Pan Michał wraz z żoną od lat prowadzi drobny punkt kurierski w lokalu przy ul. Częstochowskiej 2. W okolicy znają go niemal wszyscy. Sąsiedzi mówią o nim same dobre słowa. Biznes cieszy się zaufaniem nie tylko zwykłych mieszkańców, ale i innych przedsiębiorstw.
Tym bardziej informacja o tym, że ktoś podpalił lokal zszokowała wszystkich - poza samym właścicielem, który błagał policję o pomoc od grudnia 2025 r.
Konflikt trwa od 10 miesięcy. „Spalę ci ku*wo lokal”
Wszystko zaczęło się od zgłoszenia popełnienia przestępstwa wyłudzania odszkodowania za fikcyjne kolizje, które pan Michał zdecydował się złożyć w 2025 r. w Komendzie Stołecznej Policji. Osobą, która miała popełnić przestępstwo był Artur Z., sąsiad z bloku oraz do niedawna bliski przyjaciel rodziny Kowalskich. Odszkodowanie miało być wypłacane na Mercedesa, który Artur kupił wcześniej od Hanny, mamy pana Michała.
Przeczytaj także: Tajemniczy zgon 31-latka na plebanii! Przełomowy ruch sądu
Początkowo spór ograniczał się do słownych utarczek i obelg, jednak od grudnia ubiegłego roku przybrały one charakter długotrwałego terroryzowania pana Michała oraz jego rodziny. Zgłoszenia na policję, kierowanie pism do prokuratury, próba zniszczenia współpracy państwa Kowalskich z firmą DPD, czy groźba podrzucenia narkotyków, to tylko kilka z całej serii przykrych zdarzeń, z jakimi rodzina musiała się mierzyć. Każde z nich jest skrzętnie dokumentowane przez pana Michała.
- Sąsiad wielokrotnie po naszej kłótni dzwonił na policję i zgłaszał, jakobym miał grozić jemu oraz jego żonie. Zdarzało się, że zostawałem zatrzymany na 24 godziny. Zgłaszał również, że rzekomo otwieram paczki, chcąc tym samym zniszczyć mój biznes, współpracę z DPD i renomę wśród klientów. Kiedy to nie odniosło skutków, sięgnął po bardziej bezpośrednie środki - mówi w rozmowie z reporterem „Super Expressu” pan Michał. Nagłośnienie sprawy w mediach traktuje jako rozpaczliwe błaganie o pomoc.
Przeczytaj także: Rąbał go kijem po głowie, bił i kopał po całym ciele. 42-latek ma złamaną czaszkę
- Kiedyś, po kolejnej już kłótni zadzwonił na policję i zgłosił, że chciałem włamać się do jego mieszkania i pobić żonę. Przygotował także zawiadomienie do prokuratury. Zawinęli mnie na komisariat. Nie wiedział, że całe zdarzenie rejestrowałem dyktafonem, z którego wyraźnie wynikało, że kłamie. Kiedy moja córka pokazała mu nagranie, nagle wycofał wszystkie zarzuty. Od tamtej pory nie rozstaję się z dyktafonem nawet kiedy idę do łazienki - dodaje sterroryzowany przedsiębiorca.
19 marca podczas kolejnej kłótni Artur Z. miał wykrzyczeć w stronę pana Michała następujące słowa: „pożałujesz tego. Spalę ci ku*wo lokal”. Gnębiony mężczyzna liczył, że pomóc może mu tylko interwencja policji, chociażby w formie mediatora.
Przeczytaj także: Wiedział o pedofilii, ale próbował zatuszować sprawę i uciszyć dziecko. Jarosław Ś. usłyszał wyrok
Policja była ostrzegana. Komendant otrzymał aż 17 pism
Pan Michał nie czekał na tragedię. Regularnie składał pisma w KRP Warszawa III przy ul. Opaczewskiej 8, w Prokuraturze, a nawet wysyłał alarmujące apele do Komendy Stołecznej i Głównej Policji. Prosił w nich, aby służby podjęły się mediacji między skonfliktowanymi sąsiadami. Skompletował łącznie ponad 60 stron wszelakich pism. Samych apeli do komendanta ochockiej policji wysłał aż 17. Bez skutku.
- Artur notorycznie groził mi, że spali mi lokal oraz, że zrobi mojej rodzinie krzywdę. Wszystko nagrywałem lub spisywałem. Pism do policji wysłałem mnóstwo. Zostały one zlekceważone, jako głupi konflikt sąsiedzki. Sprawy były umarzane, ignorowane. Kiedy 13 kwietnia po raz pierwszy poprosiłem bezpośrednio ochockiego komendanta o zażegnanie sporu, ten odpowiedział mi tylko „nie jestem papieżem, żeby was godzić” - opowiada rozgoryczony pan Michał.
Przeczytaj także: „Ta osoba rozpija nieletnich!”. Nowe tropy w sprawie Roksany. Detektyw porzuca straszną hipotezę
Śledczy dostali czarno na białym informację o realnym zagrożeniu życia i mienia. Pan Michał prosił o objęcie sprawy nadzorem, ostrzegał, że groźby zostaną spełnione. Nigdy nie doczekał się realnej pomocy ze strony ochockiej policji.
