Robotnik zrzucił kocioł z dachu, zginął 18-latek. Ostatni świadek paraliżuje proces. "Dima przychodzi do mamy we śnie"

Dymytro zginął przez 30 kilogramowy kocioł zrzucony z dachu przez robotnika. Proces powinien dobiegać końca. Tak się jednak nie dzieje, bo po raz kolejny w Sądzie Rejonowym Praga-Północ nie zjawił się ostatni świadek: policjant. Zarówno prokuratura, jak i obrona oskarżonego Grzegorza W. mówią jedno: musi zostać przesłuchany. - Minęły dwa lata, a my dalej czekamy na wyrok - mówi se.pl załamana pani Tetiana.

  • Do tragedii doszło 30 lipca 2024 roku przy ul. Kąty Grodziskie na Białołęce.
  • 18-letni Dymytro, wracając z zakupami do domu, został uderzony w głowę przez 30-kilogramowy kocioł gazowy zrzucony z dachu przez jednego z robotników.
  • Proces Grzegorza W. zbliża się do końca, jednak nieobecność jednego świadka po raz kolejny przedłuża postępowanie.
Robotnik zrzucił 30-kg kocioł, który spadł na przechodnia. 18-letni Dymytro zmarł w szpitalu. "50 metrów i by żył"

Robotnik zrzucił kocioł z dachu. Zginął 18-letni Dymytro

Latem 2024 roku na warszawskiej Białołęce zakończyło się życie młodego chłopaka. 18-letni Dymytro przechodził ścieżką obok bloku. Do domu zostało mu około 50 metrów. Nigdy nie wrócił, bo robotnik zrzucił z dachu 30 kilogramowy kocioł, który spadł prosto na nastolatka. Odniósł rozległe obrażenia twarzoczaszki, kości czołowej oraz mózgowia. Chłopak przez wiele dni pozostawał w śpiączce farmakologicznej. Niestety, w nocy z 7 na 8 sierpnia zmarł w szpitalu. Mama czuwała przy nim do samego końca.

Śledztwo wykazało, że pracownik remontowy nie przestrzegał podstawowych zasad BHP. Jak informowała firma, robotnicy mieli polecenie, by z dachu wynosić elementy przez klatkę schodową. - Jeden z naszych pracowników pomyślał, że to zrobi inaczej i doszło do tragedii - mówił przedstawiciel firmy remontowej. Tym robotnikiem był Grzegorz W., który usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci. Sąd stwierdził, że nie ma potrzeby stosowania tymczasowego aresztowania. Proces ruszył 27 listopada 2025 roku.

Ostatni świadek zablokował proces

Kolejna, szósta już rozprawa (16 lipca) w sprawie śmierci Dimy nie przyniosła przełomu. Po raz kolejny nie stawił się policjant Mariusz R., którego przesłuchania domagają się wszystkie strony procesu. Sąd uznał, że świadek nie usprawiedliwił swojej nieobecności w wymagany sposób i nałożył na niego karę pieniężną. Sędzia podkreślił, że formalnie nie było przeszkód do prowadzenia posiedzenia, jednak ten świadek jest ostatnią osobą, którą strony chcą przesłuchać bezpośrednio przed sądem. Rozprawę odroczono do listopada.

Rodzina żyje w zawieszeniu

Na korytarzu sądu rozmawiamy z Tatianą, ciotką zmarłego Dimy. Chłopak mieszkał u niej, pracował i chciał kontynuować studia w Warszawie. Kobieta od początku uczestniczy w każdym posiedzeniu. To ona utrzymuje kontakt z rodzicami chłopaka, którzy mieszkają w Ukrainie i nie są w stanie przyjeżdżać do Polski. W jej głosie słychać zmęczenie, ale przede wszystkim bezradność.

- To już szósta rozprawa. Kolejny raz wszystko się przedłuża, bo świadek się nie stawił. Mija drugi rok od śmierci Dimy, a my wciąż nie wiemy, kiedy ta sprawa się zakończy - mówi. Przyznaje, że rodzinie najbardziej doskwiera poczucie, że czas płynie, a sprawca żyje tak, jakby nic się nie wydarzyło.

- Chcemy po prostu, żeby poniósł odpowiedzialność. Tymczasem normalnie żyje, spotyka się z rodziną, z dziećmi, cieszy się życiem. A mojego chrześniaka już nie ma. Nie ma go od dwóch lat - mówi ze łzami w oczach.

Mamie śni się Dymytro

Najgorzej znoszą to rodzice Dymytro. Matka i ojciec pozostali w Ukrainie. - Natalia cały czas jest w Ukrainie. Po śmierci syna całkowicie się załamała. Musiała zrezygnować z pracy, bo pracowała wśród młodych ludzi i każdy chłopak przypominał jej Dimę. Dziś praktycznie nie wychodzi z domu - opowiada. Jeszcze trudniej mówi o ojcu: - Tata codziennie wchodzi do pokoju syna. Siada tam wieczorem i z nim rozmawia. Dla nich Polska kojarzy się już tylko z tragedią. Dlatego nie są w stanie tu przyjeżdżać.

Tatiana nie ukrywa, że rodzice żyją wspomnieniami. - Mama opowiadała mi, że przed rozpoczęciem roku szkolnego przyśnił jej się Dima. We śnie mówił, że potrzebuje zeszytów i przyborów szkolnych. Poszła je kupić i zaniosła na cmentarz. 

Kobieta przyznaje, że od początku procesu próbowała uzyskać informacje o przebiegu postępowania. - Nie potrafiłam uzyskać praktycznie żadnych informacji. Nikt wcześniej mi tego nie wyjaśnił. Staram się czytać przepisy, ustawy, żeby zrozumieć polskie prawo, ale przecież nie jestem prawnikiem. 

Rodzina nie korzysta z pomocy pełnomocnika.

- Próbowaliśmy znaleźć adwokata, ale nas na to nie stać. Chciałam też wystąpić o pełnomocnika z urzędu, jednak formalności okazały się ogromne. Potrzebne były dokumenty z Ukrainy i z Polski, a i tak to nie wystarczyło. Jesteśmy obywatelami innego państwa. Nie znamy wszystkich procedur. Bardzo brakuje nam kogoś, kto po prostu usiadłby obok i powiedział, co możemy zrobić. Takie wsparcie jest naprawdę potrzebne.

„Nigdy nas nie przeprosił”

Robotnik przyznał się do winy. Tuż po dramacie miał zakaz opuszczania kraju, zakaz pracy na wysokościach i obowiązkowy dozór policji. - Wiem, że żadne słowa tego nie zmienią, nie ukoją bólu, ale proszę mi wierzyć, moje życie też się diametralnie zmieniło tego dnia. Już nic nie jest takie samo jak było. Każdego dnia myślę o tym wydarzeniu, każdej nocy i każdego poranka, i proszę rodzinę o wybaczenie, jeśli to jest możliwe - mówił podczas jednej z rozpraw oskarżony Grzegorz W.

- Ani razu nie usłyszeliśmy słowa „przepraszam”. Nawet wtedy, gdy rodzice przyjechali do Polski po śmierci Dimy, nie było żadnego kontaktu z jego strony - dodaje pani Tetiana. Ojciec chłopaka otrzymał specjalną zgodę na wyjazd z Ukrainy. - Mężczyźni w jego wieku nie mogą swobodnie opuszczać kraju, ale dostał pozwolenie, żeby przyjechać, dopełnić formalności. Mimo to nie doczekaliśmy się nawet zwykłego ludzkiego gestu. Może „przepraszam” niczego by to nie zmieniło, ale dla rodziców miałoby ogromne znaczenie.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki