"Trzymajcie swoje bachory w zagrodach". Historia z Ełku rozpętała burzę

2021-09-15 14:57
Dziecko
Autor: Pixabay Pewnej mieszkance Ełku przeszkadzało zachowanie dzieci sąsiadów. Jej wpis w mediach społecznościowych wywołał burzę na temat życia z dziećmi w bloku. Zdj. ilustracyjne.

"Uprzejma prośba: trzymajcie swoje bachory w zagrodach albo niezwłocznie naprawiajcie szkody wyrządzone przez kaszojady". Ten wpis mieszkanki Ełku (woj. warmińsko-mazurskie) rozpętał burzę. Niektórzy popierają ostry apel kobiety, inni są oburzeni jej zachowaniem. Przede wszystkim wpis skłonił do dyskusji o tym, jak żyje się z dziećmi w polskich blokach. I to nie tylko ich rodzicom, ale również sąsiadom. Sprawie przygląda się Wirtualna Polska.

Jeśli ktoś stwierdzi, że dzieci hałasują i dość łatwo potrafią zwrócić na siebie uwagę, nie wymyśli niczego odkrywczego. Żadną tajemnicą nie jest też fakt, że dzieci coraz bardziej lgną do swoich domów i mieszkań. Kiedyś to podwórka były skupiskiem hałasujących dzieci. Pod jednym trzepakiem lub na jednym boisku potrafiły gromadzić się maluchy z całego osiedla. Dziś dzieci wolą cztery ściany. Trzepak lub boisko zastąpiło biurko z komputerem, a piłkę czy skakankę - telefon komórkowy. Dzieci siedzą w domu, wraz z nimi rodzice, a za ścianą - sąsiedzi. Chcą tzw. "świętego spokoju", często po ciężkim dniu pracy. I tutaj zderzają się - nomen omen - ze ścianą, cienką ścianą swojego mieszkania, zza której często dobiega głośny krzyk dzieci sąsiadów.

Uciekają z bloków przed dziećmi sąsiadów

- Mam problem z sąsiadką z góry, ma dwójkę dzieci w wieku przedszkolnym. Sama nie pracuje, więc te bachory są w domu non stop. Mówię "bachory", bo mam wrażenie, że te dzieci są zupełnie dzikie. Krzyki i piski nieraz do północy, bo w przeciwieństwie do mnie, nie muszą rano wstawać. Od kiedy zaczęłam tej pani zwracać uwagę, jest tylko gorzej - mówi w rozmowie z WP pani Dagmara. Sama nie ma dzieci. Pani Dagmara próbowała zwrócić uwagę sąsiadce, ale ma wrażenie, że tylko pogorszyła sprawę. Sąsiadka - zdaniem pani Dagmary - potrafi celowo włączyć odkurzać o godz. 22.

Niektórzy na hałasujące dzieci reagują tak bardzo alergicznie, że decydują się na wyprowadzkę z miasta i zamianę bloku na dom. Tak zrobił np. pan Arkadiusz. Mieszkał z żoną, bez dzieci w mieszkaniu po matce, głównie pośród emerytów. Pan Arkadiusz i jego żona skupiają się na pracy naukowej. Mają ustabilizowany tryb życia. Z czasem w budynku pojawili się nowi lokatorzy. - Już pierwszego dnia po przeprowadzce mój dzień szlag trafił - opowiada dziennikarzom WP pan Arkadiusz. - Całe popołudnie tupanie, wrzaski, krzyki.

Mężczyzna rozumie, że dzieci są głośne, ale zauważa, że w dzieciństwie on i jego brat "szaleli" na zewnątrz, pod blokiem. Pan Arkadiusz stracił cierpliwość i porozmawiał z sąsiadką o problemie z hałasującymi dziećmi.  - Miałem wrażenie, że ta kobieta kompletnie nie panuje nad dziećmi. Nie pomogła nauka dzieci sąsiadki w przedszkolu. Pan Arkadiusz z żoną coraz bardziej tracili cierpliwość do sąsiadki i jej hałasujących pociech. - Ostatecznie wziąłem kredyt i kupiłem dom pod miastem - mówi Arkadiusz.

Dzieci kontra sąsiedzi. "Niecywilizowana hołota"

Niektórzy jednak nie mają możliwości w miarę szybko zmienić miejsca zamieszkania i zamienić mieszkania w bloku na dom jednorodzinny. Co więcej, dom nie oznacza, że raz na zawsze unikniemy hałasujących dzieci sąsiadów. - Mieszkam w domku i jestem otoczona rozwydrzoną bandą. Wrzaski, wycia, ryki przez cały boży dzień zmuszające nas do siedzenia przy zamkniętych oknach - tak swoją katorgę opisuje w sieci mieszkanka Trójmiasta. Kobieta nie przebiera w słowach. Rodziców głośnych dzieci nazywa "niecywilizowaną hołotą, bez krzty wychowania".

Co na to osoby po drugiej stronie barykady, czyli rodzice? Opowiada pani Marta z Warszawy. Ma 7-letniego syna Wojtka. Mieszka w bloku z tzw. wielkiej płyty. Życie uprzykrza jej sąsiadka, starsza pani. - Przeszkadza jej dosłownie wszystko. Potrafi walić w kaloryfer nawet, jak jest włączony telewizor. Ostatnio zrobiła awanturę, że za głośno wyrzucam śmieci. No ale najbardziej przeszkadza jej moje dziecko.

W czasie pandemii dzieci nie chodziły do szkoły. Syn pani Marty spotykał się w mieszkaniu z kolegami, co doprowadzało do wściekłości starszą sąsiadkę. Wielokrotnie zwracała uwagę pani Marcie podczas jednego takiego spotkania. - Ostatecznie byłam tak sterroryzowana, że chodziłam po domu na paluszkach, a syn dostawał komórkę i grał cały dzień. Ostatnio Wojtek poszedł do szkoły, więc chwilowo babcia nas nie nachodzi - czytamy w tekście WP o przygodach pani Marty.

Tylko rodzic zrozumie rodzica?

Niektórzy potrafią zmienić myślenie. Czasami do zmiany prowokuje ich rzeczywistość, na przykład... własne dziecko. Pani Aneta przyznaje, że sama, będąc singielką, miała dość dzieci sąsiadów. Nie mogła skupić się na pracy, zarzucała sąsiadce brak jakiejkolwiek kontroli nad dziećmi. Pani Aneta zwracała uwagę sąsiadce, nierzadko w nieprzyjemny sposób. Teraz, jako młoda mama, sama wie, jak głośne potrafi być dziecko. - Teraz karta się odwróciła, bo sama mam małe dziecko, które potrafi dać do wiwatu. Mam duże wsparcie od sąsiadki i czasem żałuję, że zbyt ostro ją traktowałam - mówi Aneta.

Jak widać, nie ma "złotego środka" na rozwiązanie konfliktu rodzin wielodzietnych z lubującymi ciszę i spokój sąsiadami. Obie strony żyją ze sobą w blokach, których powstaje w naszym kraju coraz więcej. Większości nie stać na przeprowadzkę do domu jednorodzinnego, co - jak pokazały powyższe przykłady - nie jest też idealnym rozwiązaniem.

Sonda
Czy Twoi sąsiedzi mają głośne dzieci?
Małe dziecko utopiło się w jeziorze
Grupa ZPR Media sprzeciwia się głoszeniu opinii noszących znamiona mowy nienawiści przepełnionych pogardą czy agresją. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, powiadom nas o tym, klikając zgłoś. Więcej w REGULAMINIE