Dalsza część tekstu pod materiałem wideo.
Noc ognia. Groźby sąsiada się ziściły?
W poniedziałek, 19 października zrobiło się za to naprawdę groźnie. Zdaniem pana Michała, nie był to przypadek, a kulminacja wielomiesięcznego sporu. Około godz. 22.10 służby otrzymały zgłoszenie o pożarze, jaki wybuchł przy ul. Częstochowskiej 2. Pierwsze płomienie zauważyli przyjaciele pana Michała. Ochocianie rzucili się natychmiast do ich gaszenia, jeszcze zanim przybyła straż pożarna.
- Usłyszałem na początku alarm. Myślałem, że to z jakiegoś pojazdu, więc wyjrzałem przez okno. Wtedy zobaczyłem ogromne płomienie idące po elewacji budynku. Ogień wydostawał się z wentylacji na dole. Wybiegłem na ulicę z wiadrem wody i chlusnąłem nią. Później wodę nalewali mi sąsiedzi z parteru - opowiada Ilia Bachdanowicz, znajomy pana Michała.
Przeczytaj także: "Zalani w trupa" podróżowali z martwym kolegą na siedzeniu. Prokuratura ujawnia szczegóły
Sąsiedzka współpraca okazała się kluczowa, dla uratowania lokalu. Kiedy na miejsce przybyła straż, płomienie znajdowały się już tylko wewnątrz wentylacji. Na szczęście spaleniu uległa tylko zewnętrza elewacja i fragment wewnętrznej izolacji. Resztę lokalu, w tym paczki, uratowano.
Pan Michał również brał udział w akcji gaśniczej. Później pracował całą noc, aby usunąć spalone elementy, by móc normalnie otworzyć punkt kurierski. Jeszcze tego samego dnia, tj. 20 października, złożył na komendzie zawiadomienie o podpaleniu lokalu. Jako głównego podejrzewanego wskazał Artura Z.
- Wściekły pobiegłem do jego mieszkania i krzyczałem do okna, czy nie jest zadowolony, że dopiął swego. Artur odpowiedział mi tylko, że „to dopiero początek”, co mam nagrane - mówi pan Michał. Zdaniem przedsiębiorcy sąsiad miał kogoś wynająć - Artur nie jest głupi. W trakcie pożaru był w mieszkaniu - dodaje.
Przeczytaj także: Roztrzaskana szyba i ciężko ranny rowerzysta. Groźny wypadek pod Trasą Siekierkowską
Mundurowi działają w żółwim tempie? Pan Michał śpi na podłodze
Pan Michał miał nadzieje, że pożar z 19 października przelała czarę goryczy. Oczekiwał, że policja tym razem zajmie się sprawą ich konfliktu na poważnie. Po raz kolejny się rozczarował.
- Czułbym się bezpiecznie, gdyby policja po zgłoszeniu kto mi groził oraz po zobaczeniu wszystkich moich pism od grudnia 2025 r. zatrzymała Artura Z. Mija tydzień, on nadal nie został wezwany na Opaczewską 8. Nikt po niego nie pojechał, nikt go nie przesłuchał, nikt się nie spytał czy wie coś o tym podpaleniu - dodaje pan Michał.
Dodatkowo 22 października mama pana Michała, Hanna, złożyła potężny, formalny sprzeciw wobec bezczynności funkcjonariuszy. Ujawniła w nim wstrząsające fakty – poszkodowani z obawy przed kolejnym atakiem po prostu... śpią w podpalonym lokalu! Do czasu zamontowania odpowiedniego systemu alarmowego, to jedyna realna forma zabezpieczenia lokalu.
Przeczytaj także: Syrenka Picassa w warszawskim mieszkaniu. Niezwykła historia i skarb pod tynkiem
- Budzę się o 5 lub 6 rano, biegnę do mieszkania się umyć, przebrać i zjeść śniadanie, a potem wracam do lokalu. W międzyczasie punktu pilnuje albo moja żona, albo któryś z sąsiadków, będący akurat na spacerze z psem. Punkt kurierski działa normlanie do godz. 19. Po zamknięciu rozkładam śpiwór i nocuję. Niekiedy jedzenie donoszą mi w pudełkach sąsiedzi z okolicznych bloków, albo mama - opowiada pan Michał, pokazując kołdry, poduszki i puste pojemniki po jedzeniu schowane na zapleczu.
Właściciele spalonego punktu pytają wprost: co jeszcze musi się wydarzyć, by służby zaczęły działać? Czy musi dojść do tragedii i utraty życia? Odpowiedzi na te pytania poszkodowani szukają już u najwyższych władz – zawiadomienia o bezczynności i zaniechaniach trafiły do Biura Spraw Wewnętrznych Policji, Biura Kontroli KGP oraz Prokuratury Rejonowej Warszawa - Ochota.
Przeczytaj także: Młode irbisy już wychodzą! Pierwsze harce kocich piękności z warszawskiego zoo
Redakcja „Super Expressu” zwróciła się z prośbą o komentarz oraz ustosunkowanie się do zarzutów o bezczynność wystosowanych przez Michała Kowalskiego wobec KRP III. Do czasu publikacji materiału nie otrzymaliśmy odpowiedzi.