który podejmie się badań.
Wyrok w sprawie pielęgniarki ze Szczecinka zapadnie 26 stycznia. Będziemy informować o dalszym przebiegu sprawy.