Kapitan-bohater, który uratował 231 osób! Lądował bez podwozia

2026-11-01 5:00

1 listopada 2011 roku niewiarygodny kunszt pilota i szczęście, które jak wiadomo, najbardziej sprzyja najlepszym, pomogły kapitanowi Tadeuszowi Wronie (72 l.) wylądować na Okęciu potężnym Boeingiem 767 „na brzuchu“, bez wysuniętego podwozia ratując tym samym 231 osób lecących samolotem. „Anioł z Okęcia“, „najlepszy pilot na świecie“, „leć jak orzeł, ląduj jak Wrona“ - Polska i świat dosłownie oszalały na puncie pilota.

Kurs nr 016 obsługiwany przez PLL LOT z miasta Newark w USA do Warszawy planowo miał trwać 8 godzin. 231 pasażerów i członków załogi nad Wisłą miało zjawić się po 13-ej czasu warszawskiego. Za sterami LOT-owskiego flagowca, Boeinga 767 o numerze SP-LPC, siedzieli kpt Tadeusz Wrona i drugi pilot Jerzy Szwarc. Najlepsi z najlepszych, gdyż tylko tacy dostawali transkontynentalne destynacje. Późniejsze śledztwo wykazało, że do poważnej usterki hydrauliki podwozia doszło chwilę po starcie, w czasie wciągania kół do wewnątrz samolotu pękł wąż z płynem hudraulicznym. Piloci zdecydowali, że lecą do Warszawy - mieli czas na to, aby powiadomić o wszystkim centralę, omówić procedury awaryjne, które przewidywały m.in. opuszczenie podwozia za pomocą siłowników elektrycznych.

Jako ostatni dowiedzieli się o usterce pasażerowie - przyjęli to spokojnie, choć kiedy atmosfera stawała się gęstsza, nie brak było na pokładzie ludzi trzymających się za ręce albo modlących się na głos. Bo pod koniec, kilkanaście mil przed lotniskiem Okęcie, zrobiło się naprawdę groźnie - także systemy elektryczne odmówiły posłuszeństwa.

- Ani drgnęły - raportowali o klapach podwozia piloci wojskowych F-16, które z bazy w Łasku ruszyły wesprzeć cywilnych kolegów.

Pół godziny po planowanym lądowaniu Boeing 767 wciąż przebywał w powietrzu, a przed kapitanem Wroną było najważniejsze lądowanie w życiu. Bez wysuniętego podwozia. Na szczęście Wrona mógł skorzystać ze swego olbrzymiego doświadczenia z latania... szybowcami. Znał się z nimi od 16 roku życia, dzięki nim zakochał się w lataniu, startował z sukcesami w zawodach. Zafascynowany samolotami rzucił studia w Zielonej Górze, żeby na drugim końcu Polski, na Politechnice Rzeszowskiej studiować pilotaż, a potem pracować w Warszawie. W krytycznym momencie szybowce także okazały swą moc.

Tak bez podwozia lądował kapitan Wrona na lotnisku Chopina w Warszawie
Autor: Piotr Kowalczyk / Super Express Tak bez podwozia lądował kapitan Wrona na lotnisku Chopina w Warszawie

- Szczęście w nieszczęściu, że trafiło na tego pilota - ocenił później emerytowany pilot PLL LOT kapitan Lech Kasprowicz. - Oprócz tego, że to doświadczony pilot i wyjątkowo spokojny człowiek, to jeszcze doskonały szybownik. To tutaj miało pierwszorzędne znaczenie! Samolot wylądował precyzyjnie jak szybowiec.

Nikt z tym nie dyskutował - szybowce lądują często w nieznanym terenie, gdzie muszą idealnie usiąść, każdy przechył, zaczepienie skrzydłem, nosem czy ogonem kończy się wypadkiem. Na szczęście pracujący na ziemi specjaliści mieli czas przygotować się na awaryjne lądowanie SP-LPC. Ścieżkę nr 33 pokryto tzw. dywanem z piany - dwoma pasami z piany, po której ślizgać się miał samolot.

- Lądujemy - zdecydował kpt. Wrona, wspominając te chwile dla gazety Viva. - To nie było tak, że lecimy, lecimy i nagle buch o ziemię. Musiałem wymierzyć precyzyjnie, żeby samolot bez przechyłów dotknął pasa startowego. Gdyby wystąpiły podmuchy wiatru, to mogło nas z tego pasa po prostu zwiać. Ale warunki pogodowe były dobre. Dostaliśmy więc ten łut szczęścia, który nam pomógł wylądować.

Na Okęciu oprócz służb ratowniczych znajdowało się dziesiątki dziennikarzy, relacjonujących na żywo ten niecodzienny spektakl. Nikt do tej pory nie lądował Boeingiem 767 bez podwozia. W medialnych relacjach nawiązywano do „cudu nad rzeką Hudson" - w styczniu 2009 roku Airbus A320 po zderzeniu z kluczem dzikich gęsi stracił oba silniki i musiał lądować na rzece, rannych zostało wtedy około 100 osób, nikt nie zginął.

Na Okęciu wyszło jeszcze lepiej - kpt. Wrona posadził samolot bezbłędnie, sunął po pianie, jeden z silników nawet się zapalił, ale nikt nie został ranny. - Nie czułem różnicy, było tak jak zawsze - mówili ludzie, którzy lecieli samolotem. Maszyna ucierpiała za to najbardziej - należało rozebrać ją na części odzyskując to, co nadawało się do użycia. Po kilkunastu miesiącach pocięty na części kadłub trafił na złom.

- To tylko samolot - mówiono powszechnie. "Wronomania" trwała w najlepsze, prezydent Komorowski odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a kapitan Wrona fetowany był na setki sposobów, co znosił ze spokojem i skromnością. Los nie oszczędził mu jednak tragicznych chwil - w grudniu 2024 roku zmarł jego syn Mikołaj (+40 l.), który zachorował na białaczkę. Był pilotem.

Autor korzystał m.in. z artykułu Piotra Karwińskiego, „LOT16, bez podwozia" - czternasta rocznica", opublikowanego w portalu dlapilota.pl

Katastrofa samolotu w Radomiu

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki

ROLKI