Franciszek Pieczka był z Henryką całe życie "Za rzadko mówiłem jej, że ją kocham"

Cała Polska widziała w nim dobrodusznego Gustlika, mądrego Jańcia Wodnika i pogodnego Stacha Japycza. On jednak największego szczęścia nie znalazł na scenie ani przed kamerą. Dała mu je Henryka, kobieta poznana w ciemnym akademiku. Po jej śmierci Franciszek Pieczka żałował jednego: że zbyt rzadko mówił jej, jak bardzo ją kocha.

Zaczęło się od ciemności

W warszawskim akademiku nagle zgasło światło. Franciszek Pieczka, wówczas młody aktor, odwiedzał z kolegami Lidię Korsakównę (+79 l.), gwiazdę „Przygody na Mariensztacie”. Kiedy wyszedł sprawdzić bezpieczniki, przy skrzynce zobaczył nieznajomą dziewczynę. Sama próbowała usunąć awarię. - Może koleżanka pozwoli sobie pomóc? – zapytał. Nie pozwoliła. Miała na imię Henryka. Pieczka żartował później, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Miłość, która przetrwała niemal pół wieku.

Przy niej był tylko Frankiem

Dla milionów Polaków był Gustlikiem, Mateuszem, Jańciem Wodnikiem, Kiemliczem z „Potopu” i Stachem Japyczem z „Rancza”. W domu nie potrzebował jednak żadnej roli. Po przekroczeniu progu stawał się po prostu mężem i ojcem. Henryka pilnowała, by sława nie zawładnęła ich życiem. Syn aktora, Piotr, wspominał, że matka chroniła ojca przed natrętnymi interesantami. Wystarczyło kilka zdecydowanych zdań i odzyskiwali spokój. Ona zajmowała się codziennością, sadziła kwiaty i prowadziła dom. On robił zakupy, kosił trawę, malował ściany i naprawiał, co tylko potrafił. Razem wychowali córkę Ilonę i syna Piotra. Chłopiec przyszedł na świat jako wcześniak. Ojciec patrzył na maleńkie dziecko w inkubatorze i bał się, czy przeżyje. Później mówił, że syna ochronił Anioł Stróż.

Henryka nie próbowała kierować jego karierą. Dawała mu coś ważniejszego: bezpieczne miejsce, w którym nie musiał czekać na oklaski. Pieczka przyznawał, że po wielkich rolach czasem spodziewał się pochwał także od najbliższych. W domu panowała jednak cisza, jakby nie był sławnym artystą. Z czasem zrozumiał, że dostał bezcenny azyl i możliwość zachowania dystansu do siebie.

Uciekł śmierci pod ziemią

Jego życiowy scenariusz miał wyglądać zupełnie inaczej. Urodził się w Godowie na Górnym Śląsku jako najmłodszy z sześciorga rodzeństwa. Ojciec był górnikiem, a gdy brakowało pracy, utrzymywał rodzinę z niewielkiego gospodarstwa. Franciszek zapamiętał go idącego za pługiem ciągniętym przez krowy. Zwierzęta musiały jednocześnie pracować i dawać dzieciom mleko. W domu było skromnie, ale nie brakowało wiary i muzyki. Ojciec działał w amatorskim teatrze, a młody Franciszek grywał na kościelnych organach. W 1938 roku zobaczył w kinie „Znachora”. Wtedy poczuł magię ekranu. Rodzina widziała jednak dla niego pewniejszą przyszłość. Jak ojciec miał zostać górnikiem.

W 1946 roku zszedł pod ziemię. Przez rok drążył chodniki w kamieniu, wdychając pył, który, jak opowiadał, osadzał się w płucach niczym cement. Omal nie zginął. Po latach mówił, że gdyby został w kopalni dłużej, mógłby nie dożyć aktorskiej kariery. Wybrał naukę, potem elektrotechnikę na Politechnice Śląskiej. Wytrzymał krótko. Profesor prowadzący zespół rapsodyczny przekonywał go, że powinien zostać aktorem. - Jak to mówią po śląsku, szajba mi odbiła – wspominał chwilę, w której ogłosił kolegom, że porzuca inżynierię. Pukali się w czoło. On pojechał do Warszawy i zdał przed Aleksandrem Zelwerowiczem.

Cała Polska pokochała Gustlika

Szkołę teatralną ukończył w 1954 roku. W tym samym czasie pojawił się w „Pokoleniu” Andrzeja Wajdy. Potem przyszły sceny Jeleniej Góry, Nowej Huty, Krakowa i Warszawy. Prawdziwe szaleństwo wybuchło za sprawą „Czterech pancernych i psa”. Pieczka stał się dla widzów Gustlikiem: potężnym, serdecznym Ślązakiem, któremu można zaufać. Ta rola nie zamknęła go w jednej szufladzie. Zaraz potem zachwycił w „Żywocie Mateusza”, zdobywając nagrodę w Chicago. Grał u Kazimierza Kutza, Andrzeja Wajdy, Jerzego Hoffmana, Jerzego Kawalerowicza i Jana Jakuba Kolskiego. Potrafił być naiwnym olbrzymem, świętym prostaczkiem, despotą i wiejskim filozofem. Kolski żartował nawet, że dobroć można mierzyć „Pieczką”. Order Orła Białego i nagrody za całokształt nie zmieniły człowieka, który w domu sam kosił trawnik. Nie lubił oglądać siebie na ekranie, bo natychmiast dostrzegał rzeczy, które mógł zagrać lepiej.

„To ja chciałem umrzeć pierwszy”

W 2004 roku rodzinny azyl Pieczki nagle przestał być taki sam. Henryka zmarła, nie doczekawszy z mężem złotych godów. Była od niego młodsza o pięć lat. - To ja chciałem umrzeć pierwszy – wyznał aktor. Najbardziej bolało go to, czego nie powiedział. Miłość okazywał czynami, troską i wiernością, lecz po jej odejściu miał do siebie pretensje, że zbyt rzadko ubierał uczucie w słowa. - Każdego dnia powinniśmy sobie mówić, że się kochamy. Czas szybko mija i nie wraca – mówił w rozmowie z „Gościem Niedzielnym”. Henryka przychodziła do niego w snach. Wtedy chciał powiedzieć jej to, czego za życia nie mówił dostatecznie często. Wierzył, że śmierć nie jest końcem i że jeszcze się spotkają. W jednej z ostatnich rozmów zastanawiał się z czułością, czy żona przygotowuje już dla niego powitalne przyjęcie.

Herbata dla wnuków

Po stracie nie został sam. Mieszkał w Falenicy razem z synem, synową i wnukami. Wielopokoleniowa rodzina przywracała domowi rytm. Pieczka pierwszy wstawał i parzył dzieciom mocną herbatę z cytryną i miodem, bo uważał, że nikt inny nie robi tego jak należy. Woził troje wnuków do tej samej szkoły, ale każde osobno, stosownie do godziny rozpoczęcia lekcji. Gdy syn protestował, odpowiadał: - Niech sobie pośpią te 20 minut. W jego pokojach wnuki znajdowały azyl przed rodzicielskimi reprymendami i szufladę pełną słodyczy. Dziadek stawał po ich stronie, nawet gdy wiedział, że nie odrobiły lekcji albo nie posprzątały zabawek. Przede wszystkim dawał im poczucie, że zawsze mają do kogo przyjść.

Franciszek Pieczka zmarł 23 września 2022 roku w wieku 94 lat. Spoczął w rodzinnym grobie w podwarszawskim Aleksandrowie, obok Henryki. Syn wspominał, że ojciec przed śmiercią coraz częściej mówił o tęsknocie za żoną. Rodzina wierzyła, że znów są razem.

Ich historia zaczęła się, kiedy w akademiku zgasło światło. Po latach Pieczka zostawił innym prostą przestrogę: nie czekać z najważniejszymi słowami. Bo miłość można pokazywać przez całe życie, a mimo to po odejściu ukochanej osoby wciąż żałować, że za rzadko powiedziało się: kocham.

Pogrzeb Franciszka Pieczki

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki