„Kiedy ty budziłaś dzieci do szkoły, ja zamykałam oczy swojemu”. Rozdzierające serce słowa Dominiki Clarke

Dominika Clarke, mama „pięcioraczków z Horyńca”, bardzo chętnie dzieli się w mediach społecznościowych kadrami z życia wielodzietnej rodziny w Tajlandii. Tym razem postanowiła podzielić się najbardziej bolesną historią związaną z pięcioraczkami. Kobieta wróciła wspomnieniami do chwili, gdy umierał jeden z jej maleńkich synków – Henry. Słowa zrozpaczonej matki łamią serce. „Kiedy ty budziłaś dzieci do szkoły ja zamykałam oczy swojemu” - pisze w swoim internetowym pamiętniku.

Dominika Clarke ze łzami w oczach opowiada o śmierci synka. O bolesnych wspomnieniach matki przeczytasz na SE.
Autor: Facebook RodzinaClarke/ Archiwum prywatne

„Pięcioraczki z Horyńca”. Tak rodzina Clarke mieszka w Tajlandii

Rodzina Clarke'ów - Dominika i Vincent, rodzice jedenaściorga dzieci - zyskała w Polsce duży rozgłos, zwłaszcza w lutym 2023 roku. Wtedy to Dominika powitała na świecie pięcioraczki: Elizabeth May, Evangeline Rose, Ariannę Daisy, Charlesa Patricka i Henry'ego Jamesa. Niestety, radość z narodzin przerwała tragiczna śmierć jednego z noworodków, Henry'ego Jamesa. Po tym bolesnym doświadczeniu Clarke'owie podjęli decyzję o przeprowadzce z Polski na tajską wyspę Koh Lanta. Dominika regularnie dzieli się w mediach społecznościowych kadrami z życia swojej wielodzietnej rodziny, autentycznie ukazując wyzwania rodzicielstwa: od chaosu i dezorganizacji, przez codzienne problemy logistyczne, po emocjonalne przeciążenie.

Wpisy, które wywołują burze w sieci

Publikacje Dominiki Clarke doskonale wpisują się w trend "odczarowywania" rodzicielstwa, ukazując jego realia, które dalekie od sielankowych wizji szczęśliwych chwil, idealnie wyglądających dzieci czy zawsze wypoczętych rodziców, pomimo ich wielkiego zaangażowania. Mimo tej szczerości, niektóre jej posty wywołują niezwykle burzliwe dyskusje. Internauci krytykują na przykład warunki wychowania dzieci, a także sugerują, że Dominika powinna znaleźć "normalne" zatrudnienie!

Dominika Clarke szczerze o śmierci Henry’ego. „Mleko w butelce było jeszcze ciepłe”

W środowy poranek, 8 lipca, Dominika Clarke postanowiła wrócić wspomnieniami do dnia, w którym straciła jedno ze swoich ukochanych dzieci - maleńkiego Henry’ego. „Pierwszy raz opowiadam o tym wszystkim prosto w kamerę. Tylko ja i ta historia” - stwierdziła. Słowa zrozpaczonej matki, która myślami wraca do najgorszych chwil w swoim życiu, rozrywają serce.

„Mleko w butelce było jeszcze ciepłe - całe osiemdziesiąt mililitrów - kiedy dowiedziałam się, że mój synek umierał piętro wyżej. Tej nocy nie spałam. Powietrze było suche od kaloryferów, łóżko nie chciało się wyregulować, dren wbijał się w powłoki brzuszne a ja leżałam w ciemnościach próbując znaleźć choć trochę snu. Pani pielęgniarka przyniosła stelaż do kroplówki żeby zrobić mi transfuzję krwi, bo moje ciało było na granicy poddania się. O czwartej rano usiadłam wpół zgięta na łóżku i zaczęłam zbierać każdą kropelkę mleka do małej strzykawki” - rozpoczęła swoją bolesną historię.

Jak wspomina, to był trzeci dzień życia jej pociech, i maluchy bardzo potrzebowały matczynego mleka. Jego każda kropla była na wagę złota.

