Pożar w pizzerii
Był środek nocy z 16 na 17 maja 2025 r., gdy zauważono płomienie ogarniające budynek przy ul. Marii Skłodowskiej-Curie w Piekarach Śl. Niestety ogień bardzo szybko połykał kolejne metry budynku, w którym od lat działały pizzeria oraz restauracja. Strażacy poradzili sobie z ogniem, ale płomienie zrobiły swoje - wnętrza obu lokali, ich wyposażenie, po prostu wszystko zostało zniszczone przez pożogę. Obiekt zniszczony pożarem zresztą do dziś nie został odbudowany.
To nie był nieszczęśliwy wypadek
Wkrótce wyszło na jaw, że pożar nie był nieszczęśliwym wypadkiem. Zapisy kamer monitoringu zarejestrowały wewnątrz lokalu buszującą postać. Mężczyzna zachował się dziwnie, sprawiał wrażenie zataczającego się, jak pod wpływem alkoholu albo odurzających środków. Chodził po lokalu, nalał dwa piwa. Wchodził na stołek, z którego zresztą raz spadł. Potem, gdy w lokalu zaczął się kłębić dym widać na nagraniu jak intruz bierze kufel z piwem i wylewa je, najprawdopodobniej na powstające płomienie. Niestety mężczyznę widać na nagraniach tylko z kamery umieszczonej nad barem. Bardzo często znika on z pola widzenia urządzenia i nie wiadomo gdzie jest i co robi. Na żadnym nagraniu nie widać też, by zaprószył, czy też podłożył ogień.
Nie widać jednak na tych nagraniach także nikogo innego, kto byłby w tym czasie w lokalu. A tuż po tym, jak pożar zaczyna się rozwijać nagrania się urywają. Zdaniem śledczych to Kamil N. jest mężczyzną z nagrania. 26-letni obecnie mężczyzna został zatrzymany i aresztowany po kilku dniach od zdarzenia. Przed sądem odpowiada za zniszczenie mienia w wielkich rozmiarach poprzez sprowadzenie pożaru. Kamil N. spowodował straty 3,65 mln zł. Grozi mu 10 lat więzienia. Dopiero dziś sąd zwolnił go z tymczasowego aresztu, już po zamknięciu przewodu sądowego. Oskarżony do winy się nigdy nie przyznał. Twierdzi, że niemal nic nie pamięta z nocy z 16 na 17 maja 2025 r.
Proces dobiegł końca. Wyrok w lipcu
Na dzisiejszej rozprawie przesłuchano ostatnich świadków. Odtworzono też nagranie z kamery monitoringu w lokalu. Wnioskował o to obrońca Kamila N. mec. Paweł Matyja. Nagrania oglądał również Kamil N. i po ich obejrzeniu zdecydował się zabrać głos.
- Pamiętam tylko tyle, co jest na końcu nagrania. Wziąłem jakiś kufel, dookoła był dym. I chciałem gasić. Paliło się na pewno w kuchni, ale ja nie potrafiłem tego zgasić i wytłukłem szybę, i uciekłem. Wysoki sądzie! Chciałem jeszcze powiedzieć, że tak raczej nie zachowuje osoba, która przyszła podpalić restaurację - stwierdził oskarżony.
Potem sędzia Robert Kamiński zakończył proces i oddał głos stronom. Jako pierwsi mowy końcowe wygłosili oskarżyciele.
- Nie ma żadnych wątpliwości, że oskarżony sprowadził zdarzenie, które zagrażało mieniu w wielkich rozmiarach, na skutek tego powstały wielomilionowe straty na szkodę Dariusza M. i Arkadiusza Z. Przeprowadzone w procesie dowody, a w szczególności opinia z zakresu pożarnictwa, z której jasno wynika, że do zainicjowania pożaru doszło w kuchni, w okolicach kuchenki gazowej. Przyczyną było podgrzewanie tłuszczu pozostałego w rondlach, które doprowadziło do jego samozapłonu. Jednocześnie biegły wykluczył, ze względu czas, potrzebny, by doszło do tego samozapłonu, żeby to personel restauracji zostawił rondle na włączonych palnikach. Oni zakończyli pracę ponad trzy godziny wcześniej przed tym zdarzeniem. Inne dowody - zapis monitoringu, także dane teleinformatyczne potwierdzają sprawstwo oskarżonego - przekonywał prokurator Piotr Kisiel, po czym zawnioskował o uznanie Kamila N. za winnego i wymierzenie mu kary 4 lat pozbawienia wolności.
Po nim głos zabrał mec. Krzysztof Pietrasiński, w procesie będący pełnomocnikiem Dariusza M., jednego z pokrzywdzonych i oskarżyciela posiłkowego.
- Wysoki sądzie! W moim przekonaniu wina oskarżonego też nie budzi żadnych wątpliwości. W toku przewodu sądowego przeprowadzono znaczną cześć dowodów w zasadzie na okoliczność chyba najmniej istotną w tej sprawie. Mianowicie, o której godzinie mógł oskarżony dostać się do lokalu i jak to zrobił. Można z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością przyjąć, że w lokalu musiał być Kamil N., wbrew twierdzeniu świadka - kelnerki, która mówiła, że zmykając restaurację dokonała jakiegoś obchodu, sprawdzała pomieszczenia, czy któryś z gości nie został w lokalu. No, wydaje się to w świetle zeznań strażaka, który opisywał, jak strażacy podczas akcji gaśniczej dostali się do środka, pamiętał, ze oskarżony musiał już wcześniej w lokalu być. Jak się tam dostał, ani o której godzinie, tego nie wiemy. W świetle zarzutu, pod jakim stanął oskarżony nie ma to w moim przekonaniu żadnego znaczenia. Oskarżony będąc pod wpływem alkoholu i środków odurzających zachowywał się w sposób irracjonalny. Mogę się nawet zgodzić z twierdzeniem, które padło z jego ust wcześniej, czy tak zachowuj się ktoś kto przychodzi podpalić restaurację. Być może nie. Nie wiem, czy można by wytłumaczyć racjonalnie zachowanie takiego kogoś, wyobrazić sobie jak się zachowuje człowiek, który chce spowodować pożar. Nie zmienia to postaci rzeczy, że był w lokalu w czasie, gdy pożar został zainicjowany. nie ma żadnych dowodów, by do pożaru doszło w jaz jakichś innych okoliczności. Biegły wypowiedział się, w jaki sposób pożar został zainicjowany i Wykluczył, by palnik został przez kilka godzin zapalony. A opina nie była na żadnym etapie nie była kwestionowana. Co do winy popieram wniosek prokuratora, natomiast w imieniu pokrzywdzonego, wnoszę, by sąd wymierzył kare 8 lat pozbawienia wolności - zakończył mec. Pietrasiński.
Na koniec mowy wygłosiła obrona Kamila N. Mecenas Matyja długo wymieniał "dziury" w łańcuchu dowodowym. Proces nazwał "skrajne i poszlakowym".
- Mamy do czynienia ze sprawą dziwną. Wbrew temu, co twierdzi oskarżenie. Nie mierząc się w ogóle z argumentami merytorycznymi. Posługując się jedynie ogólnikami,że pan Kamil będąc w tym lokalu spowodował zdarzenie. Jednakże ani pan prokurator, ani pan oskarżyciel posiłkowy nie są w stanie konkretnie wskazać jakież to dowody potwierdzają, że oskarżony spowodował to zdarzenie. Monitoring? Co najwyżej potwierdza, że oskarżony był w tym lokalu przed tym, jak rozgorzał pożar i sam z tego lokalu uciekł, nie zaś, ze pożar ten wzniecił. Tego monitoring w żadnym zakresie nie dowodzi. Dane teleinformatyczne, na które powołuje się pan prokurator? Jakie dane? Czego miałyby dowodzić? Pomimo że proces dziś mamy zakończony, to w dalszym ciągu więcej jest pytań niż odpowiedzi. To proces skrajnie poszlakowy. Twardych dowodów, które pozwoliłyby sądowi odpowiedzieć na pytanie, kto, dlaczego i za sprawą jakich mechanizmów spowodował pożar w tym lokalu, takich dowodów bezpośrednich w tym procesie nie było i niema. Mamy jedynie możliwość wnioskowania logicznego na podstawie zgromadzonych poszlak. Skoro pan Kamil był w tym lokalu tuż przed pożarem, to oskarżenie próbuje mu przypisać spowodowanie pożaru. Problem polega na tym, że w całym śledztwie i w procesie nie próbowano weryfikować żadnych innych wersji, które pozwoliły by to zdarzenie wytłumaczyć - argumentował mec. Paweł Matyja.
- Kamil N. nie miał żadnego motywu. Po co miałby podpalać lokal człowieka, którego nie znał, z którym nie był skonfliktowany. Nawet mgliście motyw w tym procesie nie został zarysowany. Nie pała w procesie odpowiedź, jakie korzyści oskarżony miałby z tego odnieść. Były w tym procesie plotki, że być może pożar został wywołany na zlecenie, ale to nie zostało w żaden sposób zweryfikowane. Świadek, który twierdził, że tego rodzaju słowa słyszał, dzisiaj z tych słów się wycofał Nie wiadomo, kto maiłby być zleceniodawcą owego podpalenia, nie wiadomo kto miałby być wykonawcą ani w jaki sposób miałoby się to łączyć z oskarżonym. Mamy drugą możliwość, wynikającą z ustaleń dziennikarzy, która mogła by sąd doprowadzić do ustalenia motywu - czyli przypadek lokalu z Bytomia o tożsamej nazwie, który odwołał zaplanowane przyjęcia be z słowa uprzedzenia czym rozwścieczył dziesiątki jeśli nie setki rodziców. Nie wiemy jak pan Kamil miałby się dostać do środka. Z całą pewnością do lokalu się nie włamał. Straż pożarna wyłamała drzwi do lokalu. Nie zgadzam się z twierdzeniem oskarżyciela posiłkowego, że kelnerka przeoczyła, że Kamil N. został w lokalu. Z cała pewnością, gdyby tak było, ze oskarżony był w lokalu za dnia, to z całą pewnością zapisy monitoringu to potwierdzający zostały by przez właściciela lokalu przedłożone, ale takich nagrań w tym procesie nie ma. Wejść do lokalu było aż pięć. Być może ktoś inny dostałe się przez jedno z nich. Monitoring to najsłabszy punkt tego procesu. Nie zostało ustalone z cała pewnością ile kamer było, mówi się o jednej, o dwóch, a nawet o czterech, pięciu. Nie podjęto próby dostarczenia zapisów kamer z okolicznych budynków, które mogły by pomóc w ustaleni, czy ktoś inny o tej porze nie kręcił się w pobliżu. Ale nawet, gdyby przyjąć, że były tylko te kamery, z których mamy zapisy, to dlaczego nie ma nagrań z monitoringu z godzin wcześniejszych? Przed zdarzeniem Kamil N. spotkał się z trzema nieustalonymi ludźmi. Od czasu jego spotkania z tymi ludźmi jego pamięć została "wymazana". Kto jest w stanie wykluczyć, że któraś z tych osób również do lokalu nie weszła? Czy możemy wykluczyć, że w chwili, gdy obserwujemy pana Kamila na nagraniach z monitoringu w tymże lokalu nie ma znajduje się jeszcze jedna osoba - trzeźwa, która jest na zapleczu, która wznieca pożar, której nie widzimy. Widzimy pana Kamila, który zachowuje się w sposób skrajnie nietypowy jak na osobę która miałaby chcieć dokonać podpalenia. Płaci za piwo, które sam nalewa, wyciera blat, na którym porozlewał, stawia krzesło, które przewrócił. Sprawia wrażenie człowieka, który nie chciał tam wyrządzić żadnej krzywdy. Zwróćmy uwagę dlaczego nalewa dwa piwa? Dla siebie? A może ktoś tam właśnie jest? Może te dwa piwa są po to, by jedno wypił pan Kamil, a drugie zanieść osobie, która właśnie się tam znajdowała? Być może ta osoba wiedziała, że w tym lokalu jest kamera monitoringu, która by to zarejestrowała? Wreszcie być może jest to osoba, która mogła wiedzieć jak do tego lokalu wejść - mnożył wątpliwości obrońca Kamila N.
Sąd ma ogłosić wyrok w tej sprawie 10 lipca.