Ciało Joanny spoczywało tuż przy brzegu. „Przez 24 lata wędkarze łowili ryby obok jej zwłok”

Przez 24 lata Jezioro Dywickie skrywało mroczną tajemnicę. Wędkarze regularnie łowili tam ryby, nie wiedząc, że tuż obok, w szuwarach, spoczywają zwłoki zaginionej w 1996 roku Joanny Gibner. Haczyki niektórych wędkarzy zaczepiały nawet o torbę, w której ukryto ciało zamordowanej 23-latki. Przełom nastąpił dopiero w 2020 roku, kiedy dzięki zaangażowaniu Fundacji Na Tropie im. Janusza Szostaka wydobyto zwłoki. „ W aktach sprawy można przeczytać, że kiedy sprawca wyszedł na brzeg, stwierdził, że sam niewiele brakowało, a by sam się utopił. Po wszystkim pojechali na piwo, żeby uczcić to, co zrobili” – mówi Aldona Błaszczyk-Szostak w rozmowie z „Super Expressem”.

Joanna wyszła za mąż mimo sprzeciwu rodziny. Już na weselu pojawiły się pierwsze problemy

Joanna Gibner zaginęła w 1996 roku. Przepadła bez wieści zaledwie miesiąc po ślubie. Swojego męża, młodszego od niej o dwa lata Marka W., poznała na dyskotece w Dywitach. Para zaręczyła się już miesiąc po pierwszym spotkaniu, a dwa miesiące później, w sierpniu 1996 roku, stanęła na ślubnym kobiercu. 23-letnia Joanna nie posłuchała rodziny, która odradzała jej tak szybkie zamążpójście.

Małżeństwo zaczęło się rozpadać, zanim na dobre się rozpoczęło. Para planowała rozwód. Pierwsze problemy pojawiły się już podczas wesela, kiedy 23-latka była podobno szarpana przez świeżo poślubionego męża i jego matkę - swoją nową teściową. Danuta Januszewska, matka Joanny, od początku sprzeciwiała się temu związkowi, jednak mimo obaw postanowiła pomóc młodej parze i wynajęła jej mieszkanie w Olsztynie.

Pomimo napiętej atmosfery ślub i wesele odbyły się zgodnie z planem. Świadkiem pana młodego był jego przyjaciel Tomasz H., który, jak się później okazało, odegrał istotną rolę w całej zbrodni. Nikt wówczas nie wiedział, że Tomasza i Marka łączyło kiedyś coś więcej niż przyjaźń. Mężczyźni byli ze sobą w związku, jednak Marek, chcąc założyć rodzinę i mieć dzieci, zakończył tę relację i zdecydował się na małżeństwo z Joanną. Wszystko wyszło na jaw dopiero wiele lat później, podczas procesu sądowego.

Joanna zniknęła bez śladu. Jej mąż siedział na wersalce, w której mogły znajdować się zwłoki

Joanna Gibner zaginęła 13 września 1996 roku. W tym czasie matka 23-latki, pani Danuta, przebywała w szpitalu. Niepokoiła się o los córki, gdyż wiedziała, że Marek znęca się nad nią psychicznie i fizycznie. Joanna regularnie odwiedzała matkę w lecznicy, jednak w pewnym momencie niespodziewanie przestała pojawiać się w placówce.

– Zięć przyszedł i powiedział, że Joasia zniknęła. Pani Danusia bardzo się zdenerwowała, ponieważ wiedziała, że córka i zięć chcieli się rozwieść. Chciała pomóc Joasi, ale poprosiła ją, żeby poczekała jeszcze kilka dni, aż wróci ze szpitala. Po zgłoszeniu zaginięcia pani Danusia pojechała z policją do mieszkania, które wynajmowała córce i zięciowi. Mężczyzna przez cały czas siedział na wersalce i nie ruszał się z miejsca. Policjanci powinni byli wtedy kazać mu z niej wstać, bo prawdopodobnie zwłoki Joasi wciąż znajdowały się wewnątrz wersalki. Mężczyzna był też podrapany. Policja powinna była zwrócić na to uwagę, ale nie zwróciła – mówi w rozmowie z „Super Expressem” Aldona Błaszczyk-Szostak, współzałożycielka Fundacji na Tropie im. Janusza Szostaka.

Obrażenia na twarzy Marka W. powstały najprawdopodobniej podczas szarpaniny, w trakcie której mężczyzna udusił swoją żonę. Po zabójstwie zadzwonił do brata oraz przyjaciela, a zarazem byłego kochanka. Po pewnym czasie mężczyźni wyciągnęli zwłoki z wersalki, przenieśli je do samochodu i przewieźli do rodzinnego domu sprawcy, gdzie ukryli ciało w kanale. Później, już po zmroku, Marek W. wraz z bratem umieścili zwłoki w torbie, obciążyli ją i wypłynęli pontonem na Jezioro Dywickie, gdzie zatopili ciało.

