Policjanci wpadli do szpitala i szarpali lekarza. Pracownicy zamknęli ich w izolatce!

2020-12-02 8:37 bw
Katowice: Policjanci z Mysłowic wpadli do szpitala! To, co zrobili lekarzowi przeraża
Autor: KPP w Ostrowie Wielkopolskim / Zdjęcie ilustracyjne Katowice: Policjanci z Mysłowic wpadli do szpitala! To, co zrobili lekarzowi przeraża

Z relacji pracowników szpitala w Katowicach wynika, że policjanci z Mysłowic wpadli na izbę przyjęć, chodzili po wszystkich pomieszczeniach nie zważając na zagrożenie epidemiologiczne spowodowane koronawirusem, a także szarpali młodego lekarza, który przed pobraniem krwi chciał najpierw zbadać uczestnika wypadku. To nie wszystko!

Policjanci przerywają milczenie! Czytaj więcej: Policjanci szarpali lekarza w szpitalu. Teraz przerywają milczenie! Są bohaterami? [NOWE FAKTY]

Szpital w Katowicach. Policjanci z Mysłowic wpadli na izbę przyjęć! 

Szokująco nieprofesjonalną interwencję policjantów z Mysłowic w szpitalu w Katowicach opisała na swoich łamach "Gazeta Wyborcza". Do zdarzenia doszło 21 listopada. Jak czytamy, wszystko zaczęło się od przywiezienia do Szpitala Zakonu Bonifratrów pod wezwaniem Aniołów Stróżów kierowcy z wypadku. 34-latek na łuku drogi, zjeżdżając na autostradę A4, miał stracić panowanie nad samochodem i uderzył w betonową barierę. Doznał urazu klatki piersiowej i głowy. "Jeszcze przed przyjazdem do szpitala kierowca audi stwierdził, że miał kontakt z osobą zakażoną COVID-19, a sam nie ma węchu ani smaku. To jedne z objawów koronawirusa. W tej sytuacji 34-latek trafił w szpitalu do izolatki i  zrobiono mu test antygenowy.  Mężczyzna został też podpięty do kroplówki", opisuje "Gazeta Wyborcza". Zaraz za karetką do szpitala wpadli policjanci z Mysłowic. O dziwo nie był to koniec problemów, a ich początek. 

Policjanci wpadli do szpitala i szarpali lekarza. Pracownicy zamknęli ich w izolatce!

Szpital w Katowicach. Policjanci zażądali pobrania krwi od kierowcy

Z uwagi na informację o ewentualnym zakażeniu koronawirusem przez kierowcę, mysłowiccy policjanci, przed wejściem do placówki, ubrali się w kombinezony ochronne. Wpadli na izbę przyjęć i poprosili o kontakt z lekarzem dyżurnym. Zażądali, by pobrał i zbadał krew 34-latka pod kątem alkoholu. Lekarz odmówił. "Powiedział, że najpierw musi przebadać pacjenta, a dopiero potem zajmie się kwestią krwi", opisuje "Wyborcza". Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Policjanci weszli sobie do izolatki i osobiście zażądali pobrania krwi. Zdaniem rzecznika prasowego Komendy Miejskiej Policji w Mysłowicach, starszego sierżanta Damiana Sokołowskiego, to lekarz "wszczął awanturę". Miał odmówić również podania swoich danych osobowych. "Nasi ludzie uprzedzili go, że popełnia wykroczenie, utrudnia czynności i zostanie przewieziony do komisariatu w celu zweryfikowania tożsamości", mówi starszy sierżant Damian Sokołowski w rozmowie z "Wyborczą". Zupełnie inną wersję wydarzeń przedstawiają pracownicy szpitala. To policjanci mieli nie podać swoich danych, ani legitymacji. Jeden z pracowników placówki zadzwonił nawet na komendę w Katowicach, prosząc o interwencję, bo "ktoś podszywa się pod policjantów". 

Szpital w Katowicach. Policjanci szarpali lekarza i próbowali go obezwładnić

Na miejsce przyjechał patrol policji. W międzyczasie mundurowi z Mysłowic szarpali lekarza i próbowali go obezwładnić, a potem wyprowadzić do radiowozu. - Dyżur wtedy pełnił młody lekarz, który nie był agresywny, tylko zszokowany tą akcją. Policjanci podczas szamotaniny zerwali mu z ręki zegarek - mówi jeden z pracowników szpitala w rozmowie z "Gazetą Wyborczą". Medyk podkreślał, że pobierze krew kierowcy, ale najpierw musi go zbadać. Policjanci nie chcieli tego słuchać i postanowili zbadać 34-latka alkomatem. Ale ten odmówił dmuchania w ustnik. Wtedy, jak przekazał "GW" starszy sierżant Sokołowski, policjanci zostali z nim zamknięci na klucz w izolatce. "Ostatecznie pielęgniarka pobrała 34-latkowi krew, a wynik badania wskazał, że prowadził on pod wpływem alkoholu. Mężczyzna nie był jednak zakażony koronawirusem. W związku z tym, że policjanci wchodzili i wychodzili z izolatki, a następnie poruszali się po całej izbie przyjęć, została ona zamknięta na kilka godzin. Nie przyjmowano pacjentów, bo szpital musiał przeprowadzić tam pełną dezynfekcję", pisze "Wyborcza". 

Teraz dyrekcja szpitala będzie wyjaśniać całe to zdarzenie. A komenda policji w Mysłowicach przekazuje, że zbada zachowanie lekarza pod kątem prawnym.