Najważniejsza była Jadzia
Kiedy cała Polska śpiewała o Jolce, on po koncertach wracał do Jadwigi. Byli razem ponad pół wieku. Bez skandali, głośnych rozstań i publicznego prania domowych spraw. Felicjan Andrzejczak mówił o żonie prosto, ale tak, że trudno było nie usłyszeć w tych słowach wdzięczności. - Gdyby mi żona powiedziała na początku mojej przygody z muzyką: »Nie«, to bym tego zawodu nie uprawiał – wyznał w rozmowie z „Super Expressem”.
Na początku wcale nie był gwiazdą rocka. Ukończył szkołę muzyczną w klasie skrzypiec i studium nauczycielskie. Pracował w szkole muzycznej oraz w domu dziecka. Miał etat, rodzinę i życie dalekie od wielkich estrad. Śpiewał jednak od młodości. W technikum wykonywał repertuar Czesława Niemena, a z zespołem C–4011 zdobył trzecią nagrodę w konkursie młodych talentów. Przełom przyszedł w 1979 roku. „Peron łez” dał mu wyróżnienie na festiwalu w Opolu, a on po siedmiu latach pracy nauczyciela zdecydował, że spróbuje żyć z muzyki. Jadwiga nie zatrzymała go w domu. Powiedziała: „Jedź, spróbuj”.
Trzy piosenki i jeden niepowtarzalny głos
Pod koniec 1982 roku Andrzejczak stanął przed szansą, na którą inni czekają całe życie. Budka Suflera szukała wokalisty. W poznańskim studiu nagrano z nim „Jolka, Jolka pamiętasz”, „Czas ołowiu” i „Noc komety”. Trzy utwory, które wystarczyły, by jego nazwisko zostało w historii polskiego rocka. Marek Dutkiewicz (75 l.) wspominał, że „Jolkę” Andrzejczak zaśpiewał w dwóch podejściach i obie wersje były znakomite. Sam wokalista tłumaczył, że tekst musiał wykonać człowiek zmęczony życiem, ktoś, kto naprawdę coś przeżył. On miał 34 lata, rodzinę i doświadczenia, których nie trzeba było udawać.
Tytułowa Jolka nie była jednak dawną miłością piosenkarza. Tekst Marka Dutkiewicza wyrósł z jego własnych nadmorskich wspomnień i opowieści poznanej kobiety. Andrzejczak dostał cudzą historię, ale swoim chropowatym, dramatycznym głosem sprawił, że miliony słuchaczy uznały ją za własną. Piosenka weszła na szczyt Listy Przebojów Programu Trzeciego. Z czasem stała się czymś więcej niż przebojem: wspomnieniem młodości, wakacji i miłości, której nie udało się zatrzymać.
Z Budki Suflera odszedł bez awantury
W Budce Suflera śpiewał niespełna rok. Gdy do zespołu wrócił Krzysztof Cugowski (76 l.), Andrzejczak sam zadzwonił do Romualda Lipki (+69 l.) i podziękował za współpracę. Po latach przyznawał, że musiało to być rozczarowanie, bo bardzo liczył na wspólną przyszłość. Nie budował jednak legendy skrzywdzonego wokalisty. Podkreślał, że koledzy go nie wyrzucili, a z Cugowskim utrzymywał dobre, nawet przyjacielskie relacje. Konflikty zostawiał innym.
Poszedł własną drogą. Nagrał solowe płyty, wracał do Opola, koncertował, ale nie zabiegał nachalnie o miejsce na pierwszych stronach gazet. - Jeżeli ktoś nie wychodzi sam z inicjatywą, to ani się nie dopytuję, ani o nic nie proszę – mówił. Ta cecha mogła kosztować go część kariery. Jednocześnie właśnie ona sprawiała, że pozostał sobą. Marek Dutkiewicz nazwał go po śmierci „antyidolem”. Izabela Trojanowska (76 l.) wspominała człowieka, który wybierał rodzinę, ukochaną Jadzię, wnuki, kwiaty i rośliny. Mimo sławy Andrzejczak nie porzucił Świebodzina. W 2020 roku został jego honorowym obywatelem.
Na tę płytę czekał prawie 40 lat
Z Budką Suflera spotykał się później wielokrotnie. Był na koncercie w Carnegie Hall, śpiewał „V bieg”, a od połowy lat 90. coraz częściej pojawiał się gościnnie na występach zespołu. Najmocniejsze wspomnienie zostawił mu jednak Przystanek Woodstock w 2014 roku. Wspominał, że patrząc na morze ludzi, czuł, że uginają się pod nim nogi. Ten koncert stawiał nawet wyżej niż występ w słynnej nowojorskiej sali. Setki tysięcy gardeł niosły wtedy piosenkę, którą nagrał w studiu ponad trzy dekady wcześniej.
Dopiero pod koniec życia dostał szansę nagrania całego albumu z zespołem. Pomysł wyszedł od dawnych kolegów, gdy Romuald Lipko był już ciężko chory. Kompozytor zostawił gotowe utwory, lecz nie doczekał premiery. Na jego pogrzebie Andrzejczak spełnił prośbę przyjaciela i zaśpiewał „Czas ołowiu”. Bał się, że głos odmówi mu posłuszeństwa. Poszedł nawet do lekarza po środek uspokajający, ale po próbie zrezygnował z tabletki i zaśpiewał, patrząc na płaczącą rodzinę Lipki. W listopadzie 2020 roku ukazało się „10 lat samotności” – pierwsza pełna płyta Budki Suflera z głosem Andrzejczaka. Na ten moment czekał niemal 40 lat.
Jolka połączyła pokolenia
Pod koniec życia zobaczył, że jego najważniejsza piosenka wcale się nie starzeje. W 2021 roku, po czterech dekadach śpiewania „Jolki”, zrealizował pierwszy oficjalny teledysk do utworu. Nazywał go podziękowaniem dla Romualda Lipki, publiczności i samej Jolki. - Dzięki niej przeżyłem najwspanialsze muzyczne chwile w moim życiu – napisał. Potem na scenę zaprosiła go sanah. Siedemdziesięciopięcioletni wokalista śpiewał z artystką młodszą od niego o pół wieku, a stadion znał każde słowo.
Jeszcze w sierpniu 2024 roku wystąpił w telewizyjnym festiwalu w Sopocie. 11 września zaśpiewał po raz ostatni w Rzepinie, w mieście swoich szkolnych muzycznych początków. Niedługo potem trafił do szpitala po udarze. Zmarł 18 września, w wieku 76 lat. Pięć dni później Świebodzin żegnał swojego honorowego obywatela. Na rodzinnym wieńcu ułożonym w kształt serca widniał podpis od żony, dzieci i wnuków.
Polska zapamiętała Felicjana Andrzejczaka jako głos „Jolki”. On sam do końca pamiętał, komu zawdzięczał odwagę, by ten głos usłyszał cały kraj. Za jedną piosenką stała wielka legenda, ale za artystą przez ponad pół wieku stała Jadwiga.