Nowa partnerka Marka W. ujawniła prawdę o zbrodni. Skazany za zabójstwo po latach zmarł

Podczas gdy przez lata Joanny szukano w całej Polsce, jej zwłoki spoczywały na dnie jeziora. Dopiero na początku lat 2000. na policję zgłosiła się nowa partnerka Marka W. Kobieta wyciągnęła od mężczyzny, gdy ten był pod silnym wpływem alkoholu, informację, co zrobił ze swoją pierwszą żoną, Joanną. Już wcześniej podejrzewała, co mogło się z nią stać, ponieważ podczas rodzinnych kłótni kilka razy pojawiał się temat kobiety. Nie od razu zdecydowała się jednak zawiadomić policję. Dopiero gdy znalazła w sobie odwagę, by przerwać związek, w którym według jej relacji partner znęcał się nad nią i brutalnie ją bił, opowiedziała funkcjonariuszom o wszystkim, czego się dowiedziała.

Mężczyzna został zatrzymany w 2003 roku. Niedługo później przyznał się do zabójstwa swojej żony. W 2006 roku Marek W. został skazany za tę zbrodnię w procesie poszlakowym. W trakcie śledztwa wskazał również Jezioro Dywickie jako miejsce ukrycia zwłok Joanny, jednak poszukiwania prowadzone przez Marynarkę Wojenną nie przyniosły rezultatu. Mężczyzna odbył całą zasądzoną karę więzienia i w 2018 roku wyszedł na wolność. Zmarł zaledwie pół roku później. Ciała jego ofiary wciąż jednak nie odnaleziono. Rok po śmierci Marka W. sprawą Joanny Gibner zainteresowała się Fundacja Na Tropie im. Janusza Szostaka, która odegrała kluczową rolę w późniejszym odnalezieniu jej szczątków.

– To była głośna sprawa, jedna z pierwszych spraw poszlakowych, w których skazano sprawcę, mimo że nie odnaleziono ciała ofiary. Mężczyzna został skazany na 15 lat więzienia i odbył ten wyrok. Mama Joasi jednak przez cały czas szukała ciała córki. Dziennikarz Marek Książek z Olsztyna znał Joannę, ponieważ pisała do gazety. Później od samego początku relacjonował sprawę jej zaginięcia. W końcu zgłosił się do nas i powiedział do mojego męża: „Słuchaj, Janusz, ty masz fundację, która zajmuje się poszukiwaniem osób zaginionych. Może zająłbyś się również tą sprawą? Mama szuka swojej córki od ponad 20 lat i nikt nie jest już w stanie jej pomóc. W tobie ostatnia nadzieja”. I tak to się zaczęło – mówi Aldona Błaszczyk-Szostak, współzałożycielka Fundacji na Tropie im. Janusza Szostaka

Przełom nastąpił w Dzień Matki, po 24 latach poszukiwań

Fundacja Na Tropie rozpoczęła poszukiwania Joanny Gibner w 2019 roku. Działania utrudniały jednak bardzo trudne warunki panujące w Jeziorze Dywickim. Zbiornik był silnie zamulony, widoczność pod wodą praktycznie zerowa, a dodatkowym problemem okazały się niesprzyjająca pogoda oraz letni zakwit roślinności wodnej. Z tego powodu poszukiwania trzeba było przerwać.

- Mama wiedziała, że zwłoki Joanny znajdują się w jeziorze, ponieważ sprawca, czyli jej mąż, wskazał miejsce ukrycia ciała w ortalionowej torbie. Wiedziała też, że nie spocznie, dopóki nie odnajdzie córki i nie pochowa jej w rodzinnym grobie, obok zmarłego ojca Joanny. Poszukiwania rozpoczęliśmy w 2019 roku. Przeszukiwanie Jeziora Dywickiego zaplanowaliśmy na siedem dni. Prowadziliśmy badania sonarem, który wskazywał punkt, gdzie znajdowała się torba z ciałem Joanny. Ten sam punkt był wcześniej widoczny podczas poszukiwań prowadzonych przez Marynarkę Wojenną. Jednak tamte działania odbywały się zimą i zakończyły się niepowodzeniem.