„O siódmej rano miałam osiemdziesiąt mililitrów. Wlałam do buteleczki jeszcze ciepłe i postanowiłam pójść sama - pierwszy raz bez wózka - żeby poczuć się ich mamą. Prawdziwą mamą. Nie pacjentką. Wtedy usłyszałam kroki. Szybkie, nierówne, jakby ktoś odpychał ludzi z drogi. Poczułam jak krew odpływa mi ze wszystkich kończyn. Wiedziałam że biegnie do mnie. Jej wzrok był utkwiony tylko we mnie i wszystko inne przestało istnieć - wózek ze śniadaniem, zapach jajecznicy, głosy pielęgniarek, normalne szpitalne rano. Stanęłam. Powiedziała, że Henry od czwartej rano bardzo źle się czuje, że reanimowali go kilkukrotnie.... Czy pani wyraża zgodę na ochrzczenie dziecka. To są ostatnie minuty.… I pobiegła” - opowiada pani Dominika.

Jak dodaje, została z tą wiadomością sama. Na środku korytarza. Z buteleczką mleka w dłoni. Wokół trwało zwyczajne życie - ludzie rozmawiali, gdzieś dzwonił telefon, a dokoła unosił się zapach jajecznicy na śniadanie. „A moje dziecko umierało piętro wyżej” - wspomina kobieta.

„Kiedy ty budziłaś dzieci do szkoły ja zamykałam oczy swojemu”

Dalsza cześć historii opowiedzianej przez mamę pięcioraczków z Horyńca sprawia, że trudno powstrzymać łzy. „Wzięłam go na ręce i trzymałam. Miał żółte pierzaste włoski jak kaczuszka - nigdy takich nie widziałam. Twarz malutka jak kciuk. Ciałko zawinięte w rożek przygotowany specjalnie na takie okazje. Bo na porodówce dzieci się rodzą. I dzieci umierają. Trzymałam go przez długi czas i patrzyłam na niego. Nikt mi nie powiedział co się czuje kiedy trzyma się swoje martwe dziecko, i jak żyć dalej. Wróciłam do pokoju i zadzwoniłam do męża” - opowiada kobieta.

Jak wyjaśniła, tata Henry’ego był wtedy w domu z siódemką dzieci. Nie mógł przyjechać do szpitala. Każde z nich przeżywało odejście synka samotnie. W inny sposób. Będąc w innym miejscu.

„Kiedy ty zaparzałaś kawę w ten lutowy poranek ja liczyłam ostatnie oddechy mojego dziecka. Kiedy ty budziłaś dzieci do szkoły ja zamykałam oczy swojemu. Kiedy ty ubierałaś dzieci ja wybierałam ubranka w których moje dziecko zostanie pochowane. Kiedy ty gotowałaś obiad ja podejmowałam decyzję o sekcji zwłok, o badaniach genetycznych, o tym czy trumienka otwarta czy nie. Mój mąż zaniósł go sam. Bo taką małą trumienkę niesie się w rękach, nie na ramionach" - czytamy we wspomnieniach pani Dominiki, ocierając łzy.

Zawsze będzie ich pięcioro!

Bardzo często pod wpisami Dominiki Clarke internauci zarzucają kobiecie, że pisze o "pięcioraczkach", gdy realnie po tym świecie chodzi czwórka jej dzieci. W środowym wspomnieniu pani Dominika wyjaśniła tę kwestię niezwykle jasno i dobitnie. „Przyszło ich pięcioro - Ella, Evie, Arianka, Czaruś i Henryś. Mówię pięcioraczki i zawsze będę mówić pięcioraczki, bo Henry jest w każdym ich kroku i w każdej fali i w każdym śmiechu który słyszę” - napisała.

„Nauczyłam się że ból i radość mogą istnieć w tym samym miejscu, w tym samym człowieku, w tym samym czasie. Że można tęsknić za Henrysiem i jednocześnie płakać ze szczęścia że Czaruś biegnie po falach. Że można pamiętać tamten korytarz, tamten zapach jajecznicy, tę buteleczkę mleka ciepłą w dłoni - i jednocześnie stać na plaży w słońcu i mówić: żyjemy” - dodała na koniec.

Mama pięcioraczków z Horyńca opowiedziała o cudzie! Chodzi o Czarusia
Sonda
Co myślisz o publikowaniu wizerunków dzieci przez celebrytów i influencerów?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki