- Decyzja o Powstaniu Warszawskim, podjęta w dramatycznych okolicznościach 1944 roku, do dziś budzi kontrowersje dotyczące jej sensu i tragicznych konsekwencji dla stolicy.
- Mimo przytłaczającej przewagi wroga, powstańcy walczyli z improwizowanym arsenałem, produkując broń w podziemiu i zdobywając ją na Niemcach.
- Zdjęcia Sylwestra Brauna "Krisa" ocaliły pamięć o heroizmie i zagładzie miasta, oraz poznaj kulisy tej dramatycznej walki.
„Burza” i gra o Polskę
Decyzja o Powstaniu Warszawskim nie zrodziła się w próżni. Była kulminacją szerszego planu operacyjnego o kryptonimie „Burza”, którego rozkaz wydano już 20 listopada 1943 roku. Jego głównym celem było wystąpienie wobec wkraczającej Armii Czerwonej w roli gospodarza. Jak stwierdzał rozkaz gen. Komorowskiego: „Należy dążyć do tego, aby naprzeciw wkraczającym oddziałom sowieckim wyszedł polski dowódca mający za sobą bój z Niemcami i wskutek tego najlepsze prawo gospodarza”. Z wojskowego punktu widzenia była to próba współpracy w walce ze wspólnym wrogiem. Z politycznego – desperacka próba skłonienia Stalina do uznania praw rządu RP na uchodźstwie i granic II Rzeczypospolitej.
Sytuację geopolityczną Polski dramatycznie skomplikowały wydarzenia z 1943 roku. Zerwanie przez Moskwę stosunków dyplomatycznych z rządem polskim w Londynie w kwietniu 1943 roku, po ujawnieniu zbrodni katyńskiej, było złowrogim sygnałem. Do tego doszły ciosy personalne: aresztowanie dowódcy AK, gen. Stefana Roweckiego „Grota” (30 czerwca 1943 r.) oraz tragiczna śmierć Naczelnego Wodza, gen. Władysława Sikorskiego (4 lipca 1943 r.). Doświadczenia z realizacji „Burzy” na Wileńszczyźnie, a także w województwach lwowskim i tarnopolskim, nie pozostawiały złudzeń. Po wspólnej walce z Niemcami Sowieci systematycznie aresztowali przedstawicieli polskich władz cywilnych i dowódców AK, a żołnierzy siłą wcielali do armii gen. Zygmunta Berlinga. oficjalnie Polskie Siły Zbrojne w ZSRR, nazywane także armią polską w ZSRR, formowane od maja 1943 roku w Związku Radzieckim. Mimo to, w Warszawie wciąż wierzono, że zryw w stolicy może odmienić losy tej gry.
Między nadzieją a presją
Początkowo plan „Burza” nie przewidywał walk w samej stolicy. Zmiana nastąpiła na początku lipca 1944 roku, gdy premier Stanisław Mikołajczyk w depeszy do kraju zapytał: „Czyście rozpatrywali kwestię powstania na wypadek rozsypki Niemców (...) gdzie by władzę przed przyjściem Sowietów objął Delegat Rządu i Komendant Armii Krajowej?”. W Warszawie odczytano to jako zielone światło. Decyzję o podjęciu walk w stolicy podjęto ostatecznie 21 lipca 1944 roku na spotkaniu generałów Tadeusza Komorowskiego, Leopolda Okulickiego i Tadeusza Pełczyńskiego. Głównym orędownikiem i projektodawcą walki o Warszawę był gen. Leopold Okulicki „Niedźwiadek”, a gen. Komorowski „Bór” jedynie zatwierdził jego wniosek.
W kolejnych dniach pomysł zyskał akceptację Delegata Rządu na Kraj Jana S. Jankowskiego oraz Rady Jedności Narodowej. Rząd w Londynie, upełnomocnił krajowe władze do „ogłoszenia powstania w momencie przez was wybranym”. Premier Mikołajczyk, udając się na rozmowy ze Stalinem, liczył, że wybuch powstania wzmocni jego pozycję negocjacyjną. Na ostateczną decyzję wpłynęła cała seria czynników. Od końca lipca sowiecka radiostacja Kościuszko wzywała warszawiaków do natychmiastowego podjęcia walki. Jednocześnie komunistyczna propaganda rozsiewała plotki o rzekomej ucieczce dowództwa AK. W Komendzie Głównej obawiano się, że może to doprowadzić do spontanicznych, niekontrolowanych wystąpień, na czele których staną komuniści. Nastroje w mieście były niezwykle napięte. Widoczna ewakuacja Niemców i spadek morale w ich szeregach po zamachu na Hitlera (20 lipca 1944 r.) zdawały się potwierdzać, że wróg jest słaby. Z drugiej strony, obawiano się konsekwencji bojkotu niemieckiego zarządzenia wzywającego mężczyzn do budowy umocnień, co mogło rozbić struktury podziemia. Jak wspominał były premier Władysław Bartoszewski: „Dla nas Powstanie było oczywiste – my albo oni. Wóz albo przewóz”.
Głosy rozsądku i nieuchronność tragedii
Nie wszyscy podzielali ten optymizm. Naczelny Wódz, gen. Kazimierz Sosnkowski, był zdecydowanie przeciwny. W depeszy z 25 lipca ostrzegał, że w zaistniałej sytuacji powstanie pozbawione jest sensu politycznego i w najlepszym wypadku „zmieni jedną okupację na drugą”. Apelował o „zaoszczędzenie substancji biologicznej narodu w obliczu podwójnej groźby eksterminacji”. Mimo to, jako Naczelny Wódz, nie wydał jednoznacznego zakazu, pozostawiając ostateczną decyzję w rękach dowództwa w kraju. Spirala zdarzeń nabrała tempa. Bezpośrednim impulsem do wydania rozkazu był meldunek z 31 lipca, informujący o pojawieniu się sowieckich czołgów na przedmieściach Pragi. W tym momencie gra wydawała się warta świeczki.
Arsenał desperacji i pomysłowości
Gdy 1 sierpnia o godzinie 17:00 Warszawa stanęła do walki, jej żołnierze zmierzyli się z brutalną rzeczywistością: broń w ręku miał zaledwie co czwarty z 40-50 tysięcy powstańców. Arsenał narodził się z pomysłowości i heroizmu. W podziemnych warsztatach, w pełnej konspiracji, powstawały granaty zaczepne ET-40, znane jako „Filipinka” (od pseudonimu konstruktora, inż. Edwarda Tymoszka „Filipa Tarło”), których do 1944 roku wyprodukowano około 240 tysięcy. Legendą stał się pistolet maszynowy „Błyskawica” – jedyna taka broń w całości zaprojektowana i wyprodukowana w warunkach okupacyjnych. Jej twórcy, inż. Wacław Zawrotny i Seweryn Wielanier, stworzyli broń prostą w produkcji (58 części, bez spawania), idealną do walki w mieście. Choć szacuje się, że powstało ich zaledwie od 700 do 1500 sztuk, ich wartość psychologiczna była ogromna.
Każda sztuka broni zdobytej na wrogu była na wagę złota. Niezawodne sowieckie „pepesze” (PPSz) z bębnowymi magazynkami siały postrach w walkach ulicznych. Największą zdobyczą powstania były jednak dwa nowoczesne niemieckie czołgi Panzerkampfwagen V Panther. Przejęte 2 sierpnia 1944 roku przez żołnierzy legendarnego batalionu „Zośka”, dały początek powstańczemu plutonowi pancernemu. Symbolem determinacji stał się opancerzony samochód „Kubuś”, zbudowany od podstaw w niespełna dwa tygodnie na podwoziu ciężarówki Chevrolet. Jednak to Niemcy dysponowali arsenałem budzącym prawdziwą grozę. Sześciolufowa wyrzutnia rakietowa Nebelwerfer, z powodu charakterystycznego dźwięku nazywana przez powstańców „ryczącą krową” lub „szafą”, zamieniała ulice w morze ognia. Zdalnie sterowane miny samobieżne Goliath niszczyły barykady. Tragicznie w historii zapisał się inny niemiecki transporter ładunków, Borgward B IV, który 13 sierpnia eksplodował na Starym Mieście, zabijając ponad 300 osób.
Kronika Sylwestra Brauna
Najsłynniejszym kronikarzem tej apokaliptycznej rzeczywistości stał się Sylwester „Kris” Braun. Ten inżynier geodeta, absolwent Politechniki Warszawskiej, fotografią zaraził się od ojczyma, profesora Henryka Czopowskiego. Już od 1939 roku, z kupioną za odprawę urzędniczą Leicą Standard, dokumentował zniszczenia Warszawy. W czasie powstania, jako akredytowany Prasowy Sprawozdawca Wojenny Biura Informacji i Propagandy (BIP) AK, ruszył na ulice. Wraz ze swoją partnerką, Bertą Weissberger (która również robiła zdjęcia), tworzył unikalny zapis heroizmu i tragedii. To jego obiektyw uchwycił ikoniczną sekwencję trafienia wieżowca Prudential pociskiem moździerzowym, wykonaną ,wbrew powojennej legendzie , z dachu piekarni przy Nowym Świecie 68. Gdy ich laboratorium spłonęło, urządzili nową ciemnię w piwnicy przy Marszałkowskiej 53. Tam, pod koniec powstania, w dwóch słoikach Wecka zaklejonych parafiną, zakopali swój największy skarb – blisko 3000 klatek negatywów. Po wojnie, po ucieczce do Szwecji, ich drogi się rozeszły. On zabrał negatywy, ona część odbitek. Losy drugiej połowy archiwum Brauna (do Muzeum Warszawy trafiło 1538 klatek) do dziś pozostają nie do końca wyjaśnione. Ręczna notatka na klaserze z negatywami sugeruje kradzież: „okradziony przez Amy Petterson | kucharka SS”.
Upadek i bolesne dziedzictwo
Powstanie, planowane na kilka dni, upadło 2 października 1944 roku. W odpowiedzi na jego wybuch, Reichsführer SS Heinrich Himmler wydał rozkaz: „Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców, Warszawa ma być zrównana z ziemią”. Bilans był tragiczny: około 18 tys. poległych powstańców, 25 tys. rannych i około 180 tys. zabitych cywilów. Pół miliona mieszkańców wypędzono, a miasto zostało niemal całkowicie zniszczone.
Powstańcy, liczący na pomoc, zostali osamotnieni. Jak zauważa historyk prof. Norman Davis, zachodni alianci nie mieli żadnej koncepcji, by wesprzeć Polskę w relacjach ze Stalinem. Postawę Sowietów dosadnie podsumował Sir John Slessor, były dowódca alianckich sił lotniczych, nazywając ją „najczarniejszą zdradą”. Spór o sens powstania trwa do dziś. Zwolennicy, podkreślają, że „z ich ofiary wyrosła siła, która pozwoliła naszemu narodowi przetrwać następne ponure półwiecze”. Przeciwnicy, jak gen. Władysław Anders, od początku uważali wywołanie powstania za „ciężką zbrodnię”. Decyzja o Powstaniu Warszawskim, podjęta w skrajnie trudnych warunkach, na zawsze pozostanie jedną z najbardziej bolesnych i kontrowersyjnych kart w historii Polski. Smutną opowieścią o heroizmie, który zapłacił najwyższą cenę.