Poszukiwania wznowiono w 2020 roku. Dzięki danym z sonaru oraz mapie dołączonej do akt sprawy Joanny Gibner, do których fundacja Janusza Szostaka uzyskała dostęp, udało się wytypować miejsce, w którym prawdopodobnie znajdowała się torba ze zwłokami kobiety. W akcji uczestniczył m.in. płetwonurek Marcel Korkuś, oficer Marynarki Wojennej. Ekipa poszukiwawcza, w tym ratownicy WOPR, przyjechała nad jezioro w Dzień Matki, 26 maja. Tego samego dnia, około godziny 17, płetwonurek odnalazł na dnie zbiornika poszukiwaną torbę.

- Pływając po jeziorze Marcel był wyposażony m.in. w magnes dymny. Ten magnes w pewnym momencie zaczepił się o tę torbę, bo była ona obciążona między innymi elementami metalowymi oprócz cegieł. Było to jednak bardzo zamulone jezioro i po zanurkowaniu w tym miejscu nie było widoczności. O odkryciu zawiadomiona została policja, ale że już było późno, akcja przełożona została na następny. Z samego rana przyjechali na miejsce funkcjonariusze, prokurator, a także strażacy z Olsztyna. Byliśmy tam także my. Torbę tę udało się delikatnie wydobyć, gdyż ze względu na to, ile tam przeleżała, zaczęła ona pękać – tłumaczy Aldona Błaszczyk-Szostak.

Przez 24 lata wędkarze łowili ryby tuż obok zwłok Joanny. Haczyki zaczepiały o torbę z jej ciałem

Jak się okazało, w torbie znajdowały się zwłoki Joanny, które sprawca przeciął na pół, aby łatwiej było je do niej spakować. Co istotne, torba wcale nie spoczywała na środku jeziora, jak zeznawał mąż zaginionej. Znajdowała się w szuwarach, niedaleko brzegu. Po jej wydobyciu zauważono na niej ślady po haczykach wędkarskich, a niektóre z nich wciąż tkwiły w materiale. Ciało znajdowało się tak blisko, a mimo to przez ponad 20 lat nikt się na nie nie natknął.

- Przez 24 lata wędkarze łowili ryby tuż obok jej zwłok. Były one ukryte tak blisko brzegu. Sprawca zatopił ciało około północy, kiedy było już ciemno. Mąż Joasi wypłynął pontonem, a jego brat asekurował go sznurkiem do prania czy czymś podobnym. Myśleli, że dotarli na środek jeziora, a w rzeczywistości znajdowali się niedaleko brzegu. W momencie zatapiania ciała ponton się poruszył i omal nie przewrócił. W aktach sprawy można było przeczytać, że kiedy sprawca wyszedł na brzeg, stwierdził, że sam niewiele brakowało, a by sam się utopił. Po wszystkim pojechali na piwo, żeby uczcić to, co zrobili. To jest straszne. Totalny cynizm i sarkazm – dodaje Aldona Błaszczyk-Szostak.

Sprawa Świtezianki. „To był koszmar. Cieszę się, że mama Joasi nie musiała tego oglądać”

Ciało kobiety, jej ubrania oraz torebka zachowały się w bardzo dobrym stanie, mimo wielu lat spędzonych pod wodą. W torebce znajdowały się m.in. okulary, które można rozpoznać na zdjęciach Joanny publikowanych podczas jej poszukiwań.

– Kurtka, torba, różne akcesoria, grzebień, dezodorant czy okulary – wszystko to zachowało się w bardzo dobrym stanie. Były tam również pozostałości tkanek i materiału biologicznego, a także buty i skarpetki. Zobaczyłam ciało, na którym wciąż były spodnie i pasek w talii jak na manekinie sklepowym. To był koszmar. Cieszę się, że mama Joasi, pani Danusia, nie musiała tego oglądać. Dodatkowo, stojąc nad jeziorem, widać kościół. Obok znajduje się cmentarz, na którym pochowany jest mąż Joasi. Tak blisko. Mama nigdy nie mogła pojąć, że zabójca jej córki ma własny grób, został godnie pochowany, a jej córka przez tyle lat spoczywała w jeziorze – tłumaczy Aldona Błaszczyk-Szostak.

Sprawa Joanny Gibner zyskała w olsztyńskim sądzie przydomek „sprawy Świtezianki”, nawiązujący do znanej ballady Adama Mickiewicza. Określenie to odnosiło się do mrocznej tajemnicy skrywanej przez lata w głębinach jeziora. Przez cały ten czas matka Joanny żyła ze świadomością, że jej córka została zamordowana przez męża, ale nie mogła jej godnie pochować. Dopiero w 2020 roku Joanna spoczęła w rodzinnym grobie, obok ukochanego ojca.

Rz czy ż? Ó czy u? To największe pułapki w polskiej ortografii
Pytanie 1 z 25
Pióro czy piuro?
Tina i Chris z "Carrie" o współpracy z Mikiem Flanaganem

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki

ROLKI